Выбрать главу

Potrawy podane przez doulosów przyrządzono po większej części ze składników nie pochodzących z Ziemi, w każdym razie były to smaki i zapachy całkowicie panu Berbelekowi obce. Paliły w ustach żywym ogniem, musiał często i dużo popijać; zażyczył sobie czystej wody, księżycowe wino również bowiem przepalało przełyk. I nie o to chodziło, że potrawy owe były ostre lub gorące. Nawet słodkie, zimne księżycowe owoce (przemorfowane jabłka, grusze, pomarańcze, arfagi, śliwy) okazywały się trudne do tolerowania przez ziemski organizm.

Omixos otwierał długim paznokciem kciuka skorupy kargatów — po rozszczepieniu kargaty wybuchały krótkim ogniem — i połykał w całości płonące owoce. Kiedy się śmiał, a śmiał się gromko prawie bez przerwy, iskry sypały się z jego ust, nozdrzy i kącików oczu.

— Ryter pyru, hyppyres, Jeździec Ognia — rzekł był panu Berbelekowi, gdy ten syknął, cofając rękę z parzącego mu skórę powitalnego uścisku. — To my pójdziemy w bój.

To oni pójdą w bój — jaki bój? O to Hieronim oczywiście spytać nie mógł; Omixos zakładał, iż pan Berbelek posiada tę wiedzę, i przyznanie się teraz do ignorancji stanowiłoby oznakę słabości, akt niewątpliwego samoupokorzenia.

Hyppyroi stanowili najwyraźniej wśród Księżycan rodzaj kasty ryterskiej. Ponieważ tylko jeden Jeździec Ognia znajdował się na pokładzie „Urkai” — jej kapitan właśnie — pan Rerbelek nie potrafił rozróżnić, co w jego morfie należy do morfy hyppyroi, a co wyłącznie do morfy Omixosa Żarnika. Hegemon wzrostem dorównywał panu Berbelekowi, pod skórą jak wypolerowany mosiądz skręcały się supły mięśni, schodzące — niczym w anatomicznym modelu — z szerokich barów na mocarne ramiona, przez tors i wklęsły brzuch, w wyraźnie wyciętą muskulaturę ud i łydek. Hyppyres był nagi, całkowicie bezwłosy, na powierzchni idealnie kulistej czaszki odbijało się światło Słońca, Ziemi i gwiazd, przeszywające aetheryczne ściany łba „Podgwiezdnej”.

Kabinę urządzono bardzo skromnie, zapewne aby nie przesłaniać panoramy kosmosu — brak mebli, brak dekoracji, kilka kobierców i poduch rzuconych na podłogę. Najbardziej tłumiło blask gwiazd immanentne światło łodzi, przepalający ją również do wewnątrz pyrowy żar.

— Lakatoia, Panna Wieczorna — ile to już razy woziłem ją na dół i z powrotem? Ostatnio chyba półtora roku temu, tak; i mówiła mi, że chyba wreszcie znalazła człowieka. To już się za daleko posuwa, nie ma co czekać, Pani powinna podjąć decyzję, jak tylko zaczęło się na okeanosie, na południowych wyspach, i w Ziemi Gaudata, w Lodzie Południowym, kto wie, co tam się dzieje, w mrozie, w zawiejach śnieżnych. Lakatoia chciała, żebym zszedł tam prosto z nieba, ale „Urkaja” nie wytrzymałaby tego zimna. Wiem, Pani ma swoje powody, stare nienawiści, dlaczegóż w końcu miałaby ratować tych, co ją Wygnali — ale najpierw przyszło to do nas. Odwiedzisz Odwrócone Więzienie? Każ się zawieźć. Trzeba uderzyć jak najszybciej.

Uderzyć. Jak najszybciej. Pan Berbelek gryzł w milczeniu grorzechy. Wykorzystują mnie, jak wiedziałem, że Szulima mnie wykorzysta, ślepe narzędzie. (Furia!) Czy naprawdę nie chciała śmierci Abla? Z pewnością nie przeszkodziła ona w planach Szulimy. Furia! Ale właśnie furii ode mnie chcą.

Otrzepał dłonie, uniósł wzrok na okrągły cień Księżyca, który „Podgwiezdna” goniła po niższym łuku; Słońce, w swym codziennym obiegu Ziemi, było teraz zupełnie niewidoczne zza okrążającego Ziemię prawie w tym samym tempie Księżyca — lecz owa zmiana wynikła ze zmiany położenia łodzi, nie z mekaniki astronomicznej. Słońce jest jednak szybsze od Księżyca i w końcu wyłoni się zza niego (lub spod niego, jeśli łódź zmieni płaszczyznę orbity). Wtedy zaciągnie się wokół wewnętrznego brzucha „Urkai” czarne jedwabie, by Ziemianie nie oślepli. Co wszakże poczną w jej łbie sami Księżycanie?

— Nic nie zostało przesądzone — rzekł pan Berbelek, wypatrując w nocy Księżyca świateł miast Illei. — Jeśli cena będzie odpowiednia…

Omixos Żarnik wybuchł śmiechem, aż zapaliły mu się na bicepsach i piersi tuziny malutkich płomyków, jakby wypacał z siebie ogień bezpośrednio przez otwarte pory skóry.

— Chcesz się z nią targować! Rzucisz Iłlei cenę i — „zgadzasz się albo nie!” Hah!

— Skoro jej córka poświęciła tyle czasu… Myślę, że będzie musiała się zgodzić.

— Ha! — Jeździec Ognia wytarł sobie z oczu złote iskry. — Chciałbym to zobaczyć!

— Powiedz — pan Berbelek obejrzał się na hyppyresa — jaka jest stosowna cena za pierworodnego syna?

Ach!

Omixos zamilkł na chwilę. Dolał sobie wina, gościowi wody.

— Zemsta — rzekł wreszcie. Tak.

— Kogo winisz? Illeę?

— Wydaje mi się, że one chcą kupić moją zemstę, że tak to sobie zaplanowały. Nie wiem, czy w ogóle bym tam teraz leciał, gdyby nie dla zemsty właśnie. Sam chyba nigdy nie pomyślałem „zemsta”. Lecz teraz widzę, że taka jest Forma. I tak z ich strony to wygląda. Czy musiał zginąć? Nie wiem. Ale pomogło.

Omixos spoważniał, podrapał się po nagiej czaszce. Spoglądał badawczo na pana Berbeleka spod ciężkich powiek. Znad jego prawego ramienia wschodziła jakaś wyjątkowo jasna gwiazda — Wenera?

— Zaszczycasz mnie swoją szczerością — mruknął; naprawdę wyglądał na skrępowanego, to nie była ironia. — Cóż ja ci mogę rzec, esthlos? Tylko raz widziałem Panią Illeę, z daleka, gdy odbierała hołd hyppyroi. Nie jestem mędrcem. Ale. Ale tak. Dlaczego nazywają ją Okrutną? Pomyśl. Posłała na dół, między największych wrogów i w paszczę największego niebezpieczeństwa, swoją jedyną córkę.

Pan Berbelek skinął głową.

Już do końca rozmowy jej forma utrzymała się po stronie melancholii. Powstawszy do wyjścia, patrząc, jak hegemon „Urkai” otwiera przed nim drzwi i dziękuje krótkim ukłonem za morfę jasnej szczerości, pan Berbelek pojął, że w istocie wygrał i podporządkował sobie hyppyresa, chociaż wcale tak tego nie planował; że to też jest metoda i również takimi ścieżkami wstępuje się na trony.

Mimo bólu uścisnął mocno nadgarstek Omucosa.

— Lakatoia miała rację — rzekł Żarnik. — Dobrze wybrała, esthlos. Kogoś takiego przecież właśnie potrzebujemy.

— Kogo?

— Kratistobójcy.

5 Januarius 1194. Skrzydła w pełni rozłożone, ogromne płaty aetheru, długie na pięć, siedem stadionów. Ich samych nie sposób dostrzec, światło przechodzi przez nie na wskroś; jedynie ich żebra, twardą konstrukcję nośną, jak żyły w gigantycznych, kosmicznych liściach, jedynie one są widoczne na tle gwiazd. Teraz zapiszę, jak mi to wytłumaczono: aether krąży wokół Ziemi po orbitach zależnych od stopnia jego zagęszczenia, od prędkości i od rodzaju arche, z jakimi się związał (pyru w przypadku Słońca). Aby wspiąć się z Ziemi na orbitę Księżyca, łódź musi chwytać w swe „żagle” coraz wyższa uranoizę, aż zrówna się z epicyklem Księżyca; ogon zaś służy wówczas za dodatkowy ster. W ten sposób halsuje się przez sfery niebieskie.