Выбрать главу

Pan Berbelek, przesunąwszy się na rozkolebanym fotelu karety pod aetheryczną lampę, wirującą pod asymetrycznym parasolem, otworzył swój dziennik i począł notować. Pisał powoli, z namysłem, unosząc rysik, gdy wpadali na serię większych nierówności gruntu:

Owi filozofowie najstarsi, mędrcy przedaristotelesowi, o których ona wspomniała: Xenofanes, Anaxagoras, Demokryt. Przed wyjazdem sprawdziłem w bibliotece akademei Labiryntu. To prawda, oni wiedzieli. Kenofanes twierdził, że światów jest nieskończenie wiele; podobnie Demokryt: nieskończoność światów, rodzących się i ginących, z nieskończoności atomów, poruszających się i tworzących Ziemię, ‘Wodę, Powietrze, Ogień. Anaxagoras głosił prawdy, które w istocie okazały się przepowiedniami: że Księżyc jest zamieszkany, z jego górami, dolinami, pustyniami i grotami. Ale też prawdy zofii: że pierwsze zwierzęta zrodziły się z wilgoci, ciepła i Ziemi.

To wszystko dawno zostało powiedziane i spisane, było już niegdyś oczywistością; dlaczego więc się dziwię? Najtrudniej jednak zaakceptować oczywistości upokarzające, złamać własną dumę. Jeśli Illea potrafiła narzucić Księżycowi swą morfę, przeciwstawić go Ziemiśrodkowi wszechświata, że teraz są dwa środki, dwie hierarchie sfer Materii i możemy podróżować po powierzchni Księżyca przyciągani do jego wnętrza, a nie do sfery ge Ziemi… dlaczego tylko dwa środki, czemu nie trzy, cztery, pięć? Następnego kratistosa wygnajmy na Wenerę! Kolejnego na Jowisza! Czemuż więc nie mogłyby istnieć inne Środki, inne Cele i inne Teleologie poza sferami niebieskimi Ziemi? W nieskończoności światów, rodzących się i ginących. Istnieją.

Zostaliśmy upokorzeni. Jedna z wielu rozmaitych doskonałości — cóż warta taka doskonałość, cóż warty taki Bóg? Dusza być może daje nam samoświadomość, lecz wola życia pochodzi skądinąd: z gorącego thymos, poczucia dumy z Formy obecnej lub dopiero wyobrażonej, do której dążymy. Ze nie zegniemy karków; że podniesiemy się z błota po raz tysięczny; że wiemy, iż z dwóch doskonałości nasza jest zawsze lepsza. Czuję, jak rośnie we mnie ten ogień. Nie musiała truć mnie swoim jadem i nie potrzeba mi pyru we krwi. Sam siebie uwiodłem. Wiem, dokąd dążę, jakiego siebie wybieram, co mnie przyciąga i gdzie leży moja doskonałość, konieczny kształt zupełny, od którego nie mogę, nie chcę, nie odwrócę się. Kratistobójca! Po to się urodziłem, to jest moja entelechia. Żyję już dumą tej morfy. To nie pycha. Znam swoje miejsce. Kratistobójca! Zrobię to.

* * *

Odwrócone Więzienie znajdowało się na dnie krateru o średnicy ponad siedmiu stadionów. Aetheryczna Tortura wirowała nieprzerwanie ponad zboczami kaldery, odcinając Więzienie i adynatosa w nim od reszty Księżyca. Na północnym grzbiecie krateru wznosiła się wieża strażnicza; z niej, ponad rozpędzoną Torturą, spuszczano na wielokrążkowych makinach żelazny pomost, po którym sofistesi, skazańcy i kandydaci na kratistobójców schodzili w arretesową aurę. W wieży od dwóch lat mieszkał Aker Numizmatyk, wiekowy sofistes Labiryntu, jeden z wielu dopuszczonych przez Panią do tajemnicy. Rzecz jasna, nie on pełnił straż; strażnikami było pięcioro Jeźdźców Ognia.

Owego dnia Aker obudził się wstrząsany zimnym dreszczem, z głową pękającą już od przeciągłego, basowego dźwięku, który wprawiał w drżenie wszystkie szkła i metale w wieży. Jęki adynatosa niosły się po Księżycu powolną falą, przenikając wszelką materię i naciskając na umysły. Aker podniósł się i klnąc, podszedł do okna. Czasami można było zobaczyć ów dźwięk, tworzył w gęstym pyrze zmarszczki, wzdłuż których wypalały się wstrząśnięte arche Ognia. Tym razem wszakże sofistes ujrzał tylko jedną odległą ulewę płomieni; niebo nad kraterem więziennym pozostawało czyste.

Inne światło przyciągnęło wzrok Numizmatyka. Po lewej, ponad zboczem, na Drodze Bohaterów przesuwała się plama srebrnego blasku. Zmrużył oczy; jak zwykle zapomniał gdzieś opticum. Zadzwonił na doulosa — tak czy owak, jacyś goście przybywają do Więzienia.

Aker Numizmatyk na starość wyłamał się z lunarnego cyklu snu oraz czuwania i — jak działo się to często z wiekowymi Księżycanami — wrócił do morfy najpierwotniejszej, nocy i dnia liczonego w godzinach; a im bardziej posuwał się w latach, tym mniej godzin zawierało się w owym cyklu. Zszedłszy na parter wieży, zastał na nogach tylko jednego hyppyresa, rytera Chiratię; pozostali spali jeszcze. Chiratia zakładała właśnie zbroję, już wiedziała o gościach. Aker wydał polecenia nielicznej służbie, by przygotowała kwatery i zimne posiłki dla wizytantów. To zazwyczaj byli sofistesi lub hegemoni, przybywający dla zapoznania się z wrogiem. Odjeżdżali, zanim Aker zdążył dwa razy się zdrzemnąć i obudzić. Niekiedy zresztą mylili mu się na jawie.

Wyszedł na taras pod dźwigarami pomostu. Od głębokiego, monotonnego jęku adynatosa dzwoniły łańcuchy makiny.

Po raz pierwszy spostrzeżono go na Niższej Stronie, już w granicach korony Pani — lecz nie był przez to ani trochę bardziej ludzki. Na podstawie wstępnych raportów — gdy ludzie po prawdzie nie wiedzieli jeszcze, o czym raportują — wytyczono jego marszrutę. Przedłużenie tej wykreślonej na mapie linii wskazywało prosto na Czwarty Labirynt.

Działo się to tuż po pierwszej większej potyczce z adynatosami, ochrzczonej potem Bitwą Marsjańską, chociaż Mars podówczas znajdował się akurat po przeciwnej stronie swej sfery, na niskim epicyklu. Nic dziwnego, że całe zdarzenie zinterpretowano jako zwiad przed generalnym uderzeniem adynatosów na Abazon. Hierokharis pchnął przeciwko zwiadowcy Skrzywienia znaczne siły, cały enneon, to jest dziewięć trypletów hyppyroi. Wszakże Pani z jakiegoś — znanego tylko Pani — powodu zakazała bezpośredniego ataku na adynatosa. W wielkim pośpiechu ściągnięto więc astromekaników, kowali aetheru, teknitesów sztuki gwiezdnej rzeźby. Po tygodniowych zmaganiach zamknięto adynatosa w uranoizowej Torturze i powleczono mozolnie na Drugą Stronę, do Odwróconego Więzienia.

Po każdym żywym stworzeniu, jakkolwiek głupim i prymitywnym, należy się spodziewać ludzkich reakcji przynajmniej na ból i okaleczenie; nikt nie powtarza dobrowolnie czynności samobójczych. W adynatosie nie było nawet tyle człowieka. Torturę spleciono z purynicznego aetheru, skrzepłego w chmurę miliona drobnych ostrzy, cykliczną burzę białych igieł, drzazg i noży. Adynatos nieustannie na nią nacierał, jakby próbując Skrzywić czysty aether. Tortura go cięła, rozrywała, szarpała. Wówczas cofał się, rozbity na długie wstęgi chaosu, by zbierać się potem — niczym wiosenna burza, równie nieubłaganie i w jednostajnie narastającym tempie, przy dźwiękach owej drażniącej uszy kakofonii — aż przychodził moment kolejnego natarcia; i tak bez końca: Chaos na Mękach.

Popijając lodową qahwę, sofistes szacował dzisiejsze kształty cieni, nachylenie skał i położenie obłoków żółtego dymu. Czasami poruszenia adynatosa były dostrzegalne jedynie przez porównanie wskazań zegarów rozmieszczonych dokoła krateru oraz z analizy subtelnych zmian nachylenia orbity Tortury. Czasami nie były dostrzegalne w ogóle. Stanowiło źródło perwersyjnej satysfakcji Akera, iż kilkakrotnie udało mu się przewidzieć zachowania adynatosa wbrew wskazaniom statystycznych tabel obserwacyjnych. Za każdym kolejnym razem inni sofistesi oraz hyppyroi patrzyli na Numizmatyka z większą podejrzliwością. Rechotał w duchu, wychwytując te ich ukradkowe spojrzenia — kto spostrzeże pierwszą kakomorfię u zrzędliwego starucha? Nie zdziwiłby się, gdyby przyjmowali między sobą zakłady. Ludzie starzy najbardziej są podatni na zewnętrzne deformacje — słaba Forma, słabe ciało, nawet już najlepszy teknites somy tu nie pomoże, wszystko się rozpada, gnije, degeneruje: mięśnie, zęby, włosy, pamięć, osobowość. Numizmatyk patrzył na Więzienie ponad krawędzią zimnej czary. Nie będzie to może najlepszy koniec, ale przynajmniej starości koniec niebanalny. W bibliotece Labiryntu czytał o dzikusach na Ziemi, którzy wynoszą niedołężnych starców na pustkowia, gdzie pozostawiają ich na pastwę ptasich i psich padlinożerców. O ile wcześniej starcy nie pójdą tam z własnej woli.