Выбрать главу

Wrócił do wieży, zanim zaczęło go palić gardło. Goście już weszli. Zastał Chiratię w pół ukłonu przed wysokim Ziemianinem w białej szacie, ciemnowłosym aristokratą o drapieżnym spojrzeniu, który właśnie przytykał sobie do nosa rurkę z jakąś białą substancją. Ziemianin nawet nie zwrócił uwagi na Chiratię. Towarzyszący mu Jeźdźcy Ognia rozchodzili się po wieży, zawsze oglądając się na niego w drzwiach; też nie zwracał uwagi. Pozostał jeden, w szybkim okółhełmie hegemona.

Skinął na Akera.

Oddawszy czarę doulosowi, sofistes podszedł doń, przesadnie powłócząc nogami.

— Esthlos Hieronim Berbelek, z życzenia Pani — rzekł hyppyres. Nie wskazał w żaden sposób Ziemianina, ale Forma była oczywista.

— Drugi? — spytał Aker i obrzucił Berbeleka taksującym spojrzeniem.

Ziemianin pochwycił je i uśmiechnął się krzywo.

— Może jednak najpierw to załatwmy, a uprzejmości wymienimy, jak wrócę. Tędy?

Numizmatyk wciągnął powietrze przez zęby.

— To nie jest dobry czas. On wydaje się dziś dość niespokojny…

Berbelek przeczekał milczenie sofistesa.

— Nie słyszysz? — dodał po chwili Aker, gdy przeciągły jęk na nowo przepłynął przez wnętrze wieży. Zbroje hegemona i Chiratii zaśpiewały w rezonansie.

— To jest dobry czas — rzekł Berbelek.

Zaskoczył Numizmatyka, pochylając się nad nim i ściskając go delikatnie za ramię.

— Nie bój się — szepnął mu do ucha. — Nic mu nie zrobię.

I wyszedł na taras.

Hyppyroi podążyli za nim, hegemon pierwszy. Aker zawahał się w pół kroku, skręcił do bocznego korytarza, otworzył metalowy regał i wyjął zeń aetheryczny aeromat, rozwibrowaną makiną pod pachą wyczłapał bocznym wyjściem pod cień podniesionego pomostu.

Stali przy schodach. Chiratia na skinięcie Ziemianina pospieszyła uruchomić ciężki mechanizm wielokrążkowy, spuścić na tryby wewnętrzne perpetua mobilia. Berbelek i hegemon spoglądali w milczeniu ponad osmalonymi blankami do wnętrza Więzienia, do wnętrza srebrnego kręgu Tortury. Berbelek zaczynał kaszleć.

Aker podał mu aeromat. Ziemianin obrócił go kilkakroć w dłoniach. Numizmatyk już otwierał usta, gdy Berbelek szybkim ruchem naciągnął kaptur na głowę i zaciągnął rzemienie. Uranoizowe wiry zaczęły mu nawiewać gorące Powietrze prosto w twarz.

Pomost grzechotał i zgrzytał, opuszczany. Berbelek zawinął ściślej swą długą, powłóczystą szatę i wszedł po ośmiu schodach między grube łańcuchy. Pomost zbliżał się już do poziomu. Aker przypomniał sobie o zewnętrznych aeromatach wieży i cofnął się na moment do sieni, by otworzyć dysze nawiewu na taras. Gdy wrócił, pomost był do reszty opuszczony (ustał grzechot i zgrzyt), a Berbelek szybkim krokiem maszerował po stromej pochylni w głąb krateru. Przeszedł ponad szumiącą lekko Torturą, przeszedł ponad Pierwszym Zegarem i przeskoczył na żużlowy kopiec na zboczu krateru; białe poły rozwinęły się za nim, wylądował w przyklęku, na materiale pozostały długie smugi czerni. Nie obejrzał się, zbiegał szybko w dół stoku. Hyppyres ponownie uruchomiła ciężkie makiny, pomost począł się podnosić.

Stali przy blankach, Aker, hegemon i Chiratia, zapatrzeni w jeden punkt. Biała postać dotarła do dna kaldery i skręciła ku ciemnej chmurze kurzu i dymu, kłębiącej się na południowy zachód od środka niecki.

— Skąd ta burza pyłowa? — spytał hegemon. — Chciałbym go nareszcie zobaczyć.

— Ależ widzisz, widzisz — zarechotał Numizmatyk.

— Widzę tylko kłąb śmiecia na wietrze.

— Bo nie obejmuje nas arretesowa aura. Patrz na esthlosa.

Ziemianin znajdował się zaledwie kilkadziesiąt pusów od granicy kurzawy. Należałoby się spodziewać, że wicher wpierw zmierzwi jego szatę, lecz z nią zaczęło się dziać co innego: utraciła jednolitą barwę, smugi czerni rozlały się w plamy wszelkich odcieni szarości, potem utraciła kształt, rękawy, poły, odrzucony na plecy kaptur, z każdym kolejnym krokiem Berbeleka nakładało się to na siebie, mieszało, rozrywało, wir pstrokatych szmat, na koniec nawet utraciło fakturę tkaniny i Ziemianin szedł odziany w taki sam kłąb pyłu-nie-pyłu, woal wszechbarwnego dymu, jak ten, ku któremu zmierzał, a w istocie był już na jego granicy, już go dotykał, ręka, głowa, pięta — wszedł, zniknął.

Hegemon westchnął głośno.

— Po nim.

Aker przekrzywił głowę.

— Cienie dobrze się wokół niego układały, poczekajmy. Hegemon prychnął czerwonymi iskrami.

— Wierzysz w takie rzeczy? Może jeszcze wróżysz z odbicia anthosu w wodzie i wietrze? Sofistes!

Numizmatyk przytknął artretyczny palec do warg.

— Plutarch opowiada, jak to filozof Anaxagoras próbował wydobyć swego przyjaciela, hegemona Peryklesa z wiary w zabobony. Otóż przyprowadzono do Peryklesa barana urodzonego z jednym tylko rogiem. Obecny w obozie jasnowidz Lampon szybko odczytał ten cudowny znak i przepowiedział Peryklesowi zwycięstwo i najwyższą władzę. Zirytowany Anaxagoras rozkazał rozłupać czaszkę jednorogiego barana. Następnie objaśnił wszystkim zgromadzonym, w jaki sposób anomalia taka zrodziła się z naturalnych, anatomicznych przyczyn. Miał oczywiście rację i zgodzono się co do jego wyjaśnienia, a jasnowidz Lampon odszedł w niesławie.

Aker mówił bardzo powoli, przeciągając chrapliwie słowa i co jakiś czas spluwając przez blanki, co tylko wzmagało niecierpliwość ognistego rytera, aether jego zbroi przeskoczył na odrobinę wyższe epicykle. No i?

— I wkrótce potem Perykles został najwyższym władcą — rzekł Numizmatyk.

— Nigdy nie wiem, kiedy zmyślasz — mruknęła Chiratia. Nowy jęk podniósł się z dna kaldery, hyppyresowe zbroje odpowiedziały swoją muzyką.

Hegemon wykonał gest oduroczny.

— Bez przerwy tak wyje?

— Mhm. Nie sądzę, żeby to był jego głos.

— Co?

— Oczywiście inni sofistesi się ze mną nie zgadzają. Ale ja myślę, że dźwięk nie należy w ogóle do jego morfy. Podobnie jak nie należy do niej płeć — więc tak naprawdę nie mamy prawa mówić „on”, ani „ona” — nie należy mowa, nie należą ręce, głowa, krew, skóra, zapewne w ogóle ciało, cielesność to cecha ziemskiej morfy. Nie mam też pewności, czy w morfie adynatosów mieści się śmierć. A więc oczywiście i życie, tak. Nie wiem, czy można w ich aurze mówić, że ktoś żyje albo nie żyje. Na pewno nie potrzebuje żadnego pożywienia i niczego nie wydala. Nie wiem też, czy można w ogóle mówić o jedności i mnogości: że jest jeden lub że jest ich wielu. Ani to, ani to. Czas, przestrzeń — że jest tu i tu, że jest wtedy i wtedy — to też kategorie człowieka, ziemskich sfer. Im dłużej go badam, tym głębiej się cofam w niepewność. Tak trzeba się pozbywać oczywistości człowieczej Formy, jeśli chce się dotrzeć do prawdy. Na przykład pięć żywiołów — Ziemia, Woda, Powietrze, Ogień, aether — one stanowią podstawę Materii w sferach ziemskich, ale poza sferą gwiazd stałych, tam świat może być zbudowany z czegoś zupełnie innego. Część z tych skazańców posyłaliśmy tu na dół właśnie po to, żeby spróbowali nam przynieść próbkę oryginalnej Materii adynatosa.

— Przynieśli?