Pan Berbelek skinął jej głową. Z westchnieniem ulgi zrzucił plecak z ramion.
Skłoniwszy się jeszcze grzecznie, pastereczka ruszyła szybkim krokiem, pół biegnąc, w dół i ku wybrzeżu. Zniknęła Hieronimowi z oczu za którymś ze wzniesień.
Według słów Szulimy księżycowy przemytnik winien był przybyć o świcie. Zapewne obserwował łąkę z ukrycia, czekając, aż pan Berbelek pozostanie sam. Hieronim przeszedł powoli wzdłuż zbocza i wąwozu. Pozostało tu może tuzin wielkich prostopadłościennych głazów — to były te starożytne ołtarze. Po Wygnaniu Illei zakazano wszelkich kultów pokrewnych jej morfie, zwłaszcza na ziemiach jej anthosu, wszakże w przypadku religii podobne zakazy bywają często przeciwskuteczne. Głazów nie zarosły chwasty, nie pokrył mech; na powierzchni niektórych z nich pan Berbelek dojrzał ślady wosku, spalenizny, ciemne plamy (zaschniętej krwi?), wydrapane rysunki. Z daleka widać było bycze rogi. Po tylu wiekach niezbyt rygorystycznie egzekwowano zakazy. Nikt się na przykład nie zdziwił w mieście, gdy cudzoziemiec pytał głośno o przewodnika do Groty.
Z Placu Ołtarzy i sprzed wąwozu otwierała się niczym nie przesłonięta panorama Amnisos i ciemnego, wzburzonego morza aż po północny widnokrąg; karożaglowa łódź rybacka mijała właśnie skalistą wysepkę Dię. Pan Berbelek obrócił się plecami do morza i zszedł w gąszcz figowców. Wejście do Groty Eileithyckiej ukryte było za najstarszymi drzewami. Trudno mówić o wydeptanej ścieżce — niemniej nie było zarośnięte. Nachylił się do wnętrza groty, czy nie zobaczy tam światła, czy coś nie błyśnie w ciemności. Grunt schodził tu w dół niezbyt stromo, sklepienie, acz niewysokie, pozwalało swobodnie się wyprostować. Po bliskim przewężeniu przedsionka jaskinia otwierała się w długą, szeroką na ponad dwadzieścia pusów komorę, co pan Berbelek ujrzał, kiedy tylko minął owo przewężenie, zostawiając za sobą blask zimowego dnia — gdyż Eileithyia w istocie pulsowała miękkim, czerwonym światłem, dostrzegalnym już od wejścia. Ktoś rozpalił ognisko w głębi groty.
Potykając się na zalanych oleistymi cieniami nierównościach, na żwirze i skalnych ułamkach, pan Berbelek szedł ku światłu, mijając stalagmity, stalaktyty i potężne, szerokie stalagnaty, rzeźbione lub w naturalny sposób uformowane w fantastyczne kształty, kamienne sny o ludziach, zwierzętach, daimonach. Nawet w tym słabym, migotliwym świetle widział niezliczone malunki i ryty pokrywające powierzchnie okopconych ścian. Poniewierały się tam szmaty, przegniłe drewno, ogarki świec, chyba nawet kości, potknął się i na nich.
Starzec klęczał przy małym ognisku, zwrócony bokiem do wejścia. Musiał usłyszeć nadchodzącego pana Berbeleka nie obejrzał się nań jednak. Na szerokie bary narzuconą miał grubą kurtę z niewyprawionej skóry biedźwiedzia. W lewej dłoni obracał powoli gliniany kubek. Obok leżał worek z juty.
Pan Berbelek przykucnął za ogniskiem. Białe, krzaczaste brwi, grube rysy, blada skóra — starzec nie pochodził z tych stron, raczej z północy Europy, z aury Thora. Szyję i brodę pokrywał mu skomplikowany morfunek, błyskający przez pomarszczoną skórę stalą i zwierzęcą kością.
— Błogosławieństwa od Pani Błogosławieństw, Potnii Atany, meter o stu imionach — rzekł pan Berbelek w he koine dialektos.
Starzec uniósł kubek.
— Pod ziemią mówisz do Eleuthii — zachrypiał.
— Mówię do ciebie, epistates.
— Pod ziemią Eleuthia słucha.
Pan Berbelek zrozumiał, że stary odurzył się hasziszowym dymem lub jakimś narkotycznym napojem; pijany bowiem nie był. Hieronim usiłował zajrzeć mu w oczy, lecz tamten zagapił się do wnętrza kubka, ciężkie powieki zakryły błękitne źrenice.
Pan Berbelek ujął go za ramię, pociągnął.
— Chodź, chodź, jest już dzień, czas ucieka, byliśmy przecież umówieni, czyż nie złożyłeś jej przysięgi, wyjdź na świeże powietrze, no, musimy iść.
— Tak, koniec nocy, jak przysięgałem. Wypij. — Wcisnął panu Berbelekowi w dłoń kubek z resztką ciemnego płynu na dnie. — Jak inaczej ich spotkasz? Tak samo dzisiaj, jak i przed pięcioma, dziesięcioma tysiącami lat. Stał tu, w tym dokładnie miejscu, mały labirynt, prosta ściana pięciokroć zawinięta. Nie ma śladu. I ilu tu pogrzebano pod jej imieniem nie ma śladu. Ale spójrz na skały. Widzisz ich? wychodzą nocą, gdy rozpalisz dobry ogień, nie za mały, nie za duży, i wypijesz mleko Makowej Bogini. Ich morfa przedludzka: łby zwierząt na torsach mężczyzn i kobiet, głowy człowiecze na ciałach bestii — daimony sprzed początku świata. Nie przywitasz się? Ukłoń się im. Masz. Pij. Widzisz?
Migotliwe światło ogniska skakało po ścianach, stalaktytach, stalagmitach, stalagnatach, piargach żwirowych, jedna konfiguracja cieni prawie już coś oznaczająca, druga — przeciągły bełkot ciemności.
Pan Berbelek warknął przekleństwo i cisnął kubek w głąb jaskini.
— Wstań!
Stary poderwał głowę; wyprostowawszy ramiona, spojrzał na nachylającego się nad ogniskiem pana Berbeleka, zamrugał. Cienie skakały także po twarzy i sylwetce Hieronima.
— Tak, esthlos. Wyszli na Plac Ołtarzy.
— Dokąd teraz?
— Tędy, esthlos.
— Z głową już wszystko w porządku?
— Tak. Przepraszam. Jestem starym człowiekiem.
— Czekaj, muszę zabrać plecak.
Po zboczu na północny wschód i potem znowu wzwyż po porosłym palmami stoku przemorfowanej góry (miała nazbyt regularny kształt), i do źródła zimnego strumienia, i między ruinami nadmorskiej wieży obserwacyjnej, i znowu w dół, i po wzgórzach wzdłuż wybrzeża — tak prowadził pana Berbeleka księżycowy przemytnik, stary Nanu Agilatyla, który, jak twierdził, pamiętał czasy króla Ataposa Czternastego, ostatniego z dynastii Ewerytów Kaftorskich. Jakby zawstydzony swoim zachowaniem w Eileithyi, na wszelki wypadek nie pozwalał teraz dojść panu Berbelekowi do słowa, ciągnąc nieprzerwanie głośną gawędę o czasach, które minęły.
— Jej świątynie, jej labirynty, Knossos, Faistos, Zakro Mallia, Kydonia, Rethymnon, Gournia, Monastiraki, tu się narodziła, tu wyłoniła się na świat z cienia, spod ziemi, tu usłyszała swe pierwsze imiona. Co dał jej Wschód, co dał jej Aegipt — płeć, miejsce pomiędzy niebem a ziemią; bo narodziła się tutaj. Jeśli dane ci będzie ujrzeć ją, esthlos, choćby z daleka… Ach, nadal są ludzie, którzy czekają jej powrotu, chociaż oczywiście nie powiedzą tego głośno obcemu, Czarnoksiężnik wbija na pal, Siedmiopalcy pali, K’Azura ścina, Nabuchodonozor ścina, jakże się oni jej boją. Nadal są ludzie — a wszystko, co o niej wiedzą, to legendy o legendach. W milczeniu. Zauważyłeś, esthlos, jak zgodnie tu o niej milczą? Odwiedzam Kaftor raz, dwa razy do roku. Zapada w nich coraz głębiej, to milczenie, ta głucha tęsknota. Przecież w pierwszych wiekach Po Upadku Rzymu Kaftor w jej aurze na powrót stał się największą potęgą Morza Śródziemnego, jak cztery, pięć tysięcy lat wcześniej, znowu rządził całym handlem morskim, rozciągał swe kolonie na wybrzeża Europy i Afryki, stąd właśnie, widzisz te ruiny, esthlos, stąd wypływały codziennie setki statków, tu zwożono największe bogactwa świata, do jej świątyń, do labiryntów, nadal nie odkryto wszystkich ich tajemnic, nie wierz w oficjalne wersje, ona sprowadzała teknitesów ge z najdalszych krain, przez wieki pracowali w podziemiach, w grotach podmorskich, podobno istnieją sekretne wejścia z górskich sanktuariów; i tam rozpościera się labirynt największy, wiecznotrwała Forma Ziemi, odporna na wszystkie kataklizmy, jak Kaftor długi i szeroki, a nawet dalej, pod dnem morza: korytarze na setki stadionów, komnaty pyru, skarbce, czarne pałace, ołtarze najstarsze, miasta w skale. Kiedyś powróci.