— Dlaczego ty mnie zawsze podejrzewasz o jakieś intrygi? I to jeszcze przeciwko tobie. Jakbym chciała wyrządzić Alitei krzywdę! Dawid jest jedną z najlepszych partii w Aegipcie. Nawet jeśli istotnie ożeni się potem z którąś córką Hypatii, Alitea pozostanie Pierwszą Żoną.
Pan Berbelek wszedł do sypialni, klaszcząc mokrymi stopami o gładką powierzchnię mozaiki. Nocny wiatr poruszał białymi firanami w chimeroysowych oknach, blask Księżyca przebijał się przez cienki materiał rozproszonymi snopami; poza tym całe światło w wielkim pokoju pochodziło ze stojącej u wezgłowia łoża lampy. Szulima leżała na zwiniętych jedwabiach, księżycowy cień układał się na jej pośladkach i wzdłuż pleców, jedwab najlżejszy. Rozstawione w kątach sypialni zabytkowe kadzielnice nasączały powietrze ciężkim, tłustym zapachem palonej kory hyexu, niewidoczny dym wsnuwał się przez nos do mózgu — wszystko zdawało się bardziej miękkie, bardziej powolne, bardziej dotykalne, nawet te promienie księżycowe, dreszcz przebiegał, gdy padały na nagą skórę.
Pan Berbelek przeszedł wzdłuż okien, odsuwając firany i zaciągając do podłogi siatki feidiczne; już i tak tłukło się wokół lampy tuzin ciem i bezimiennych robaków nocy. Za oknami znajdował się wąski balkon, z którego z kolei można było zejść do ogrodów pałacowych. Okna jak drzwi, żadnych okiennic i szyb, otwarte schody na zewnątrz — wszystkie instynkty pana Berbeleka krzyczały przeciwko podobnej architekturze, zwłaszcza po latach spędzonych w Vodenburgu. Taki jednak był anthos Nabuchodonozora, takie obyczaje i estetyki przyciągał, i tylko ten, kto mu się uparcie nie poddawał, uważał je za nienaturalne.
— Co to jest? Znowu jakieś starożytne traktaty pokojowe? Po co ty czytasz te rzeczy?
— Nie, nie, to kopia raportu dowódcy legionu, który zagubił się podczas południowej ofensywy Upazuiosa. Pięćset dziewięćdziesiąty ósmy rok od wstąpienia na tron króla Babilonu Nabunasira — to już Era Alexandryjska, prawda?
— Tak, chyba tak.
— Biblioteka twierdzi, że autentyk. Okazuje się, że oni wtedy szli przez ziemie Marabratty, popatrz, tu na przykład —
Pan Berbelek z ciężkim westchnieniem wyciągnął się na łożu.
— Już mi dzisiaj daruj, mam dosyć. Spojrzała nań ponad zwojem.
— Co, byłeś u tego Antidektesa?
— Próbował mnie poszczuć na swoich wrogów. Zresztą, gdyby miał rację w swych teoriach, owa eksperymentalna huta, w którą włożyłem kilka tysięcy, musiałaby się okazać całkowitą klęską. Może się jeszcze nią okaże… Jutro przyjmie mnie Dyrektor Biblioteki; pojutrze jadę do Pachoras, żyją tam jeszcze ludzie, którzy prowadzili karawany kupieckie szlakami za Żółwią. Co prawda, kiedy znowu pomyślę o tych cuchnących lepiankach fellachów, z nilowej cegły i trzciny…
— Dałbyś sobie wreszcie spokój. Sofistesi od lat łamią sobie nad tym głowy. Co chcesz zrobić, szantażem wycisnąć z nich, czego sami nie wiedzą?
Pan Berbelek wsunął dłoń w jej włosy, rozprostował między palcami jasne loki.
— Umiera mi syn, a ja mam — co? wrócić do robienia interesów? do przyjęć i orgii w słonecznej Alexandrii? zapomnieć?
Prychnęła zirytowana.
— Osobliwe masz rytuały żałobne. Mogę ci podpowiedzieć kilka znacznie lepszych sposobów na wyrównanie rachunków ze swoim sumieniem. Na przykład poświęć ten czas Alitei. Albo mnie. Albo choćby właśnie pieniądzom: jeśli to jest twoja walka, w niej odbudujesz swą siłę. W ostateczności mogę cię porządnie wybatożyć, może w tym znajdziesz ulgę. Wiesz, że jęczysz przez sen?
— Co robię?
— Jęczysz, mamroczesz, skomlesz przez zaciśnięte zęby. Muszę cię budzić, żebym sama mogła w ogóle zasnąć. Dałbyś sobie wreszcie spokój, im dłużej będziesz grzebał w tej ranie, tym bardziej się spaprze.
— A wydawało mi się, że ty akurat będziesz mnie wspierać. Sama — ile lat poświęciłaś na badanie tajemnicy Skoliodoi? Dwanaście? Nie bądź zazdrosna o cudze obsesje. Nie uwierzę zresztą, że już się nie interesujesz. Po co właściwie czytasz te starocie, mhm?
Szulima odłożyła zwój. Przerzuciwszy poduchę na drugą stronę łoża, wsunęła się na leżącego na wznak Berbeleka, rozprostowała nogi wzdłuż jego nóg, oparła się przedramionami na jego piersi, gorące ciało na ciele chłodnym i wilgotnym. Odgarniał dłonią jej włosy, by nie spadały mu na twarz.
Spoglądała z powagą, oddalona zaledwie o trzy, dwa oddechy, znał tę powagę.
— Więc nie odpuścisz? — spytała.
— Nie — odparł, dostosowując się do jej tonu. Szukał w jej twarzy jakichkolwiek znaków zdradzających uczucia myśli, nastrój, ale — jak zwykle, gdy nałożyła alabastrową maskę esthle Amitace — nie potrafił nic odczytać.
— I naprawdę chcesz wiedzieć. — Przygryzła dolną wargę.
Dopiero wtedy zrozumiał.
— Ty wiesz — szepnął.
— Wiem.
— Ty wiedziałaś, wiedziałaś.
— Wiedziałam.
— Zabrałaś mnie tam — po co?
— Zwolnij trochę. Najpierw — auu, to boli, puść! — najpierw moje słowo: żadnej waszej krzywdy nie chciałam, Abel równie dobrze mógł w ogóle nie jechać, zależało mi tylko, żebyś przeszedł Żółwią, chciałam cię zobaczyć w Skrzywieniu. Wierzysz mi, Hieronim?
— Ty wiesz, że zawsze ci wierzę. — Ujął jej głowę w obie dłonie, przysunął do swojej, pół, ćwierć oddechu, anthosy zlewają się w jeden, zaraz nawet ich serca będą bić w tym samym rytmie. — Na jeziorze w noc Izydy. Co mi powiedziałaś. Wcale nie jesteś gońcem kratistosów. Co to nie byłby nigdy zdolny do kłamstwa.
— Nie mówiłam, że jestem. Przypomnij sobie. Nie mówiłam.
— Po co się zapierasz? Skoro nie jesteś, kłam do woli. Roześmiała się chrapliwie. Położywszy gorącą dłoń na policzku Hieronima, przesunęła paznokciem po grzbiecie jego nosa, nad ustami, dokoła oka. Wymykała mu się z Formy, nic nie mógł na to poradzić, zaraz i jego skłoni do śmiechu.
— A jeśli sama mówię, że kłamię. To jest to prawda, czy kłamstwo?
— Prawdą jest, że mówisz, że kłamiesz. — Nie żartuj! Hieronim.
— Kiedy zaczynasz to mówić, jest jeszcze prawdą; gdy kończysz — już kłamstwem.
— A gdybyś dostał taki list: Wszystko, co tu napisano, jest kłamstwem.
— Nie ma znaczenia, co by tam napisano. Powiedzmy, że trzymam w dłoni jajko, z którego wykluwa się kurczę. Czy okaże się kogutem, czy kurą? Tego jeszcze nie sposób stwierdzić. Ale ja mówię stanowczo: „To jest kogut”. I niech to faktycznie będzie kogut. Tym niemniej — kłamałem.