— Nie posiadał on sławy wielkiego strategosa. — Pan Berbelek dmuchnął, dym zamigotał w przesyconej pyrem atmosferze.
Hierokharis spojrzał dziwnie na Hieronima.
— A co ona właściwie ci powiedziała, esthlos? To, że jesteś strategosem, to dodatkowe szczęście; nie strategosa przecież szukaliśmy.
Pan Berbelek wyprostował się, obrócił do hyppyresa. Był odeń wyższy o ponad tuk.
— Odbiorę ci władzę — rzekł. — Jeśli Pani powierzy mi dowództwo. — Strzepnął popiół z tytońca, wysunął do przodu prawą stopę, lewą dłoń złożył na poręczy. — Taka jest nieunikniona konsekwencja. Ukorzysz się, gdy zażąda?
Wokół czaszki i na ramionach Hierokharisa strzeliły krótkie płomienie. Służący przestali rozmawiać, sekretarz postąpił ku niemu dwa kroki. Karuzela trzeszczała głośno w księżycowej ciszy.
Pan Berbelek nie odwracał wzroku. Uniósł powoli tytońca do warg.
— Ha! — zaśmiał się wtem Hierokharis. — Przecież tak naprawdę ty nie wiesz, co cię czeka! Esthlos! Czy sądzisz, że ci dwaj przed tobą — że Pani ich odrzuciła? Nie. Szukaliśmy dalej, bo okazali się zbyt słabi.
— A ty?
— Ja wiem, że jestem zbyt słaby. Tu przecież nie chodzi o dowodzenie w bitwie.
— Szukacie kratistobójcy.
Hierokharis przechylił głowę.
— Tak, można tak powiedzieć. Chociaż oczywiście to będzie tysiąc razy trudniejsze.
Pan Berbelek żachnął się. Historia nie zna przypadku, by kratista lub kratistos zginęli z ręki kogoś innego niż jeszcze silniejsza kratista lub kratistos, jedynie tępy lud powtarza sobie bajki o Izydorze Rodyjskim i bohaterskich pasterzach wstępujących na trony. Z definicji, kto zwyciężył kratistosa, zaprawdę jest Najpotężniejszy. Tysiąc razy trudniejsze? Toż to bełkot.
— Dlaczego nie powiesz mi tego jasno i bez aluzji?
— Skoro Szulima ci nie powiedziała… Pani będzie wiedziała, jak najlepiej zarzucić na ciebie sieć. — Hyppyres wyszczerzył białe zęby. — Esthlos. Zresztą to nadal jest tajemnica.
— Ryter Żarnik wiedział.
— Owszem, niektórzy hyppyroi stoczyli już pierwsze potyczki.
Pan Berbelek cisnął niedopałek poza platformę, ku odległym polom midajskim. Byli coraz bliżej szczytu krateru.
— Ale ty chciałeś mnie zobaczyć, zanim jeszcze stanę twarzą w twarz z Panią. Ty się spodziewasz, że ona złoży mi taką ofertę i będziesz musiał ustąpić mi miejsca.
— Tak, chciałem się z tobą spotkać, zanim ona się z tobą spotka. Póki jesteś tym Hieronimem Berbelekiem, o którym pisała mi Szulima.
Gdy wyjechali z Karuzeli na zewnętrzny stok Krateru Midasa, otworzyła się przed nimi panorama księżycowego królestwa Illei, równiny, doliny, rzeki, jeziora i morza, niższe kratery i niższe góry, aż po horyzont, niezbyt przecież odległy, jako że Księżyc jest znacznie mniejszy od Ziemi, 35000 stadionów obwodu, jak Hierokharis poinformował pana Berbeleka podczas któregoś z nielicznych postojów.
Woźnice zmieniali się na koźle, apoxy potrafiły biec bez przerwy przez kilkanaście dni, nie męcząc się i nie potrzebując snu, ich organizmy zgrane są z miesięcznym cyklem słonecznym — a perpetua mobilia nie męczyły się nigdy. Pędzili więc przez Księżyc prawie w ogóle się nie zatrzymując, kunsztowna makina srebrnego aetheru, rozedrganego na tysiącu misternych orbit — smuga rozstrzępionego blasku dla oczu mijanych Księżycan. Księżyc pokrywała sieć Dróg Pani, po części wykorzystujących grzbiety naturalnych spielników, a po części wymorfowanych z żużlowego gesu; sieć tym gęstsza, im bardziej się zbliżali do serca anthosu Illei. Coraz gęstszy był także ruch na nich — lecz nie zwalniali. Wszyscy inni podróżni ustępowali przed widoczną z daleka karetą potomka Pani. Zaiste, był to kraj harmonii, naturalnego porządku odciśniętego w kerosie tak głęboko, że zapewne nie spisywanego już w żadnych prawach. Pan Berbelek dopiero teraz zdał sobie sprawę, obok kogo właściwie siedzi w aetherycznym powozie, komu rzucił wyzwanie i kto się przed nim cofnął, naprawdę ugiął się i ustąpił’. Władca Księżyca, druga na nim osoba po kratiście Illei, dzierżyciel potęgi militarnej, której prawdziwych rozmiarów Hieronim dopiero zaczynał się domyślać.
Tymczasem rozmawiali o banałach, wymieniali anegdoty, Hierokharis opowiadał historię mijanych miejsc, pan Berbelek — śmieszne i straszne legendy o Księżycu krążące na Ziemi. Hierokharis kilkakrotnie zapadł również w melancholijne wspomnienia o dzieciństwie spędzonym z Szulimą. Był od niej młodszy o prawie sto lat. Ona pierwsza zabierała go na wycieczki do pyrowych puszcz, z nią pierwszą żeglował po gorących morzach Księżyca, pod jej okiem ustrzelił pierwszego anairesa, jej szeptał w sekrecie o swych pierwszych miłościach, na jej rozkaz wykonał pierwszy wyrok, wykrawając serce kakantropa. Pochodzili z nasienia różnych mężczyzn (ojcem Szulimy był Adam Amitace, teknites psyche, dziadkiem Hierokharisa — Urax, ares), lecz najsilniejsza w nich pozostawała przecież morfa Illei i podobieństwo przeważało.
— Pamiętasz go? — pytał pan Berbelek.
— Kogo?
— Jej ojca, esthlosa Amitace.
— Zmarł przed moimi narodzinami.
— Ach. No tak. Los śmiertelników pokochanych przez bogów.
— Przynajmniej zakładasz, że naprawdę go kochała — zaśmiał się Hierokharis. — Dzięki i za to.
— Ona go kochała, ale on musiał ją kochać. Między silnymi a słabymi nie ma miłości, przyjaźni, szacunku, wdzięczności. Jest tylko gwałt.
— Tak mówią — mruknął Hierokharis. — Być może jednak dla kratistosów naprawdę potężnych i ta niemożliwość staje się możliwa.
O godzinie Azji w Dies Solis — a Słońce naprawdę już wstawało nad Księżycem, przegoniwszy go dalece w comiesięcznym wyścigu dokoła Ziemi — kareta minęła Przełęcz Tronową i zjechała na Abazon, centralny płaskowyż zawinięty wzdłuż brzegu Morza Poronnego. Od rozpuszczonego w jego wodach pyru wysokie fale płytkiego morza nabierały w świetle słonecznym barwy bladego różu, w nocy zaś — brudnego, rozgotowanego cukru.
Na Abazonie rozciągał się Labirynt. Dom Pani, pieczęć jej aury, Miasto Harmonii, stolica Księżyca, miejsce początku, gdzie wylądowała po Wygnaniu i skąd jej anthos począł obejmować glob; Czwarty Labirynt. Ziemianie mogli go dostrzec na twarzy Księżyca jako małą trójkątną mozaikę, astronomiczną broszę splecioną z setek geometrycznych linii. Spoglądający przez lunety astrologowie odrysowywali jego kształty z detaliczną precyzją, przez dziesięciolecia spierając się między sobą o solidność owych obserwacji. Labirynt bowiem nie posiadał stałej formy, zmieniał się w czasie; jego Formą była zasada, regularności, nie zaś konkretna postać fizyczna. To już było centrum korony Illei, oś jej morfy, osadzona w kerosie tak mocno i głęboko, że w jakimś sensie sam Labirynt był Illeą — podobnie jak poniekąd były Czarnoksiężnikiem straszne geomorfie gór Uralu.
Labirynt ciągnął się dwadzieścia stadionów wzdłuż brzegu morza i pięćdziesiąt stadionów w głąb lądu — równoramienny trójkąt jasnych świateł i drżącego aetheru. Wjeżdżali weń od północnego zachodu, między szeregami młynów uranoizowych, mielących księżycowe zboża z północnych farm. Tu już musieli zwolnić, woźnica uniósł perpetua mobilia karety, apoxy same ciągnęły aetheryczną konstrukcję. Pan Berbelek rozglądał się po alejach i placach Labiryntu. Jego ściany to zbite masy ognistej roślinności, naturalne formacje skalne, morfunki Ziemi i Ognia; część Labiryntu leży pod powierzchnią Księżyca. Jego ściany to także wielkie, skomplikowane makiny zawieszone na pajęczych perpetua mobilia, świecących na niebie nad Labiryntem w runicznych konstelacjach — ich obroty determinują zmiany konfiguracji Labiryntu. Tak przesuwają się ulice, strumyki przeskakują z koryta do koryta, polany i gaje dynastosowe to wyłaniają się na światło, to pogrążają w cieniu, całe dzielnice to zapadają się pod ziemię, to wypływają ponad Labirynt na spielnikowych szkieletach, wokół pyrowych baobabów zawijają się i rozwijają spirale powietrznych domów, pałace ognistej flory odwracają się tyłem do alei, zmieniają kierunek same aleje.