Выбрать главу

— Nie wiemy, czy oni w ogóle umierają.

— Ale na pewno istnieją, gdy istnieją, i nie istnieją, gdy nie istnieją.

— I nie wiemy, czy mają tu tylko jednego kratistosa.

— Tego też właściwie możemy być pewni. Moi astrologowie obserwują ruchy planet. Arretesowy anthos wypacza bowiem także Formę aetheru i zmieniają się epicykle ciał niebieskich. Astrologowie śledzą w ten sposób ruchy ich floty poprzez gwiazdoskłon. I jest tylko jedno ognisko zaburzeń niebiańskiej harmonii.

— Może ich być tam dwóch, trzech.

— Dwóch kratistosów w tym samym miejscu? Z definicji nie byliby kratistosami. Tak czy owak, będziesz musiał zabić Najpotężniejszego.

— Może drugi wylądował na Ziemi.

— To było pierwsze pytanie, z jakim posłałam tam Lakatoię. Sprawdzić zasięg, siłę i umocowanie w kerosie arretesowych przyczółków na Ziemi. Zapewne wylądowali tam sporymi siłami, nie wykluczam demiurgosów i teknitesów, lecz żadnego kratistosa z nimi nie ma. Po prostu — po prostu zadomowiają się.

— Taak.

W tej sadzawce żyją małe pyrybki o migoczących jaskrawo łuskach. Pan Berbelek obserwuje ich zgrane poruszenia, taniec niewielkiej ławicy. Kształt fali podwodnych ogników oraz jej szybkość korespondują z wypowiedziami Pani. Gdy ona milknie na dłuższą chwilę, pyrybki zatrzymują się w bezcelowym dryfie i ławica rozpada się na tuziny osobnych strumieni żaru.

— Kiedy atakujemy?

— Kiedy będę pewna zwycięstwa.

— Jest silniejszy?

— To możliwe. Ale problem w tym, że jakkolwiek by nie manewrować, ilu hyppyroi bym nie wystawiła i jak wielki strategos by nas nie prowadził — w kosmosie, na niebie nie otoczę sama jedna adynatosów, żeby nie mogli jakoś umknąć spod mojej morfy. Trzeba ich zamknąć przynajmniej z czterech stron.

— Gdybym ja…

— Jeśli uciekną spod ludzkiego anthosu, nic nie poradzisz. Być może jedyna twoja szansa to cios zadany właśnie pod Formą życia i śmierci, kruchego ciała i krwi drogocennej.

— Więc co?

— Taki był drugi cel Szulimy: sprawdzić delikatnie gotowość innych kratistosów do uczestnictwa w ofensywie przeciwko adynatosom. Zdajesz sobie sprawę, jak trudna i ryzykowna to misja. Potraktują Szulimę serio, tylko wiedząc, od kogo przychodzi, kim jest; a skoro się tego dowiedzą, zabiją ją, zanim zdoła cokolwiek powiedzieć.

— Wnoszę, że wielkich sukcesów nie osiągnęła.

— Musisz zrozumieć naturę sytuacji. Jest to węzeł gordyjski, którego żaden Alexander nie rozetnie. Kratistos, który opuści Ziemię, po powrocie będzie musiał tam walczyć od nowa o każdy pus kerosu, zagarniętego w korony sąsiadów natychmiast po cofnięciu jego korony. Królowie i narody z jego ziem padną ofiarą sąsiednich władców 1 cywilizacji. Tu nawet nie ma co myśleć o jakichś paktach, przysięgach, rozejmach — taka jest naturalna kolej rzeczy, Patrz, jak woda spływa w dół i wypełnia puste zagłębienia; tak siła wypełnia każdy niedostatek siły, to znaczy słabość. Żaden kratistos nie uda się dobrowolnie na Wygnanie, ponieważ gwiazdy akurat zmieniły odrobinę swe drogi na niebie.

— Ale gdyby powiedziała im, jak sytuacja naprawdę wygląda…. Czy powiedziała któremuś?

— Zabroniłam jej jeszcze zdradzać swą tożsamość. I niby jak sytuacja wygląda naprawdę, mój Hieronimie?

— Forma człowieka może ulec zniszczeniu. I nie będzie więcej ludzi, jeno jedna wielka kakomorfia.

— I tym mieliby się przejąć?

— Nie śmiej się! Ty się przejęłaś.

— Za ten krzyk zapłacisz mi krwią. Och. Czy ja się przejęłam? To w moją koronę wtargnęli. Bronię się. Więc tak, przejęłam się.

Krew rozpływa się w krystalicznie przejrzystym hydorze ciężką, mięsistą chmurą czerwieni, jakby to jakiś żywy organizm wyjadał od środka wnętrzności Wody. Czerwone macki potwora ścigają żar-rybki, a że Pani milczy, czerwień dogania i pochłania niektóre z nich.

— Na początek masz Króla Burz — mówi pan Berbelek, złapawszy oddech.

— Na początek.

— I może Urwalda z Ziemi Gaudata.

— Może.

— Szulima z pewnością nawiązała jakieś kontakty. Wiem, że rozmawiała z Czarnoksiężnikiem.

— Nadal chyba nie myślisz jak strategos. Powiedzmy, że jakimś cudem zbiorę tych kilku kratistosów i razem wgnieciemy adynatosów w keros. Co zobaczą pozostali kratistosi?

— Księżycową Wiedźmę na czele potężnego sojuszu. Tak, masz rację, Siódma Wojna Kratistosów.

— Mówiłam ci: węzeł gordyjski.

— Na co więc czekamy?

— Na okazję. Na wyjątkową chwilę, zaskakujący wszystkich zbieg okoliczności. Gdy żyje się tysiące lat, zaczyna się spodziewać niespodziewanego; w końcu każda szansa przyjdzie do ciebie z własnej woli i złoży ci spokojnie głowę na kolanach. Trzeba cierpliwie czekać.

— Mówisz o dziesiątkach lat.

— Tak.

— Może setkach.

— Tak.

— Chyba wiem, jaki jest trzeci cel Szulimy: szukać dalej, szukać moich następców.

— Hieronimie, Hieronimie.

— Jesteście tak potwornie cierpliwe, gotujecie oręż, nie wiedząc, czy w ogóle go użyjecie, ten lub dopiero piąty, dziesiąty, setny, byle mieć jakiś pod ręką, gdy ta szansa nadejdzie; a tymczasem ostrzyć go i czyścić, by nie zardzewiał. A jeśli nie będę chciał czekać? Zamierzasz mnie tu więzić? Co? Skłamałabyś i uwierzyłbym ci. Możesz mieć strategosa i możesz mieć posłusznego psa, ale nie obu w jednej Formie. Na co więc liczysz? O, bez wątpienia jest twoim dzieckiem, Matko Okrutna, odbiciem słabszym, lecz wiernym. Znam was. Poznałem was.

Jej skóra jest w dotyku zaskakująco chłodna; to normalna temperatura ludzkiego ciała, lecz na Księżycu zaskakuje niczym parzący lód.

— Przechyl głowę. Patrz w górę, czyż tęsknota nie ściska ci serca na sam widok? Och, ależ wiedziałeś, że będziesz musiał zapłacić za każdy moment dumy.

Wściekła ośmiornica krwi atakuje pyryby, czerwony potwór mąci sadzawkę, ta woda nie jest już czysta, krew strategosa przyjmuje w zawirowaniu anthosu wróżebny kształt — czyj wszakże jest to anthos, komu wróży, na co ta ofiara…?

— A teraz idź, idź już, zagub się w Labiryncie.

Idzie.

* * *

Ponieważ rytuał jest formą najsilniejszą, dziedziniec posiadał kształt trójkąta. Bestie wychodziły od północy, tancerze czekali pod południową ścianą. Ich natarte gorącymi olejami ciała lśniły w blasku wiecznomakiny nakręcającej tę dzielnicę Labiryntu. Pan Berbelek przystanął na moment na drugiej terasie, pod czerwonymi aeróżami ogrodu przepływającego właśnie nad dziedziniec. Publiczność gwizdała i klaskała, gdy tancerze przeskakiwali nad potworami i reorganizowali się w nowe formacje, zanim bestie zdążyły się od nowa rozpędzić. Grała muzyka. Pan Berbelek drapał nerwowo bliznę na szyi; dotyk kirouffy, choć wykonanej z najlżejszego ziemskiego jedwabiu i przecież nie zapiętej, drażnił rozpaloną skórę. Sprzedawca żarbłek usunął się z drogi, ledwo pochwyciwszy jego spojrzenie. Pan Berbelek szedł w chmurze zimnego gniewu; bezpańskie psy, o których nawet jeszcze nie pomyślał, by odpędzić je kopnięciem, uciekały, skomląc jak kopnięte.

Na trzeciej terasie odbywały się tańce innego rodzaju, chociaż do tej samej muzyki. Tu też przystanął na moment, nie znał tych kroków, nie znał tego rytmu. Księżycowe obyczaje zachowały w sobie coś z tej naturalnej dzikości i okrucieństwa, które poprzedzały czas cywilizacji i kratistosów, a których ślad nigdy do końca nie da się wymazać z Formy człowieka. W cieniu, pod drzewami, sprzedawcy rozlewali do aetherycznych kubków i kielichów płonące wino. Tu natomiast, na miękkiej trawie i ciepłej ziemi, tańczono boso do melodii fletów, bębnów i kithar. Jakaś uroczystość, wesele, urodziny, modlitwa do Pani, święto płodności? Nie potrafił rozpoznać, był tu obcy. Jasnowłosa Księżycanka w nieprzyzwoicie krótkiej spódnicy, odsłaniającej prawie pół łydki, podtańczyła do pana Berbeleka, dygnęła przed nim lekko, porozumiewawczo uśmiechnięta, i pociągnęła go między tancerzy. Było to tak niespodziewane i tak przeciwne jego aktualnej morfie, że w bezmyślnym odruchu wzniósł dłoń do ciosu; powstrzymał się z wysiłkiem. Kobieta pokazała mu kroki, poprowadziła do muzyki, w jakimś stopniu narzuciła nawet swoją Formę, że aż odpowiedział suchym uśmiechem na jej uśmiech. Wymijali się z innymi tancerzami. Przyglądała mu się z podniecającą bezczelnością — szeroko otwarte, nie mrugające oczy i tajemniczy uśmiech. Po chwili przestał liczyć kroki i odmierzać w głowie rytm. Wokół lewego jej sutka wirował aetheryczny pierśczyk, w zetknięciu z białym jedwabiem kirouffy wydający przeciągły świst i budzący w materiale fale niewidzialnych iskier, dodatkowo drażniących skórę pana Berbeleka.