Выбрать главу

W południe zatrzymali się na szczycie nadmorskiego urwiska, sto pusów nad falami rozrywającymi się w grzmocie o kły skalistej zatoki — żaden statek by tu nie wpłynął, nikt by nie zszedł po pionowej ścianie — i Agilatyla po raz pierwszy zamilkł, gdy spożywali zimny posiłek: ser i suchary popijane gorzką agryttą. Niebo było szare, chmury niskie rozpuchłe złymi fermentami aeru i pyru, silny wiatr zachodni przeganiał je nad wyspą, stłaczając w masywne fronty i dzięki temu właśnie na krótkie chwile ukazywały się brudne niebiosa.

Beknąwszy, stary przemytnik wyciągnął się na wznak, podkładając ręce pod głowę. Pan Berbelek zrozumiał, że to nie jest przystanek w połowie drogi, że dotarli na miejsce. Siedział obok na swym płaszczu, przeżuwając źdźbło zimowej trawy. Dwie łodzie rybackie halsowały odważnie wbrew wzburzonym falom i porywistemu wiatrowi, ich ściągnięte nisko żagle to pojawiały się, to znikały na tle ciemnozielonej kipieli.

— Pięćdziesiąt lat już jej służę — mamrotał Nanu. — Raz udało mi się odwiedzić jej królestwo. Nie jestem głupi, wiem, że ona nawet o mnie nie słyszała. I o ilu takich jak ja, którzy zadowalają się cichą nadzieją, często płacąc swym życiem. My przemijamy; wy pozostajecie. Co o nas tak naprawdę myślicie?

Pan Berbelek żuł źdźbło. To „wy” z ust Agilatyli zrobiło jednak na nim wrażenie, choć starał się je ukryć. — Nie chcesz szczerości — mruknął.

Stary usiadł, spojrzał na pana Berbeleka.

— Chcę.

Pan Berbelek wypluł źdźbło.

— Nie jesteście ludźmi. Nie posiadacie własnej woli. Rządzi wami cudza Forma. Pięćdziesiąt lat i co z tego masz? Nawet jej nie widziałeś. Umrzesz, zostaniesz zapomniany, nic nie przetrwa. Wierność bezwarunkowa przystoi doulosom.

— Spójrz, esthlos, już są.

Agilatyla wstał i zaczął machać rękoma.

Przez zawał burzowych chmur na północy przebiła się kamienna wieża, spadając po łuku ponad morzem ku urwisku. Pan Berbelek również wstał, zagapił się na zjawisko. Minaret szybował w powietrzu położony na boku, smukłą kopułą do przodu; z okien i krużganków wywieszały się długie sztandary, strzelające na wietrze niczym rukaty. Wzdłuż górnego boku wieży przymocowano wąskie wrzeciono aerostatu, dziesięciokroć węższe od najchudszej świni powietrznej. Wrzeciono było czarne, a kamienie wieży ciemnoczerwone, ognisty marmur — teraz już pan Berbelek domyślił się, iż zbudowano ją w całości z oroneigesu. Jej architekt upodobał sobie kształty muszli, spiral, otwartych okręgów, niesymetrycznych łuków — tak się układały w niej poziome i pionowe piętra, kondygnacje zawinięte w wyszczerzone na powietrzną otchłań kolumnady, serpentyjne tarasy otoczone rzeźbami bogów, ludzi, zwierząt, daimonów. Na dziobowej kopule stał kamienny anioł i kryształową kosą wskazywał kierunek lotu, od jego skrzydeł ciągnęły się długie na kilkadziesiąt pusów białe wstęgi, rozstrzępione bandaże zdarte z ozdrowieńca przez wiatr; aniołowi brakowało lewego przedramienia, utrąciła je była jakaś podniebna przeszkoda.

Wieża opadała coraz wolniej, osiągając w końcu poziom urwiska i obracając się do niego bokiem. Zgromadzeni na jej głównym tarasie ludzie (Agilatyla krzykiem wymieniał z nimi żarty i przekleństwa) rzucili na szczyt klifu kilkanaście lin z hakami.

Pan Berbelek wskazał na czarne burty aerostatu i ciągnący się wzdłuż nich srebrny wzór: splątane ciernie, jak łańcuch stalowych błyskawic.

— Nie znam tego godła.

— Nie sądziłeś chyba, esthlos, że zabiorę cię prosto na Księżyc? — zaśmiał się starzec.

— Czyj to aerostat?

— Wygnańcy trzymają się razem. Król Burz pozostaje wierny Pani Illei. Choć tym bardziej mu nie przystoi. Przeskoczysz, esthlos, czy mam cię związać?

* * *

Życie w Oronei w istocie nie różniło się od życia na powierzchni Ziemi. Przez tydzień pan Berbelek zyskał tam jednego wroga, jednego sprzymierzeńca i kilkoro poddanych; zakochała się w nim także pewna anielica.

Anioły mijały wzniesiony przy krawędzi Oronei Dwór Księżycowy każdego dnia o poranku i zmierzchu, gdy szły na żniwa wichrorostów i gdy z nich wracały. Oczekujący na przybycie łodzi księżycowej podróżni wychodzili na łąkę przed Dwór, przyglądając się nieregularnemu pochodowi. Anioły byli to ludzie o morfie aerowej, potomkowie najstarszych rodów Oronei, całkowicie przeżarci przez anthos Króla Burz. Nosili ozdobne zbroje z brązu i żelaza, nogi i ramiona obiegały im łańcuchy ciężkiej biżuterii. Bez nich byliby nazbyt lekcy, miejsce naturalnego spoczynku aniołów znajdowało się gdzieś pomiędzy niebem i ziemią. To właśnie oni spuszczali się w dół wichrorostów (stadiony i stadiony pod płytę płaskowyżu), doglądając je i ścinając w porach żniw. Anioły, nawet jeśli spadną — nie spadną. Takze gdy szły zmieszane z tłumem innych robotników rolnych, można było je bez trudu rozpoznać: ich włosy, jeśli nie zawinięte wokół szyi lub krótko ścięte, unosiły się za nimi poziomą falą, rozbijając się w strzępiastą aureolę, gdy anioły obracały głowy lub czyniły krok wstecz — jakby powietrze wokół nich miało gęstość wody.

Na polach i drogach Oronei leżała gruba warstwa oślepiająco białego śniegu. Codziennie, zazwyczaj przed świtem, kratistos sprowadzał obfite opady. Księżycowy Dwór, podobnie jak wszystkie inne domy (pan Berbelek nie był w mieście, lecz tak opowiadali mu Oronejczycy), na dachu i na tyłach posiadał wielkie zbiorniki, z których czerpano deszczowy lub śniegowy hydor. Po przybyciu pana Berbeleka Dwór gościł już w sumie dwadzieścioro pięcioro podróżnych oczekujących na łódź na Księżyc; po doliczeniu służby i stałych mieszkańców Dworu tudzież sezonowych rezydentów w rodzaju Agilatyli, okazało się, że wody nie może starczyć dla wszystkich w ilości, jakiej by sobie życzyli, i wprowadzono jej racjonowanie. Wielkość tych racji odpowiadała oczywiście pozycji, jaką zdołał sobie wywalczyć każdy z podróżnych — tak ustaliła się hierarchia (bo jakaś ustala się zawsze) i taki był powód pierwszych starć woli.

Jak rozumuje urodzony doulos? „Przecież to głupota, nie będę się bił o parę kubków wody więcej, niech się ci idioci żrą między sobą”. Ustępuje zatem i już wszyscy znają jego miejsce — tak rodzi się Forma. Jak rozumuje aristokrata? „Żadna obca wola nie ogranicza moich czynów. Czy ja składałem mu hołd, by spełniać teraz jego życzenia?” Uległość nie leży w jego naturze. Pan Berbelek zażądał dla siebie nielimitowanego dostępu do wody, a gdy sprzeciwiła się temu jedna z heltyckich kapłanek, Arianna, zmusił ją do ucałowania swych stóp. Tak zyskał wiernego sprzymierzeńca. Wieczną wrogość poprzysięgła mu natomiast nastoletnia córka kapłanki, Marianna. Większość pozostałych podróżnych w milczeniu skłoniła głowy.

Oprócz pięciu kapłanek z Heltii na łódź oczekiwała także liczna grupa Cyganów. Bo kto właściwie uczestniczył w tych sekretnych pielgrzymkach do Pani Księżyca? Jej wyznawcy, jej agenci, członkowie jej kultów i kultów symetrycznych do jej morfy, a także rozmaitej proweniencji banici, uciekinierzy spod anthosów wrogich jej kratistosów, poszukujący azylu poza sferą ziemską, czy wreszcie sofistesi, którzy zdołali jakimś cudem zyskać zaufanie przewodników i wykupić sobie podróż na Księżyc — dobrze wiedząc, że najpewniej nigdy już nie uzyskają pozwolenia jego opuszczenie, nie po tym, co uczynił Elking. Pani wszak żywiła się tajemnicami, Pani najpotężniejsza była w nieopisaniu.

Z urywanych rozmów podczas posiłków, z szeptów służby, z plotek podsłuchiwanych na spacerach przez śnieg pan Berbelek budował historie poszczególnych podróżnych. Na przykład dwóch młodzianów o anaxegirosowej morfie okazało się poszukiwanymi przez wszystkie milicje Herdonu zawodowymi bogobójcami, Janem i Hanem Zarzog. Herdońskie kompanie wynajmowały ich, by mordowali kulty tubylcze. Bracia udawali się w dzicz, odnajdywali kapłanów, święte miejsca i cudowne personifikacje, po czym wymuszali rytuał upokorzenia, odbierając hołd dla Anaxegirosa bądź króla. Sztuka polegała na wybraniu dla tego rytuału takiej Formy, aby żadnemu dzikusowi nie pozostała potem najmniejsza wątpliwość co do mocy poszczególnych bóstw. Zarzogowie zabijali bogów wzdłuż wschodniego i południowego wybrzeża Herdonu, pozostawiając za sobą zgliszcza snów, popioły marzeń i trupy nieśmiertelnych. Na nieszczęście posiadali poczucie humoru. Gdy wyszło na jaw, ·z zwykli odbierać hołdy także w imieniu władców nieistniejących, tworząc na poczekaniu dla półzwierzęcych autochtonów zwariowane religie i obrazoburcze mitologie, wyrok zapadł szybko. Bogorództwo jest znacznie bardziej brudnym i niebezpiecznym zajęciem od bogobójstwa.