Выбрать главу

Mieli rację ci, co szeptali. Przez gorące powietrze wypełniające wnętrze łodzi dźwięki biegły setki pusów po sekretnych aetherowych orbitach, spływając — niczym górskie strumyki — do ciemnych zakamarków i otwartych skrzyżowań gesowego szkieletu „Urkai”. Kto znał miejsca przecięcia niewidocznych orbit, mógł podsłuchać wszystkich. Tak też podsłuchana została Marianna Heltytka, gdy próbowała przekupić swymi wdziękami jednego z Cyganów, by sporządził aerową truciznę; Cygan spytał, dla kogo to, ona nie odpowiedziała, ale przecież wszyscy dobrze wiedzieli. Podsłuchała to jedna z nawigatorek „Urkai”. Opowiedziała hegemonowi. Nie było przesłuchania, procesu, pytań o winę i próśb o przyznanie się. Omixos kazał wyrzucić Mariannę za burtę.

Związali jej ręce za plecami, wokół lewej kostki zakuli puryniczny łańcuch. Księżycowi doulosi zawlekli ją na rufę łodzi, przymocowali łańcuch do ogona skorpiona i wypchnęli dziewczynę w pustkę. Wszystko to było doskonale widać przez jasne ściany „Podgwiezdnej”; Księżycanie nie patrzyli, lecz pasażerowie zebrali się na rufie. Arianna szlochała bezgłośnie, trąc czołem o gorącą uranoizę. Pan Berbelek stał za nią, ściskając jej ramię. Córka kapłanki kręciła się na długim łańcuchu wokół rozedrganego tysiącem wiecznomakin ogona „Urkai”. Zapewne krzyczała, sądząc po otwartych szeroko ustach, lecz niczego nie słyszeli we wnętrzu łodzi. Przez pierwszą godzinę miotała się tak na uwięzi, próbując się uwolnić z łańcucha tudzież przyciągnąć do ogona; bezskutecznie. Potem zaczęło się na niej tlić ubranie, odpadać co większymi płatami. Spopieliły się powoli także włosy. Kaszlała i drapała się po gardle, mało aeru, zbyt wiele pyru, płuca tego nie wytrzymywały. W trzeciej godzinie zahaczyła biodrem o epicykl jakiegoś większego skrzepu uranoizy i aether wbił się jej w ciało, rozpruwając skórę i mięśnie i miażdżąc kości. Ogień natychmiast wypalił ranę. W czwartej godzinie straciła przytomność. W szóstej ponownie się ocknęła; płonęła już wówczas jej skóra, aether wżerał się w krwawiące ciało, z twarzy pozostała brunatna maska czaszki i naczyń krwionośnych. W siódmej godzinie zza Księżyca wyszło Słońce.

7 Januarius 1194. Dogoniliśmy Księżyc. Wchodzimy w jego sferę Powietrza. Słońce już na dobre wyprzedziło Księżyc, sfery aetheru zapłonęły czerwono, biało i niebiesko. Żyjemy tu w kokonie czarnych jedwabiów, tylko za nimi bezpieczni. Księżycanie chodzą w ommatorach z węglowych kryształów, wyglądają jakby z oczodołów powyrastaty im kanciaste kamienie. Mówią, że to już koniec, że dzisiaj łub jutro wylądujemy. Zaczęliśmy zwijać żagle, czarna powierzchnia Księżyca pod nami, nagle to jest centrum wszechświata, nie Ziemia nad głowami, obrócił się kosmos, nie rozumiem tego, przecież nie może być dwóch środków. Ogon skorpiona bije jak oszalały, aetherowy pancerz wiruje w księżycowym aerze. Spadamy w ciemność.

Ν

Światło naszej Pani

Płonie, płonie, płonie wszystko, powietrze, woda, ziemia, ciało pana Berbełeka. Nawet gdy stoi w bezruchu pod czarnym niebem — zielona Ziemia pośrodku jednolicie mrocznego nieboskłonu jedynym źródłem światła, noc spowija Księżyc, długa, dwutygodniowa noc — nawet teraz pyr, związany tu z każdą cząstką materii ożywionej i nieożywionej, wżera się przez kirouffę, przez skórę, do kości i do serca pana Berbełeka. Każdy oddech szczypie gardło i kłuje płuca, każde przełknięcie śliny przepala krtań, każdy krok to nowy żar ziemi pod podeszwami stóp (Księżycanie chodzą boso), każdy ruch to ruch przez piekło.

Oczywiście nie widać płomieni, nie widać popiołu, kirouffa nie dymi, skóra pana Berbełeka zaledwie się zaczerwieniła, jak w chorobliwej opaleniźnie. Słońce jeszcze nie wyprzedziło Księżyca na tyle, by pokazać się na niebie ponad krawędzią Krateru Midasa — ale zagęszczenie arche pyru w atmosferze Księżyca nie zależy od pory dnia, pory miesiąca.

Pomimo bowiem iż kratista Illea spędziła tu ponad pół tysiąca lat, nadal nie zdołała przyciągnąć tego globu do postaci całkowicie zbieżnej z jej naturą — ludzką, ziemską, życiodajną, uporządkowaną. Substancja powstaje przecie z takiej Materii, jaka jest akurat dostępna. Księżyc Pani Błogosławieństw rodzi się z Ognia najwyższej sfery Ziemi, z czystej uranoizy oraz z żywiołów niższych, uwalnianych sukcesywnie z cefer aetherycznych, w jakich związane są one we wszystkich ciałach niebieskich. Te pola, te ogrody, sady, winnice, na które pan Berbelek teraz patrzy z grzbietu spielnika, wszystko to powstało i wyrosło z żywiołów samoistnie oczyszczonych z uranoizy w koronie Księżycowej Wiedźmy. Tak oto, w skali stuleci i tysiącleci, czarny, martwy Księżyc przepływa ku Formie raju, złotej krainy urodzaju i szczęścia, jakiej nie dane było Potnii stworzyć ongiś na Sadarze.

Tymczasem jednak jest to dla pana Berbeleka kraina cierpienia. Chodzi powoli i mówi tylko szeptem, powstrzymując się od głębszych oddechów.

Spielnik ciągnął się wzdłuż całego majątku Ombcosa, aż do wschodniego zbocza krateru. Podobne żyły uranoizy widoczne są z Ziemi jako jaśniejsze pręgi na twarzy Księżyca, miejsca mocniej odbijające światło.

Kilkadziesiąt lat temu wygładzono powierzchnię owego spielnika i teraz służył jako główna droga wewnętrzna majątku (owe księżycowe latyfundia zwano imopatrami). Prowadziła ona od samego gaju dynastosowego, na południowym zachodzie, do Karuzeli na północnym wschodzie: blizna purynicznego aetheru wystająca z ziemi Księżyca niczym obnażona jego kość, długi na setki stadionów biały piszczel.

Z grzbietu spielnika, z wysokości kilkudziesięciu pusów rozciągał się królewski widok na pola uprawne gryzu i sady, gdzie pracowali chłopi i niewolni Omixosa. Krater Midasa był też źródłem jednego z najpopularniejszych gatunków win księżycowych — nim to Żarnik częstował pana Berbeleka na pokładzie „Urkai”, winem midajskim.

W zielonym świetle Ziemi cała ta panorama sprawiała wrażenie zanurzonej w podmorskim cieniu, jakby Imopatra Midasa leżała w istocie na dnie okeanosu, którego wody uczyniono jakąś tajemną alkimiczną transmutacją zdatnymi do oddychania.

Aurelia Krzos, biegnąc po szczycie spielnika, wyprzedziła Hieronima o dobry stadion; teraz zawróciła. Bratanica Omixosa Żarnika również była urodzonym hyppyresem, twardą muskulaturę jej bezwłosego ciała można by użyć jako wzór dla posągu Artemidy Polującej. Hyppyres z im większą energią się porusza, im większy impet posiada dana część jego ciała, tym więcej pyru wytrąca się na powierzchni ciemnej skóry. Biegnąca truchtem Aurelia z każdym szarpnięciem nóg i ramion wypalała w powietrzu ogniste smugi, których powidok kaleczył źrenice Hieronima; wokół przedramion, a nimi wymachiwała najsilniej, wybuchały na ułamki sekund grzywy białych płomieni. Nawet gdy zatrzymała się po biegu, lekko zadyszana, drobne ogniki tańczyły na jej piersiach, ramionach, czaszce.

— To już niedaleko, za palmami.

Nie miał ochoty tłumaczyć jej, że owe skorupopienne drzewa o gorejących czerwono liściach dzielą z morfą palmy jedynie właśnie nazwę.

Za pyrowymi palmami od spielnika odrywała się niska odnoga perłowego aetheru, pół stadionu dalej zabudowana kratownicowymi konstrukcjami, wieżami i dźwigarami, wokół których krzątało się dwa tuziny ludzi, drugie tyle doulosów. Obracały się tam na krzywych osiach uranoizowe wiecznomakiny — niezmordowany napęd kołowrotów, spuszczających w dół, w jasno oświetlone szyby, sploty grubych powrozów i czarne łańcuchy. W takich właśnie głębokich kopalniach księżycowych wydobywano czysty pempton stoikheion, nie zmieszany z arche niższych żywiołów; następnie brali go w swe ręce kowale aetheryczni, demiurgosi uranoizy, i skrzywiali jego epicykle, zmieniając jego ruch z ruchu po okręgu wokół Ziemi, jak porusza się w swej aetherycznej naturze reszta Księżyca, na ruch po nowej orbicie: małej jak obwód palca — dla jubilera na wirpierścionek — albo o średnicy stadionu — na Karuzelę — albo gdzieś pomiędzy, do jakiegoś przemysłowego perpetuum mobile. Kiedyś Midasowa kopalnia uranoizy przynosiła większe dochody i była eksploatowana intensywniej; teraz otwierano ją i zamykano w zależności od fluktuacji cen na księżycowym rynku aetheru.