Выбрать главу

Bo to też jest Forma, i jakże potężna — ojciec-mściciel! Na pewno silniejsza od Formy starego kochanka. Czyż trzeba dodatkowych motywów? Tak samo, jak zaplanował był swe pożądanie Szulimy — gdy jeszcze jej nie pożądał — tak samo dziś już widział się w tych nowych postaciach: Berbelek-kratistobójcy, Berbelek-strategosa Księżyca. One wzajem się wykluczały, ale to nie miało znaczenia; ojciec-mściciel i tak odchodził w cień. Jeśliby teraz zabił Illeę, to już nie z zemsty przecież.

Zabić Illeę — bo słowa Ombcosa Żarnika wciąż brzmiały mu w uszach. Nie dociekał, jaka myśl za nimi stała; wyobrażenie już żyło swoim życiem. Kratistobójca! Czuł, jak ta morfa go powoli a nieubłaganie przyciąga, niczym wąż zahipnotyzowanego królika.

Zabić Illeę — nie był w stanie wyciągnąć sztyletu nawet na jej córkę. Rozumując więc pod dzisiejszą morfą — pan Berbelek płonący w milczeniu w midasowym gaju, pod zieloną Ziemią — nie widział tu dla siebie szansy. O wiele bardziej prawdopodobne zdawało mu się zapadnięcie w alternatywną Formę. Strategos Księżyca. Armie Pani. Największa bitwa wszech czasów. Wiedziały, że go skuszą. Nie byłby sobą, gdyby odrzucił ofertę. Zemsta? To też egoizm, tylko innego koloru. Zresztą przyczyna śmierci Abla była taka sama jak przyczyna śmierci każdego człowieka: Abel zginął, bo był Ablem. Gdyby był kim innym, nadal by żył. Tak czy owak, czas Abla na tym świecie dobiegi końca.

Ale potem pan Berbelek zamykał oczy i znowu na moment zwyciężał ojciec-mściciel. To był mój syn! Gdyby nie Szulima! Gdyby nie Skoliodoi! Gdyby nie Illea!

Bezpłomienny ogień oczyszczał go z myśli fałszywych i Form przypadkowych.

Wreszcie podniósł się na nogi i wyprostował w bólu — Hieronim Berbelek i wszystko to, co nim jest, i nic, co nim nie jest.

Powiedzieli mu, że Ziemianie adaptują się po tygodniu-dwóch, pyr wchodzi do ich organizmów, wyrównują się proporcje arche i w końcu przestają oni nawet odczuwać ból, żyjąc w atmosferze Księżyca. Tak zresztą opisywał to Elking. Pan Berbelek powiedział sobie: drugiego dnia chodzę, trzeciego dnia jem i piję, prowadzę towarzyskie konwersacje, czwartego dnia jestem Księżycaninem. Plan powiódł się połowicznie. Można narzucić swemu ciału morfę ignorowania bólu, nie można narzucić światu morfy ignorowania ciała. Chyba że jest się aż tak szalonym kratistosem.

— Myślałem, że masz więcej rozsądku. Przecież sami mogli go zatłuc kijami. Prawda? To chyba nie jest zwykły sposób, ta twoja szarża. Masz, napij się.

Lewą dłonią drapała się po rozżarzonej ranie.

— Widziałam, jak ojciec tak zabił jednego. To są najsłabsze anairesy, te ze środka jej anthosu. Rzeczywiście, mogliby sobie z nim sami poradzić. Ale prawo jest prawo.

— Często tak?

— Niee. Prawie w ogóle. Ale jak się na powrót uruchamia kopalnię, zawsze coś tam z ciemności wyskoczy. Głupie to, słabe, zdezorientowane; zaganiają gdzieś w kąt i posyłają gońca do gaju.

Wstała, odetchnęła głębiej. Podskoczyła kilka razy, uderzyła się pięścią w mostek, zamachała ramionami, zafurkotały płomienie.

— Kiedyś, na początku, gdy Pani przybyła na Księżyc nagiej aetherowej skały i rozpędzonego w orbitalnych wichurach Ognia, one były tu jedyną naturalną formą życia. Anairesy, Wydobywane z Głębin. Jak rodzi się najpodlejsze robactwo, z wody, gnoju, błota, ciepłej ziemi, wilgotnego brudu — przecież u was na dole jest tak samo, prawda?

— Tak. Początek życia, samorództwo. Glisty, muchy, karaluchy, dżdżownice.

— No właśnie. Żywa morfa porusza martwą hile. — Usiadła z powrotem, dolała sobie więcej wina. — Więc wtedy była tu tylko morfa Pani i hile uranoiczna. I na granicy anthosu Illei, gdzie najsłabsza równowaga i Forma złamana, poczęły się wyłaniać z głębin morfowanego Księżyca samonarodzone bestie brudnych żywiołów. Tysiące, dziesiątki tysięcy anairesów okrążały ludzi, napadały, niszczyły plony, łamały młode jeszcze drzewa. Próbowały dopaść nawet samą Illeę.

— Działały w porozumieniu? Mówisz tak, jakby miały plan.

— Noo, jak stado. Nie wiem. — Trzepnęła otwartą dłonią o udo. — Tak piszą historycy. W każdym razie wielu ludzi zginęło. I Pani powołała wówczas Jeźdźców Ognia, by chronili ludzi przed anairesami, Pani urodziła Hierokrisa Pięknego. My bowiem możemy wyjść poza anthos Illei, w dziki Księżyc, w pustkę pyru i aetheru, możemy walczyć w sferach niebieskich, pod Słońcem i w ciemności, w biegu Kosmicznych epicykli. Znaleźć i zabić anairesy na samej granicy kraju Pani i poza tą granicą, zanim wejdą na ziemie zamieszkałe — tam, gdzie się one samorodzą, a jeszcze lepiej zabić nienarodzone, nadal martwe. I tak od wieków — pełnimy straż. Anthos Pani obejmuje już prawie całą Niską Stronę, granica przebiega daleko stąd, ale jest znacznie dłuższa niż wtedy. Nie rodzą się już zresztą tak często, nie w takich ilościach.

— W końcu Illea zamknie w swej koronie cały Księżyc.

— Tak, kiedyś. Może wtedy staniemy się tacy jak wy. Mówią, że na dole, na Ziemi ryter to tylko tytuł honorowy, który można sobie kupić, nawet gdy nigdy się nie walczyło i nigdy nie będzie się o nic walczyć; że nawet nie aristokraci sobie te tytuły kupują.

— To prawda.

— Moi rodzice, moi dziadkowie i pradziadkowie, moi kuzyni i siostra, wszyscy to hyppyroi. Nasze morfy są ostre i silne, moglibyśmy żyć sto, sto pięćdziesiąt lat. Tak mówią. Ale nikt nie żyje. Hyppyroi giną w boju.

— Zginiesz.

— Tak. — Odstawiła kielich, ponownie położyła się na kwiatercu, wsuwając ręce pod głowę. — Nie ma cmentarzy. Gdy Forma pęka, pyr zwycięża i przepala nas na popiół, pochłania nas ziemia, tam, gdzie zginęliśmy, pochłania nas Księżyc.

— Rodzinne legendy… — mruknął pan Berbelek. — Tak, jest ci to zapewne przeznaczone. A nie wyobrażałaś sobie nigdy innej przyszłości? Wiesz, dzieci się buntują. Forma przeciw formie: kopia lub odwrotność.

Zaśmiała się.

— Ale to właśnie jest mój bunt!

— Przeciwko czemu? Przeciwko komu?

— Sobie samej. Wyobraziłam się sobie i wybrałam siebie, którą się stałam. Ja. Aurelia Krzos. Bo chcę.

— I koniec.

— Noo, oczywiście jestem ciekawa, jak tam jest. — Wskazała Ziemię zawieszoną nad nimi pośrodku ciemnego nieba. — Myślisz, że mogłabym…? Ale nie po prostu polecieć z wujem tam i z powrotem — tylko swobodnie wędrować po powierzchni, w przebraniu, w miastach, między ludźmi. Esthlos? Czy to jednak nie nazbyt niebezpieczne? Co byście sobie pomyśleli?

— Że jesteś demiurgosem ognia.

— Jestem demiurgosem ognia. Ha!

Naraz pan Berbelek obrócił się na kwiatorcu, nachylił nad Aurelią.

— A chcesz? Co?

— Bo ja tam wrócę. Prędzej czy później. Omixos dawno już ich powiadomił, przyślą po mnie. I jakiekolwiek Pani ma wobec mnie plany… Skoro potrzebuje strategosa… Ja tam wrócę. Z armią lub bez. Więc jak?

Iskry zaczęły strzelać z kącików szeroko otwartych oczu hyppyresa, smugi dymu pojawiły się między jej brązowymi wargami.

— Jako kto?

Teraz on się zaśmiał.

— Nie, dziecko, wcale nie marzę o nocnym całopaleniu, płonące łoża pozostawmy poetom. Jako moja — mój żołnierz.

Usiadła.

— Nie złożę ci przysięgi.

— Czy ja cię proszę o przysięgę?

— Esthlos…

Wyczuwała pułapkę, lecz była zbyt młoda, by ją rozpoznać A najgroźniejsi są właśnie ci, którzy żadnych przysiąg nie potrzebują.

Rozdrapywała w zamyśleniu gorącą ranę. Spoglądając na pana Berbeleka, przekrzywiała głowę, wydymała policzek, unosiła wymorfowaną z czarnego koralu, bezwłosą brew. Znał tę formę.

— Panna Wieczorna czeka na mnie — rzekł. — Wrócę tam, z tobą lub bez ciebie.

Wyciągnął rękę. Energicznym ruchem złapała go za przedramię, uścisnęła.

Skrzywił się z bólu. Płonie, płonie, płonie wszystko.