— Zatem decyduje intencja.
— Zawsze. Czymże jest kłamstwo bez kłamcy? Przypadkiem słownym.
— A prawda?
— Też.
— Więc nawet jeśli potem przekonasz się, że słowa zgadzają się z rzeczywistością…
— Skoro wypowiedziane w intencji kłamstwa…
— A fałsz wypowiedziany z pełnym przekonaniem?
— Skąd wiesz, że fałsz, skoro uważasz go za prawdę?
— Dowiaduję się potem.
— Ale wtedy już nie utrzymujesz, że jest prawdą.
— Jakże więc? To samo twierdzenie raz jest prawdziwe, a raz fałszywe?
— Wiem, wiem, aristotelesowcy by mnie ukamienowali. Żaden ze mnie sofistes. Kłamstwo i prawda zawsze jednak zależą od tego, kto mówi i kto słucha. Ty na przykład. Kim ty naprawdę jesteś? Cokolwiek powiesz mi teraz — wiem, że ci uwierzę, i to będzie prawda.
Szarpnęła głową, wyrwała mu się z objęć. Podciągnąwszy energicznie nogi, usiadła na piersi Hieronima, kolanami rozsuwając mu ramiona. Siedziała wyprostowana, z rękoma ułożonymi symetrycznie na udach, z włosami odrzuconymi na plecy, głową uniesioną, spoglądała z góry, bez uśmiechu prawy profil oświetlony, lewy w cieniu, prawa bransoleta lśniąca, lewy wąż w cieniu, niewzruszona poza króla, kapłana, nawet piersi prawie się nie unoszą w spokojnym oddechu, czemu ona jest taka spokojna, gdy spogląda w dół na niego, jak na gada, którego właśnie przydepnęła, to, co pełza w pyle, nie jest warte żadnego uczucia, nawet pogardy czy obrzydzenia — pan Berbelek w tym momencie dokładnie zrozumiał, dlaczego ów gampantrop bez wahania poszedł był pod nóż esthle Amitace, maiowej nocy powitalnego przyjęcia Laetitii, dlaczego ułożył się bezwolnie u stóp Szulimy, pięknej, najpiękniejszej, i czekał na śmierć.
— Urodziłam się w siedemset trzynastym roku Po Upadku Rzymu — zaczęła w klasycznej grece attyckiej, pół szept, pół śpiew. — W krainie pyru i harmonii. Przez pierwsze dwieście lat nie postawiłam stopy na powierzchni Ziemi. Żyłam w ogniu; żyłam pod Ziemi zielonym okiem, pod jej czarnym ślepiem, półmiesięczny dzień, półmiesięczna noc, wszystko było większe, prawdziwie nieskończone czas, świat, szczęście, młodość, matka. Cztery wieki w koronie mojej matki, u jej boku, tak, mój drogi, widzisz także ejdolos bogini, dokądkolwiek pójdę, ile lat nie minie, jej morfa pozostanie we mnie, pozostanie mną. Leese zobaczyła i poznała. Przyszła złożyć hołd — lecz jej hołd był taki: wieczne milczenie; musiała zginąć. Nadal bowiem karzą za mnie śmiercią. Narzuciłam sobie inną powierzchowność, choć wiem, że fizys akurat najmniej ważna; gdybym mogła, maskowałabym się lepiej. Ale nie mogę, matka jest zbyt silna. Jest najsilniejszym człowiekiem, jaki się kiedykolwiek narodził. Zanim się przeciwko niej zjednoczyli i ją wygnali, rozciągnęła swój porządek na większą część Europy, połowę Afryki, część Azji. Tak, ogarnęłaby całą Ziemię, i to byłoby dobre, błogosławilibyście ją. Masz rację, ja nie mogę inaczej mówić, nie mogę inaczej myśleć, ale — wierzysz mi, Hieronim?
Ujął jej rękę, przysunął nadgarstek do warg.
— Ja nie mogę inaczej myśleć. Wyrwała dłoń.
— Patrz mi w oczy. Jestem córką kratisty Illei Kollotropyjskiej, Illei Potnii, Illei Okrutnej, Księżycowej Wiedźmy. Nazywam się Szulima Amitace po ojcu, esthlosie Adamie Amitace, teknitesie psyche. Zstąpiłam na Ziemię, by położyć kres Skrzywieniu świata.
Siedem, osiem, dziewięć, liczył uderzenia swego serca; nie było dobrze.
— Jak mogę złożyć ci hołd i przeżyć?
— Nie chcę, żebyś składał mi hołdy!
Poderwała się w równie nagłym wybuchu energii, co uprzednio, zeskakując z łoża i podbiegając do najbliższego okna; gdyby nie siatka feidiczna, pewnie wypadłaby na balkon, może wybiegła do ogrodu. Wielki owad nocy trzepotał się za siatką — uderzyła grzbietem dłoni, odpadł.
Dłuższą chwilę zajęło jej uspokojenie oddechu i głosu.
— Obiecałam ci największą bitwę wszech czasów. Już od niej nie uciekniesz, ty już jej czekasz. Mamy w niej wobec ciebie dwa plany. Którykolwiek się ziści, nie będzie nam potrzebny Hieronim Berbelek klęczący, lecz Hieronim Berbelek, co pluje kratistosom w twarz. Ja chcę takiego Hieronima Berbeleka.
Nie spoglądała na niego, odwrócona plecami, gdy mówiła, zapatrzona w alexandryjską noc. Pan Berbelek usiadł, dotknął stopami zimnej posadzki. Zapach hyexowego kadzidła spowalniał jego ruchy i myśli. Smukła sylwetka kobiety w wysokim prostokącie okna — ten jeden obraz wykreślał się w jego źrenicach jasno i wyraźnie. Przypomniał mu się irgowy sztylet pozostawiony pod kirouffą. Za późno, za późno, na wszystko za późno, morfa młodzieńczej miłości ściskała mu serce. Abel, Alitea — z was się narodziłem. Abel, Abel, Abel.
Pan Berbelek potrząsnął głową, zrezygnowany.
— Co zatem, co, kto Skrzywił Afrykę?
Żółty blask Księżyca nadawał ciemnej skórze Szulimy Amitace gładkość i barwę tysiącletniego posągu z brązu.
— Pora już, byś spotkał się z moją matką.
Μ
Wyniesienie
Światła Knossos, ryk rozbijającego się o falochrony morza, krzyk ptactwa, smród wielkiego miasta, ognie Labiryntu — zostawili już to wszystko za sobą. Czarnowłosa pastereczka wyprowadziła pana Berbeleka — przez gaje oliwne i figowe, przez winnice, polnymi dróżkami i między łanami neomorfowych zbóż — na zielone łąki rozciągające się na stokach wzgórz południowych. Cały Kaftor to góry skaliste i góry zielone, bogowie po wielekroć przeorali go wszerz i wzdłuż, niezliczone trzęsienia ziemi, eksplozje wulkanów, był to kraj wielkiego nieporządku i zmęczenia przyrody, dopóki Pani Illea nie wzięła go pod swoje skrzydła. Czy to tu zaczął rosnąć jej anthos, czy stąd właśnie wyszła w świat? Nie ma zgody między kultami i historykami. Ta wyspa wszakże wykarmiła się na jej piersi jako jedna z pierwszych, jeszcze zanim kratista ruszyła na północ, na wschód, na południe, wygładzając i porządkując keros, gdziekolwiek stąpnęła. Obecnie Kaftor balansuje na granicy trzech koron: czarnoksiężnika z północnego wschodu, Siedmiopalcego ze wschodu i Nabuchodonozora z południa. I bynajmniej nie cała morfa Księżycowej Wiedźmy została stąd wytarta; czyż to nie dzięki niej mogli teraz, w środku zimy, o wilgotnym przedświcie krótkiego dnia wędrować bezśnieżnymi łąkami, odziani jedynie w lekkie płaszcze, z soczystą trawą pod stopami?
Ledwo skręcili w lewo, na wschód, wyświetliła się ponad grzbietem góry poszarpana linia brzasku. Pastereczka wskazała kijem przed siebie, na wzgórza nad Amnisos i sam port poniżej, na północy. Nie znał jej imienia, nie przedstawiła mu się; schowawszy monetę, tylko uśmiechnęła się była milcząco. Od chwili opuszczenia Knossos nie zamienili ani słowa. Szła powoli, za co był jej wdzięczny: mimo wszytego w dno plecaka płaskiego kamienia oroneigesowego, ciężar bagażu wyciskał z pana Berbeleka pot i skracał oddech. Tylko tyle, ile sam uniesie, powiedziała mu Szulima. A bądź gotów nie na tygodnie, lecz miesiące; to nie jest wyjazd do wiejskiej posiadłości aristokracji ani nawet nie dżurdża. Opuścisz ziemską sferę, świat czterech żywiołów i praw ludzkich.
Gdy stanęli na terasie wzgórza nad Amnisos, Słońce wisiało już na niebie palec nad horyzontem. Ziemia powoli się ogrzewała, z niższych łąk podnosiła się biała mgła, rozpraszana przez poranny wiatr.
— Plac Ołtarzy — odezwała się przewodniczka, zataczając kijem w powietrzu okrąg. Obróciła się ku płytkiemu wąwozowi i wskazała grupę starych figowców. — Eileithyia. — I na północ. — Amnisos, Dia.