Pan Berbelek wymieniał ze współpodróżnikami zdawkowe uprzejmości i oględne żarty. Kilka razy wybrał się na spacer w towarzystwie starego frankońskiego sofistesa, samozwańczego biografa Illei Kollotropyjskiej, Szarla Donta. Katrina, brytyjska aristokratka o wesołym usposobieniu, również spędziła z Hieronimem kilka poranków; Hieronim podejrzewał, iż pełniła ona podobną funkcję (funkcję szpiega i agenta Illei), co Zueia. Wspinali się razem na szczyt wału, zaglądali w przepaść, Katrina śmiała się, ciskając w chmurną otchłań kamyki i śnieżki.
Księżycowy Dwór znajdował się zaledwie stadion od wału ciągnącego się wzdłuż krawędzi podniebnego płaskowyżu. Owa ziemna zapora wysoka była na prawie sto pusów; o samym zmierzchu i świcie jej cień rozlewał się po śniegu aż na próg Dworu. Miejscami wał zmieniał się w regularny mur, z furtami, bramami i wywieszanymi pomostami, z których — na skomplikowanych systemach dźwigarów i wielokrążków — aniołowie spuszczali się w gąszcze wiszących ogrodów i winnic. Także właśnie na wale opierały się wysokie pochylnie i spirale Schodów do Nieba. Do nich to cumowały przybywające do Oronei powietrzne świnie, Król Burz wydał bowiem zakaz zbliżania się aerostatów do samego miasta, w sercu anthosu kratistosa dziwne rzeczy mogły się dziać ze ściśniętym w trzewiach świni aerem, nawet w przypadku tak niewielkich ilości aeru, jakich używano do sterowania wysokością lotu wież oroneigesowych.
Dwór stał przy drodze prowadzącej od miasta do jednych z głównych wrót w wale; tuż obok strzelała wzwyż arabska architektura Schodów do Nieba przeznaczonych dla łodzi księżycowych. Pan Berbelek dociekał, jaką też rolę pełni brama dla miasta, do którego prowadzą wyłącznie drogi powietrzne. Zresztą miasto — widoczne z Dworu masywem oślepiającej bieli, to znów poszarpanym cieniem, w chmurze tysiąca łopoczących sztandarów — posiadało własny mur i wrota w tym murze. Z drugiej jednak strony (i to pan Berbelek rozumiał doskonale) Forma miasta bez murów, bez bram byłaby zawsze w pewien sposób ułomna, niepełna, słabsza.
Pan Berbelek miał teraz sporo wolnego czasu i praktycznie nic do roboty. W bibliotece Dworu znalazł kilkanaście różnych wydań i tłumaczeń Mojej podróży na Księżyc i co tam ujrzałem Ferdynanda Elkinga; czytał ją w dzieciństwie, teraz sobie przypomniał. Także Podróże Gaudata pióra Jana Gaudata, Sen Scypiona Cycerona, Pbarsis Ibrahima ibn Gassana. Powróciło wrażenie nierealności, bajkowości całej tej wyprawy.
Może tak naprawdę nigdy nie opuścił Vodenburga, może zasnął tam w ciepłej kąpieli, w mroku ciasnej izby łaziebnej, nareszcie poddawszy sobie żyły, a to wszystko — to jeden długi przedśmiertny sen…? Lub sen pośmiertny. Filozofowie piszą, że podobnych przypuszczeń nie sposób zweryfikować, pan Berbelek widział jednak jasno, iż nie może być ono prawdą: tamten Hieronim Berbelek, w którego Formie mieściło się samobójstwo, nie śniłby o takim Hieronimie Berbeleku, który prowadzi dżurdże w dzikie kakomorfie Afryki, zgina karki kobiet i mężczyzn i który włada rozkoszą córki Księżycowej Wiedźmy.
Rozważał napisanie listu do Alitei. Z Oronei do Alexandrii świnie powietrzne latały co dwa, trzy tygodnie. W liście mógłby napisać, czego nie mógł powiedzieć — forma listu jest inna, pozwala na pewną bezosobową szczerość, nazbyt przecież krępującą, gdy stoi się twarzą w twarz z kimś bliskim, z córką, zwłaszcza z córką. Całkowicie nieskrępowanym można być jedynie w obecności osób całkowicie obcych, których myśli i uczucia nic dla nas nie znaczą. Każda miłość to rodzaj hołdu dla cudzej Formy — matki, ojca, kochanki, dziecka.
Nie potrafił wówczas zamknąć swego serca w żadnej liczbie, jego pożegnanie z Aliteą było krótkie, suche i beznamiętne. — Powinienem zdążyć przed latem. Mówiłaś, że nie chcesz wracać na północ, do Neurgii. U esthle Lotte możesz mieszkać, jak długo chcesz; zresztą wiesz, że Laetitia bardzo cię lubi. O Dawidzie porozmawiamy, gdy wrócę. Wynająłem dla ciebie tutorów. Po pieniądze zawsze możesz się zwrócić do Aneisa Panatakisa; i niech ci nie wmawia, że akurat celnicy wyczyścili mu skarbiec. Szulima zostaje. Jej słuchaj. I tak jej słuchasz. — Nie musiał przecież tego nakazywać. Szulima się wszystkim zajmie. Ona, odbicie formy Illei, i Alitea, w której z kolei odbijała się forma Amitace… W ostatecznym rozrachunku bogini przegląda się w morfie każdej kobiety.
I teraz, w liście, napisze jej właśnie to: jaką dumę znajduje w sobie, dostrzegając u Alitei kolejne oznaki aristosowej entelechii, przeczuwając jej kształt najwyższy, całe to piękno i moc, których ona sama nie przeczuwa.
Oczywiście nigdy nie posłał owego listu.
Oczekiwanie zdawało się przeciągać w nieskończoność; była to jedyna czynność, jakiej mogli się tu z pełnym zaangażowaniem oddawać: czekać. Niektórzy wróżyli z chmur i gwiazd, z lotu ptaków i świń powietrznych; inni się upijali. Cyganie grali w swoje gry, całkowicie niezrozumiałe dla obcych. Herdońscy bogobójcy piekli wielkie ilości obrzydliwie słodkich ciast. Pan Berbelek zaś chadzał na wał, wspinał się na szczyt bramy i stąd wypatrywał łodzi, przyglądając się pracy aniołów i powolnemu falowaniu gigantycznych wichrorostów.
Tak zastała go młoda anielica. Zakutana w białe futro z jakiegoś oronejskiego zwierzęcia — może ptaka, bo wyglądało niczym splecione z miliona gołębich piór — przysiadła obok (przy każdym jej ruchu chrzęściła niewidoczna zbroja) i poczęstowała pana Berbeleka tytońcem. Tytoń był w Oronei bardzo drogi, nie chciał rosnąć w koronie Króla Burz, a świnie z Herdonu przylatywały nieczęsto.
Pan Berbelek podziękował. Znała grekę. Zapalili.
Anielica wymachiwała nogami w ciężkich butach, przewieszonymi przez ośnieżone blanki. Hieronimowi przypomniały się Alitea i Klaudia Weroniusz na pokładzie „Powstającego”.
— Mam córkę w twoim wieku.
Anielica przekrzywiła głowę, jasne włosy zakręciły się wokół niej w krzywej spirali.
— Po co tam lecisz? Przecież nie musisz, jesteś od nich silniejszy.
Czy rzeczywiście na Księżyc udawali się głównie ludzie złamani, o strzaskanej Formie?
— Mam poprowadzić dla niej armię. Anielica uniosła brwi.
— Chce wrócić?
Pan Berbelek wzruszył ramionami.
— Jak ci na imię?
— Loilei.
Wyciągnęła do niego rękę, zaszeleściły na wietrze pióra. Uścisnął mocno nadgarstek.
— Hieronim Berbelek.
Nazajutrz ponownie znalazła go nad bramą. Tym razem — widział to — już go szukała.
— Esthlos.
Zerknął na nią podejrzliwie. Uśmiechnęła się szelmowsko.