Выбрать главу

O tej porze pełno na nich ludzi i wzburzenie kerosu wpływa także na morfy pasażerów otoczonej przez tłum karety. Pierwszy Hyppyres nachyla się ku panu Berbelekowi, lewą ręką ściska go za ramię, prawą wskazuje ponad płomiennymi grzywami apoxów, ku centrum Labiryntu.

Hałas jest zbyt wielki, Hierokharis mówi głośno wprost do ucha pana Berbeleka.

— Potem cię poprowadzę. Nie odstępuj mnie ani na krok, bo się zgubisz. W karecie zostawisz całe odzienie, wszystkie przedmioty noszone na ciele i w ciele. Opróżnisz pęcherz i jelita. Dam ci się napić purynicznego hydoru; jeśli zwymiotujesz przed nią, to lepiej czystą wodą. Na koniec dostaniesz cierń różany. Trzymaj go w dłoni; gdy poczujesz, że tracisz przytomność lub nie możesz myśleć, zaciskaj pięść. Krew jest dozwolona.

— Co powinienem…?

— Nie ma etykiety, nie ma rytuału. Rytuał jest wyryty w kerosie. Zachowasz się, jak będziesz musiał się zachować. Czy sądzisz, że byłbyś w stanie w jakikolwiek sposób ją obrazić?

— Wiem, że nie. Nie jesteśmy ludźmi. Nie posiadamy własnej woli. Rządzi nami ich Forma.

— Wjeżdżamy.

Labiryntu nie otaczają żadne mury obronne, zewnętrzne ni wewnętrzne, nie istnieje granica między miastem zwykłych Księżycan a ogrodami, pałacami i jaskiniami Pani. Nie ma bram, fos, furt, drzwi, łańcuchów, straży. Każdy może wejść. I wyłącznie od jego morfy zależy, jaką wybierze drogę, jaką drogę pomyśleć jest w stanie jego umysł. Tak głęboko więc dotrze przez dzielnice regularnych ogrodów i altan mieszkalnych: na Trzy Rynki, gdzie co godzina ustalane są nowe ceny każdego towaru i z ręki do ręki przechodzą fortuny w aetherze, złocie i tabliczkach illeackich; głębiej, do księżycowych akademei ukrytych w parnych żargajach; jeszcze głębiej, do biur świątynnych, gdzie w tajemnych językach zapomnianych kultów spisywane są nieprzerwanie statystyki całej gospodarki Księżyca; jeszcze głębiej, do sanktuariów ofiarnych, gdzie za symboliczną lub śmiertelną ofiarę Pani lub jej kapłani-teknitesi spełnią lub nie spełnią prośbę ofiarnika; i najgłębiej, do serca Labiryntu, przed oblicze Illei Okrutnej.

* * *

— Pani.

— Wstań.

Wstaje.

Trzynaście, czternaście, piętnaście, szesnaście, siedemnaście.

— Liczysz?

— Muszę.

— Chodź. Idzie.

Wysoko na niebie — oświetlona niemal w połowie Ziemia, przesłonięta przez ażurową wiecznomakinę, obracającą się powoli na pochyłej osi ponad samym środkiem Labiryntu.

— Jesteś wyższy.

— Tak.

Idą przez cieniste gaje. Drzewa są tu młode, niskie, pyr w ich liściach i korze gorzeje głęboką czerwienią. Po ciepłej, wilgotnej ziemi przemykają czarne węże, dziesiątki drobnych ciał. Pan Berbelek stąpa zapatrzony pod nogi.

— Spójrz mi w oczy.

— Pani…

— Spójrz mi w oczy.

Pan Berbelek unosi wzrok.

— Mnie w twarz nie spluniesz, prawda?

Pan Berbelek wybucha śmiechem.

— Dobrze. I tak nie mogłabym ci poświęcić dziś wiele czasu. Pojedziesz na Drugą Stronę, do Odwróconego Więzienia.

— Pani…

— Pojedziesz, mój Hieronimie, pojedziesz. Wiesz, dlaczego w ogóle się tu znalazłeś? Dlaczego wybrała się do Europy, dlaczego wyciągnęła cię z Vodenburga, przywróciła do życia, powiodła do Afryki? Pisała mi, że jeśli jakikolwiek człowiek jest w stanie to zrobić, to właśnie ty, który stanąłeś przeciw Czarnoksiężnikowi i patrząc mu w oczy, mimo miesięcy spędzonych w jego anthosie, sprzeciwiłeś się najpotężniejszemu kratistosowi Ziemi. Tacy ludzie o twardości diamentu — znaleźć ich jeszcze trudniej niż diament.

— To nie było tak.

— A teraz sprzeciwiasz się mnie. Dobrze wybrała. Śmiej się, śmiej.

— Wybacz, Pani.

— Prosisz mnie o wybaczenie? Nie rób tego nigdy.

— Jesteś zbyt piękna.

— Oślepiam cię? Wyprostuj się! Ach. Tak. Hieronimie, Hieronimie. Napisała mi, że nie wszedłeś głębiej w Skoliodoi, nie widziałeś ich. Musisz wiedzieć, z czym walczymy, z czym ty będziesz walczył. Nie ze słów; wiedzieć znaczy doświadczyć. Wyrzuć ten cierń.

— Nie widziałem? Kogo? Czego?

— Adynatosów, Niemożliwych. Wojna wybuchnie prędzej czy później, planety zmieniają orbity.

— Ci ludzie… Twoja córka obiecała mi głowy sprawców Skrzywienia.

— To nie są ludzie. Sądzisz, że przed moim Wygnaniem utrzymałaby się na powierzchni Księżyca chociaż kropla Wody, że nie spadłby stąd ku środkowi świata, do swojej sfery, choćby najlżejszy obłok aeru? Istnieje więcej niż jeden środek i więcej niż jeden Cel. Poczytaj starych filozofów, Xenofanesa, Anaxagorasa, Demokryta, oni byli bliżej prawdy.

Światło i cień, wiatr, liście na wietrze, wolny pył księżycowy, owady i małe zwierzęta, w rojach, w stadach — ta regularność, ten wzór, jak wszystko obraca się wokół niej, organizuje przez odbicie morfy, porządek dookolnego świata — nawet srebrna powierzchnia świętej sadzawki, w której przeglądają się gwiazdy, aetherowa wiecznomakina i Ziemia. Tu: środek, Cel.

— Na co patrzysz? Podejdź.

— Te węże…

— Należą do Formy starszej ode mnie. Czym naprawdę są bogowie? Morfą odwiecznych snów i koszmarów, marzeń i lęków. Odziedziczyłam ją, wypełniłam, istniała, zanim przyszłam na świat. Tak samo jak morfa strategosa istniała, zanim pierwszy strategos wydał pierwszą bitwę. Podejdź.

Podchodzi.

Pocałunek złożony na zroszonym potem czole zaskakuje go zupełnie. Nie czuje nic.

Aż jad rozlewa się w nim gorącą falą.

— Ty —

— Stój! Teraz jesteś mój. Idź, prześpij się. To jest dobry ogień. Gdy wrócisz, opowiem ci o twoim przeznaczeniu.

Dwadzieścia osiem, dwadzieścia dziewięć, trzydzieści.

— Dobrze, już dobrze. Idź.

Idzie.

Ξ

Inny

19 Januarius. Naprawdę chciałbym ją opisać.

— Rzecz w tym — powiedział ryter Omixos Żarnik, składając się do strzału do szarżującego anairesa — żebyś ty wiedział i żebyśmy my wiedzieli, czy będziesz w stanie stanąć naprzeciw arretosowego kratistosa — stanąć, zdzierżyć jego morfę i zabić go. Odsuń się.

Grzmot keraunetu wstrząsnął równiną i nagimi skałami Księżyca. Lecąc przez tak przesyconą pyrem atmosferę, rozżarzony pocisk wypalał za sobą prostą linię oślepiającej czerwieni. Anaires został przebity przez grot długiej na pół stadionu włóczni — trrrrrachttt! — po czym nastąpiła eksplozja uranoizowego śmiecia. Żarnik potrząsnął tryumfalnie ciężkim keraunetem o aetherycznej lufie i kolbie w kształcie zwiniętego w skomplikowany kształt żelaznego węża (kolba musiała pasować do zbroi hyppyresa). Zaiste, Omixos miał się z czego cieszyć — udane trafienie z tej odległości nie zdarzało się często.

W przypadku anairesów, z uwagi na ich rozpędzone w milionie orbit ciała, należało trafić dokładnie w centrum, w oś, w tajemną linię równowagi zwierza, co okazywało się tym bardziej trudne, że anaires maskował swój prawdziwy wygląd i kierunek ruchu chmurami ciemnego ge na zewnętrznych epicyklach. Owe samorodne potwory Drugiej Strony potrafiły osiągnąć nawet dwa tuziny pusów średnicy. Hyppyroi zwali je żartobliwie dżinnami. Pan Berbelek zobaczył dzisiaj, jak taki dżinn powstaje z przyczajenia, ze snu w bezruchu, w przemieszaniu z naziemnym pyłem. Lecz w tej samej sekundzie, gdy wjechały nań apoxy — wzwyż strzelił słup aetheru i ge, morderczy wir natychmiast szlachtujący skórę, mięśnie i kości, setka rozpędzonych pił zębatych. Trlacht! — i po rzeźni.