Выбрать главу

Aurelia zbiegła na plac przy głównej wieży nad środkowym szybem. Już czekało na nią kilka osób, skłonili głowy, doulos padł na kolana. Zanim pan Berbelek do nich dotarł — schodząc po spielniku równym, spokojnym krokiem, który maskując cierpienie ciała, narzucał zarazem formę pewnego dostojeństwa — zdążyli zdać Aurelii raport z incydentu i wskazać kierunek; pobiegła, machając na Hieronima. Pan Berbelek przystanął na moment w cieniu wieży, w hurgocie kanciastej wiecznomakiny. Ponownie skłonili głowy. Obrzucił ich obojętnym spojrzeniem. Padli na kolana, wolni i niewolni pospołu. Minął ich w milczeniu. Od jakiegoś już czasu nie krył twarzy pod kapturem, wracały doń odruchy przeciwne, anonimowość należy do form ludzi słabych.

Zagnane w zaułek pod hałdą zmielonego urobku, monstrum miotało się bezsilnie na wszystkie strony. Pan Berbelek zamrugał, skupił wzrok. W rzeczywistości anaires się nie przemieszczał, on po prostu sam składał się z ruchu, aether był jego ciałem, wysokoenergetyczna uranoiza rozpędzona w milionie nieskładnych epicykli. Wszystko w nim wirowało, obracało się wokół siebie, ciało wokół ciała, jeśli można w ogóle mówić tu o ciele, bo gdzie ręce, gdzie nogi, gdzie głowa, gdzie tułów, nie ma, nie ma, wiecznoruch zamazuje Kontury, gdzie skóra, gdzie mięśnie, gdzie krew — ale przeocz to wszystko gna, iskrzy w skrzyżowaniach orbit, trze o ziemię i młóci powietrze, nie członki, lecz wiązki epicykli, nie korpus, lecz oś osi, nie oczy i uszy, lecz wielkie okręgi szybkiego aetheru, przecinające przestrzeń dokoła potwora, jak czułki owada: co dotknie, co zakłóci ruch, o tym biegnie informacja do organizmu. Taki jest jedyny zmysł anairesa, ta chmura aetherycznych drobin rozpylona na kilkanaście pusów wokół kreatury.

Ledwo Aurelia Krzos w nią wstąpiła, potwór szarpnął się jeszcze głębiej w zaułek, rozbijając swoje organy/orbity o zbiegające się tam zbocza hałdy. Najeżył się przy tym w chrobotliwym trzasku i grzechocie lśniącymi epicyklami uranoicznych ostrzy, kolców, zadziorów — a wszystkie one gnające coraz szybciej i szybciej, paniczne tornado aetherycznego śmiecia; jakże musiał być przerażony!

Aurelia obejrzała się przez ramię na pana Berbeleka. Wyszczerzyła zęby, podekscytowana. Na plecach, wzdłuż kręgosłupa, i wokół długich mięśni jej ramion rozwijały się błękitne i czerwone języki ognia.

— Esthlos! Patrz!

Rzuciła się w przód, wprost na potwora. Było to tak nagłe, że na ułamek sekundy w ogóle znikła Hieronimowi z oczu, stał zbyt blisko — zresztą zniknęłaby mu tak czy owak, musiał osłonić twarz, podmuch ognia uderzył go jak miękka pięść Heliosa. Zdołał odtworzyć ruch Aurelii z powidoku wypalonego na źrenicach — jak, otoczona słupem pyru, wpada na potwora i sięgnąwszy z zamachu prawą ręką do jego wnętrza, rozrywa go w pusty chaos. Nastąpił huk, jakby wysadzono w powietrze kuźnię lub warsztat mekanikosa, po czym na wszystkie strony — w tym na pana Berbeleka, osłaniającego głowę przedramieniem — poleciała ulewa drobnych odłamków aetheru, uwolnionego na otwarte orbity spod morfy zabitego zwierza.

Ryter pyru obróciła się do pana Berbeleka. Sycząc przez zaciśnięte zęby, ścierała ze skóry spieczoną krew z tysięcy ran. Większość wrogiego aetheru została spalona w jej ogniu, lecz nawet już płonąc, kaleczył on ciało dziewczyny. W najgłębszym rozcięciu, na lewych żebrach, skwierczał jasny żar, pręga okrutnej bieli od piersi do pępka.

— Oj — sapnęła, postępując niepewnie ku Hieronimowi. — Dużo. Zaraz. Usiądę.

Pan Berbelek wykonał krótki gest w stronę kilkunastu górników zebranych przy drugim końcu hałdy. Podbiegli, ujęli hyppyresa pod ramiona, wyprowadzili pod spielnik. Ktoś przyniósł kwiatorzec, rozścielił na ziemi, ktoś inny przydźwigał butlę wina, dwaj doulosi przytargali kandżę purynicznego hydoru i jęli obmywać Aurelię, ledwo spoczęła na kwiatorcu. Pan Berbelek przysiadł obok, skrzyżowawszy nogi.

Gapie schodzili się zewsząd, rósł szmer ich szeptanych rozmów.

— Precz! — warknął pan Berbelek.

Na kogo spojrzał, ten, nie potrafiąc zignorować wzroku esthlosa, szybko wycofywał się poza jego zasięg. Nie minęło pięć minut, a pochowali się nawet nadzorcy wind kopalnianych.

Krzos przekleństwem odpędziła również doulosów. Westchnąwszy głośno, wyciągnęła się na wznak na fiołkowym kwiatorcu. Hieronim sięgnął powoli po butlę i kielich, nalał sobie wina.

Minęły trzy dni od przybycia pana Berbeleka na Księżyc — trzy dni, bo trzy razy okrążyli Ziemię, trzy razy powtórzyły się nad panem Berbelekiem kształty brunatnych kontynentów i zielonych mórz, zawsze w podobnym malunku światła i cienia. Hieronim widział to tym lepiej, że czarne niebo z nieruchomą Ziemią stanowiło jedyny dach księżycowych domów, nie wznoszono tu piętrowych budowli, a parterowych nie było sensu kryć. Deszcze padały bardzo rzadko (opowiadano o nich potem miesiącami), mocniejsze wiatry również się nie zdarzały, temperatura była stała. Raz na miesiąc, o wschodzie Słońca, po powierzchni Księżyca przechodziła długa fala gęstej mgły, która skraplała się następnie w kałuże purynicznego hydoru — to był Dzień Oczyszczenia.

Księżycanie żyli na otwartych przestrzeniach, nieczęsto uciekając między ściany. Gaj dynastosowy rodu Żarnika był właśnie tym: gajem, gajem przemyślnie zmorfowanych drzew i krzewów, regularnym labiryntem ognistej flory Księżyca. Przez pierwsze kilkanaście godzin pan Berbelek — ledwo zszedłszy z pokładu „Podgwiezdnej”, która zaraz udała się w dalszą drogę, Omixos miał czas tylko przywitać się z rodziną i przekazać Hieronima w pieczę brata — przez pierwszy dzień pan Berbelek leżał na gorącym runie swej polany, przepalany na wylot pyrowym powietrzem Księżyca, to śpiąc, to budząc się, z Ziemią nad głową, doglądany przez domowych doulosów, którzy obmywali jego ciało chłodną wodą, ale i to nie przynosiło ulgi, bo ten źródlanie zimny hydor również palił mu skórę, aż różowy od rozpuszczonego w nim pyru.

Taki był Dzień Oczyszczenia pana Berbeleka. Leżąc tam w cichej męce, palony od wewnątrz i od zewnątrz, sam na sam ze swym chrapliwym oddechem i cudownie piękną planetą przed oczyma, przechodził Hieronim rytuał puryfikacji duszy.

Czy naprawdę to, co czuje, ta nieukierunkowana, cicha wściekłość, kolczasta makina gniewu w jego piersi, nakręcona gdzieś pod strasznym słońcem Afryki — czy więc to zemsta właśnie nim porusza, pragnienie zemsty za syna? I czymże jest owo pragnienie, jeśli nie rodzajem chęci zadośćuczynienia za zranienie dumy? Tak mszczą się aristokraci: przez równość poniżeń. Cierpienie poniża, poniża słabość odczuta i okazana, poniża tęsknota, miłość poniżaw oczach cudzych i własnych. Przecież nie o to chodzi, by zmarły poczuł się lepiej, skoro sprawca jego śmierci zginie; zmarłemu żadne zadośćuczynienie nie pomoże. Można, co prawda, wierzyć w te lub inne prawa rządzące zaświatami i działać podług owej wiary; nie był to jednak przypadek pana Berbeleka, który zwykł był ordynować śmierć w takich ilościach, że na podejrzenie istnienia jakichkolwiek zaświatów po prostu nie mógł sobie pozwolić. Można jeszcze dopatrywać się motywów dla zemsty w dążeniu do sprawiedliwości. O ile jednak zemsta jest wymierzeniem sprawiedliwości, o tyle nie jest zemstą; i o ile sprawiedliwość jest zemstą, o tyle nie jest sprawiedliwością. Panu Berbelekowi wszakże ani postało w głowie szukać ratunku w miarach sprawiedliwości — to droga doulosów. Mści się zawsze dla siebie i za siebie samego.