— Być może najwięcej nauczylibyśmy się z obserwacji stanów przejściowych, tego frontu zderzenia Form, jaki musi rozkładać keros do samych kości, tam, na Ziemi, na granicy ich przyczółków, gdzie to ziemskie Substancje skręcają ku arretesowym Formom, nie na odwrót. Gdy zmysły postrzegają coś więcej niż kompletny chaos.
— Kiedy podchodziliśmy za Marsem do ich floty —
— Floty, powiadasz. I już na pewno dobrze pamiętasz, że widziałeś flotę.
— Noo…
Numizmatyk wskazał palcem dno krateru.
— Powiedz, co widzisz.
— Adynatosa.
— Nie. Powiedz, co widzisz.
— Chmurę kurzu.
— Czy to jest kurz? Czy to jest chmura? Powiedz, co widzisz.
— Coś, co wygląda jak chmura kurzu.
— Myślisz: chmura kurzu jest podobna. Ale wcześniej, cofnij się przed tę myśl — powiedz, co widzisz.
— Nie wiem!
— Jak możesz nie wiedzieć, co widzisz? Oślepłeś?
— Nie potrafię nazwać!
— Dlaczego?
— Wiem, o co ci chodzi. Nigdy wcześniej nie widziałem, więc mogę tylko porównywać. Co mi się kojarzy. Chmura kurzu.
— Ależ potrafisz nazwać. Jak nazywasz to, czego nigdy wcześniej nie widziałeś i nie potrafisz opisać?
— Arretes. Jeśli nie potrafię opisać…
— Czy widziałeś kiedykolwiek taki kamień? Skąd wiesz, że to kamień?
— Ma formę kamienia.
— Ach! A to?
— Rozumiem. Nie ma formy.
— Co było przed Formą?
— Chaos.
— Jakie więc jest jedyne imię wszystkiego, co naprawdę obce?
— Chaos.
— Co widzisz?
— Chaos.
— Co widzisz?
— Chaos.
— Co widzisz?
— Chaos, chaos.
Basowy jęk na moment ucichł, po czym podniósł się na nowo.
Doulosi przynieśli na taras tace z ciastami, owocami i winem. Hegemon zdjął okółhełm i położył go na blankach, między kielichem i dzbanem.
— Nie rozumiem, jak może istnieć Substancja całkowicie amorficzna.
— Nie może. On posiada Formę, swoją Formę. Po prostu my nie jesteśmy w stanie jej rozpoznać. Spójrz w niebo. Gdyby ci rodzice nie opowiedzieli, wiedziałbyś, że te kilka gwiazd to Orion?
Hegemon wypił i dolał sobie wina.
— Mhm. Jeśli my nie jesteśmy w stanie dostrzec ich Formy… Skąd wiemy, czy oni w ogóle dostrzegają naszą?
— Nie wiemy. Ale — Numizmatyk ponownie uniósł palec, uśmiechnął się złośliwie — to oni do nas przybyli.
Czarny jęk opadł jeszcze o pół harmonii. Zadźwięczały misy, dzbany i kielichy.
— A jednak — mruknęła Chiratia. — Przecież słyszę w jego głosie tęsknotę, cierpienie, złość, smutek.
— To nie jest jego głos. Wydaje ci się.
— Klaudiusz też to słyszy — upierała się. — Następnym razem przywiezie lirę, to można zagrać, jest w tym melodia, zagra, wtedy się przekonasz.
— Tucydydes Trzeci, Wojny Gockie. Owej nocy Zamos i Iloxas o przydomku Euexis postanowili zaatakować obóz Gotów z zaskoczenia. Zdjąwszy ciężkie zbroje i umalowawszy twarze błotem, przekradli się ze swymi ludźmi przez mokradła. Nikt ich nie spostrzegł. Widzieli już ogniska nieprzyjaciół i słyszeli ich głosy. Usłyszeli także pieśni, jakie śpiewali nocą barbarzyńcy, by nie poddać się senności. Zamos i Iloxas oczywiście nie rozumieli tych dzikich ballad, niemniej zadrżały ich serca w zimnej nocy i wojownicy zapłakali bezgłośnie w ciemności. O świcie, gdy Zamos dał znak, runęli na zaskoczonych Gotów. Kroniki nie wspominają, by przeżył ktokolwiek spośród barbarzyńców.
— Jest!
Rzuciła się do makiny, opuszczając w zgrzycie i hurgocie długi pomost.
Z powrotem szedł wolniej. Był nagi, pod napiętą skórą wyraźnie rysowały się żebra. Przystawał, zginał się w pół, pluł i kaszlał. Po aeromacie nie pozostał ślad. Włosy miał zmierzwione i krew na rękach. W lewej dłoni ściskał sztylet o ostrzu jak płomień.
Zeskoczywszy ze schodów na taras, długą chwilę stał i dyszał głośno, wciągając do płuc ciepły aer. Wodził przy tym dzikim spojrzeniem od hegemona do Chiratii, do Akera i z powrotem. Palce na rękojeści sztyletu zaciskał tak mocno, że drżała mu cała ręka.
Sofistes przyjrzał się dokładnie ciału Berbeleka. Przebarwienie pigmentu na lewym udzie, dodatkowa kość ponad prawym obojczykiem oraz mały płomień drgający na czole — ale to wszystko.
Hegemon postąpił ku Ziemianinowi, iskry podniecenia strzelały z sykiem pod aetheryczną zbroją.
— Widziałeś go, esthlos? — naparł. — Jak wygląda? Przecież coś powiedzieć możesz! Zauważył cię w ogóle? Esthlos!
Berbelek zamachał rękoma, także tą ze sztyletem. Wszyscy odsunęli się o krok. Wcześniej jednak zdążył zahaczyć grzbietem dłoni o okółramiennik Chiratii, z rozdartej ręki buchnęła krew. Berbelek zdaje się w ogóle tego nie poczuł. Zagapił się na hegemona, zmarszczył brwi, zamrugał. Otworzył usta, ale żaden dźwięk się z nich nie wydobył.
Aker Numizmatyk podszedł do niego powoli, położył artretyczną dłoń na ramieniu wyższego mężczyzny.
— Spokojnie — szepnął. — Pomału. Wszystko wróci. Przypomnisz sobie. Słowa są w tobie, pamięć jest w tobie, jest w tobie esthlos Hieronim Berbelek, wróci. Chodź.
Esthlos Berbelek szarpnął się z gniewiem. Drżenie ogarnęło całe jego ciało, dygot osiągał szczyt rezonansu. Berbelek poruszył jeszcze kilkakrotnie wargami i wrzasnął:
— Sto dziewięćdziesiąt cztery! Sto dziewięćdziesiąt pięć! Sto dziewięćdziesiąt sześć! Co tak stoicie? Niech ktoś mnie opatrzy, na Szeol! Macie tu jakiegoś demiurgosa somy? Albo chociaż medyka? Omixos, kwatera, zaraz padnę z nóg. Nalej mi tego wina. Kiedy Wiedźma wraca do Labiryntu, pojutrze? O co właściwie chodzi z tymi zegarami? Ty, starcze, jak się nazywasz?
— Aker Numizmatyk, panie, sofistes Labiryntu, u twych stóp.
— Teraz będzie czas na uprzejmości. Esthlos Hieronim Berbelek, Strategos Księżyca. Muszę zwymiotować, zdaje się, że coś tam połknąłem, czuję, jak porusza mi się w żołądku. Jeszcze wina. Aker, opowiesz mi wszystko, co się o nim dowiedzieliście, wszystko, czego się domyślacie. A teraz się odsuń. Bogowie, co za gówno.
— Pani
— Wstań.
Wstaje.
Ziemia, zielony lampion, wisi tuż ponad Labiryntem, ponad ogniopłotem i pod spiralną wiecznomakiną, dokładnie naprzeciwko pana Berbeleka; wstał, uniósł głowę, uniósł wzrok i teraz mruga, wpółoślepiony. To go irytuje, wykrzywia się w gniewnym grymasie, szarpie się w strudze światła, niczym przyszpilony do matowego półmroku owad.
— Spokojnie. Pokaż mi się. Tak. Widzę, że nie pozostał nawet ślad. Jesteś dokładnie tym, kogo szukaliśmy, Hieronimie.
— Znasz moją cenę.
— Nie bój się.
Pan Berbelek śmieje się szyderczo.
— Usiądźmy. Zawsze lubiłam stawy, wolałam je od strumieni. To, co nieruchome, bardziej jest sobą niż to, co w ruchu. Chcesz się ochłodzić? To puryniczny hydor, napij się.
— Już piłem.
— Stawiasz opór, to dobrze. Wiesz, że to była pierwsza rzecz, jaka zwróciła jej uwagę.
— Szulimy?
— Tak. Legenda o strategosie, co złamał morfę najpotężniejszego kratistosa Ziemi. Bo jeśli ktoś taki nie wytrzyma pod arretesową Formą, jeśli nie on zada cios kratistosowi adynatosów — to kto?
— Ty. Inny kratistos.
— Ach.
— Ale wasze życie nazbyt cenne, prawda?
— Ja. Ależ tak, oczywiście, stanę do boju. Lecz wiesz, jaa będzie moja walka: Forma przeciwko Formie. W tym nikt mnie nie zastąpi. Ktoś musi wszakże zbliżyć się i zniszczyć Materię.