Выбрать главу

— Jako kto?

Teraz on się zaśmiał.

— Nie, dziecko, wcale nie marzę o nocnym całopaleniu, płonące łoża pozostawmy poetom. Jako moja — mój żołnierz.

Usiadła.

— Nie złożę ci przysięgi.

— Czy ja cię proszę o przysięgę?

— Esthlos…

Wyczuwała pułapkę, lecz była zbyt młoda, by ją rozpoznać A najgroźniejsi są właśnie ci, którzy żadnych przysiąg nie potrzebują.

Rozdrapywała w zamyśleniu gorącą ranę. Spoglądając na pana Berbeleka, przekrzywiała głowę, wydymała policzek, unosiła wymorfowaną z czarnego koralu, bezwłosą brew. Znał tę formę.

— Panna Wieczorna czeka na mnie — rzekł. — Wrócę tam, z tobą lub bez ciebie.

Wyciągnął rękę. Energicznym ruchem złapała go za przedramię, uścisnęła.

Skrzywił się z bólu. Płonie, płonie, płonie wszystko.

* * *

— Hierokharis, syn Hierokrisa, syna kratisty Illei Kollotropyjskiej, Pani Księżyca, kyrios, kyrios, kyrios, Pierwszy Hyppyres, Ogień na Jej Dłoni, Hegemon Księżyca, do esthłosa Hieronima Berbeleka, Strategosa Europy, w gościnie rytera Omixosa Żarnika, w powitaniu i z darami ziemi, po trzykroć, przybył.

Dźwięk gongu niósł się po gaju, przechodząc długą falą przez ogniste żywopłoty i zawinięte wokół altanowych szkieletów gęstwy żar-powojów. Był szósty dzień pobytu pana Berbeleka na Księżycu, godzina Herdonu (Herdon świecił spod granicy cienia przecinającej Ziemię).

Hierokharis przybył w aetherowej karocy, ciągnionej przez dwójkę apoxów, koni księżycowych o ognistych grzywach i ogonach. Towarzyszyła mu skromna świta: dwoje hyppyroi, sekretarz i tuzin sług. Słudzy przydźwigali od karocy skrzynię z darami. Otworzyli ją przed siedzącym pod wierzbą polany biesiadnej esthlosem Hieronimem Berbelekiem. W skrzyni wirowały aetheryczne majstersztyki księżycowego rzemiosła, płonęły gwiazdowym żarem prześwietne stroje kroju illeicznego.

Pan Berbelek wstał, skłonił głowę. Hierokharis podszedł doń, szeroko uśmiechnięty i równie wylewny w geście i manierze, co wszyscy hyppyroi, ich charaktery ogniste jak ich ciała, gorąca serdeczność lub piekielny gniew; podszedł, uścisnął nadgarstek pana Berbeleka, klepnął go w ramię.

— Esthlos! Musiałem przekonać się na własne oczy, czy tym razem wybrała dobrze!

Pan Berbelek uśmiechnął się powściągliwie. W głowie wybuchnął mu szrapnel tysiąca nowych podejrzeń. „Tym razem”! Nic jednak nie powiedział.

W gaju midajskim planowano od razu wielką ucztę na cześć wnuka Pani, lecz Hierokharis szybko ogłosił, że wyjeżdża, gdy tylko esthlos Berbelek się spakuje. A cóż miał Hieronim do pakowania, cały jego bagaż nadal mieścił się w jednym plecaku — no i w tym kufrze z darami, który służący Hegemona Księżyca zaraz zanieśli z powrotem do karocy. Pożegnania również nie trwały długo, krótkie uściski rąk, z Aurelią Krzos równie krótki, tylko uśmiechnęła się szerzej i jaśniejsze skry strzeliły w jej oczach. Pan Berbelek zasznurował jeszcze kirouffę, zaciągnął mocniej rzemienie pochwy sztyletu, przytknął do nozdrza białą rurkę amuletu, policzył do siedmiu — i opuścił gaj.

Kareta — pozbawiona dachu ażurowa makina uranoizowa, o sześciu olbrzymich kołach i sześciu jeszcze większych kołach zamachowych, perpetua mobilia, wirujących nieprzerwanie wysoko ponad jej konstrukcją. Zatrzaskiwano je na dolnych osiach na czas jazdy i przesuwano wzwyż dla zatrzymania ruchu wozu. Z aetheru wykonana była także cała górna część karocy, skomponowana z symetrycznych epicykli uranoizowych wachlarzy, otwierających się i zamykających baldachimów, klaszczących miękko siatek hydoroporowych.

Długa na czterdzieści pusów, szeroka na pusów piętnaście kareta Pierwszego Hyppyresa nie była zatem tak naprawdę ciągniona przez tę parę apoxów — nimi woźnica powodował za pomocą wodzów i ognistego bicza dla zmiany kierunku jazdy, czego już nie sposób było czynić wyłącznie przez manipulację stałymi orbitami wiecznomakin.

Woźnica krzyknął, strzelił batem, konie prychnęły dymem, perpetua mobilia opadły na tryby żelaznych kół ruszyli..

Hierokharis i pan Berbelek siedzieli w środkowej części powozu, przed kratownicami zabezpieczającymi bagaże, a za niższym przedziałem służby, schowanym częściowo pod siedzeniem woźnicy. Podłoga karocy także składała się z twardodrzewnych kratownic, jeno szlachetniej rzeźbionych i tworzących bardziej skomplikowane szkielety. Pan Berbelek obserwował przez nie przemykającą pod nimi coraz szybciej Ziemię. Wkrótce wjechali na spielnik, aetheryczna kość Księżyca zalśniła pod stopami pasażerów.

— Musimy zdążyć przed Dies Solis, Illea chce z tobą pomówić, zanim wyjedzie na urodziny Rakatoszu.

Pan Berbelek uniósł pytająco brew. Hierokharis machnął ręką na południe.

— Nowe miasto, tysiąc stadionów od równika. Księżycowy równik wykreślano na mapach globu wzdłuż linii blasku Ziemi i granicy Odwróconej Strony.

— Midas leży — ile, sześćset stadionów od Labiryntu? — mruknął pan Berbelek. — Szybko.

— Sprzedaliśmy kilka takich karet na Ziemie Gaudata, mają tam wielkie, płaskie pustynie, na których padają nawet najwytrzymalsze zwierzęta. — Hierokharis wskazał ruchem głowy zieloną latarnię na niebie. Południowy, trapezowaty kontynent nie był jeszcze widoczny. — Ale okazało się, że sofistesi mają rację, w tak niskich sferach aether jest zbyt niestabilny, po kilku tygodniach makiny zaczynają się rozpadać, uranoiza wyrywa się na wyższe orbity, każdy żywioł dąży do swej sfery.

— W Herdonie ponoć testowali automatony napędzane aerem o Formie aetherycznej.

Hegemon trzepnął dłonią o udo.

— To już prędzej.

Dotarli pod wschodnie zbocze krateru, zjechali ze spielnika, zataczając szeroki półokrąg, by wjechać na rampę Karuzeli. Woźnica szarpnął za rzeźbioną w smoki i mantikory wajchę i podniósł koła zamachowe karety. Apoxy ciągnęły wóz powoli, podchodząc do krawędzi rampy. Gigantyczna Karuzela, wiecznomakina skonstruowana na długiej na kilka stadionów obręczy białego aetheru, obracała się z gwiazdową powolnością: od dna do szczytu krateru prawie dwie godziny. Ale też właśnie dzięki tej powolności wóz Hegemona mógł bezpiecznie wjechać na jedną z wbudowanych w uranoizową obręcz gesowych platform. Platformy stabilizowały się nieustannie do poziomu, trzeszcząc w zawieszeniu na osiach grubych jak pień baobabu.

Pasażerowie wysiedli z karocy. Pan Berbelek podszedł do poręczy — dno Krateru Midasa już się oddalało, stopniowo zmieniała się perspektywa panoramy zanurzonych w seledynowej poświacie pól, sadów, winnic, gajów. Pan Berbelek uniósł głowę. Wysoko, nad grzbietem zbocza krateru płonęły ognie górnej rampy, symetryczny trójkąt wysunięty z cienia stoku w gwiaździste niebo.

Karuzela skrzypiała i chrobotała, w osi platformy co chwila coś strzelało ostro, klekotały aetheryczne wiry karety, rżały zaniepokojone rumaki pyrowe.

— Co u niej? — spytał Hierokharis, przystanąwszy przy balustradzie obok pana Berbeleka.

— Mhm?

— Nie widzieliśmy się od ponad dwudziestu lat.

Pan Berbelek wyjął z kieszeni kirouffy tytońcówkę, wybrał z namysłem długiego tytońca — po zapałki sięgnąć nie zdążył, hyppyres strzelił palcami, spod paznokci trysnął niebieski ogień.

— Dziękuję. Kiedy ostatnio ją widziałem, miała się całkiem nieźle.

Hierokharis zaśmiał się serdecznie.

— Och, poznałbym choćby po tym sarkazmie jej mężczyzn! Damien do tej pory nie może się zdecydować, czy ją znienawidzić.

— Damien?

— Szard. Może go spotkasz. Ale przeprowadził się ostatnio do Erzu, za Morze Kruków.

Damien Szard, Damien Szard — tak, Aneis pisał o nim w swoich raportach. Poprzedni alexandryjski kochanek Szulimy, który ponoć zginął na okeanosie. Nie zginął na okeanosie.