Potem poszli pod drzewa popielne, napił się płomiennego wina. W obracającej się powoli czarze kielicha mieszały się ciecz i ogień, nie do końca odróżnialne, nie był też Hieronim do końca pewien, co spływa mu przez gardło. Nie spocił się. Naraz jednak dreszcze przebiegły mu po plecach. Jasnowłosa Księżycanka przylgnęła do jego boku, ucałowawszy go w policzek, zanim zdążył obrócić głowę, uniosła do ust jego rękę i ugryzła go w nadgarstek, natychmiast przysysając się do rany. Powalił kobietę na ziemię, oblał ogniem. Uśmiechała się, oblizując wargi.
— Naznaczyła cię, weszła ci w krew, zawsze was rozpoznaję, umrzesz dla niej!
Kopnął ją, splunął i odszedł, nie oglądając się.
Jeszcze coś za nim krzyczała, ale nie zrozumiał słów, zniekształconych przez księżycowy akcent.
Na czwartej terasie było niewielu ludzi, tu już zaczynały się labirynty altan mieszkalnych. Muzyka pozostała za panem Berbelekiem, otrząsnął się z jej formy. Zaczął kląć szeptem po vistulsku. Zamilkł dopiero, przycisnąwszy rozdarty nadgarstek do warg — inna była jego intencja, lecz tak samo pił gorącą krew, słona, żelazista maź kleiła się do języka. Teraz już za późno, nie wyssie jadu Illei. Szedł, patrząc na niebo, orientując w głowie splątane konstelacje wiecznomakin względem Ziemi i próbując obliczyć, gdzie wobec tego znajduje się obecnie Spirala Abazońska, dzielnica czwartego Labiryntu, w której posiada swój gaj Omixos Żarnik — tam bowiem zatrzymał się pan Berbelek na czas wizyty u Illei Potnii. Czyli być może na resztę życia. Uwięziony! Strategos Księżyca, ha! Splunął krwią.
Pląsy naniebnych perpetua mobilia ostatecznie przyprawiły go o zawrót głowy, przysiadł w pierwszej z otwartych altan. W ich zarośniętych pyrowymi powojami ścianach pozostawiono otwory na kamienne bloki z wyrzeźbionymi na płaskim szczycie szachownicami; figury czekały ustawione na swoich pozycjach. Był to Labirynt Szachistów. Ledwo pan Berbelek usiadł, w otworze ponad kamiennym blatem pojawiła się chuda dziecięca dłoń. Hieronim zawahał się, lecz sięgnął do kieszeni i rzucił chłopcu (a może dziewczynce) najmniejszą tabliczkę illeacką.
W szachy można grać na dwa sposoby: z przeciwnikiem lub z jego figurami. Z przeciwnikiem gra się twarzą w twarz, człowiek przeciwko człowiekowi, wola przeciwko woli, układ figur stanowi wówczas jedynie odzwierciedlenie stopnia uległości jednej morfy wobec drugiej. Inteligencja i doświadczenie w grze nie są tu oczywiście bez znaczenia, acz ich rola pozostaje drugorzędna, nie one decydują.
Ale można grać przeciwko figurom, przeciwko abstrakcyjnemu problemowi strategicznemu zaprezentowanemu na szachownicy przed tobą — nieważne, przez kogo, być może przez nikogo, przez świat, z którego przeciwnościami walczy się na oślep, nie pytając o Przyczynę i Cel. I w grze na ten drugi sposób znaczenie posiada tylko rozum; w ten sposób niewolnik może pobić kratistosa.
Goniec biegał w labiryncie altan szachowych, przenosząc posunięcia z oddalonych od siebie szachownic. Partie zestawiano prawdopodobnie podług układu zajętych altan oraz aktualnej konfiguracji sprzężonych z nimi wiecznomakin Labiryntu. Z pewnością partnerzy w grze zmieniali się między kolejnymi rozgrywkami. Przytknąwszy amulet do nosa, pan Berbelek wygrał łatwo dwie pierwsze partie, w trzeciej poszedł na wyniszczenie, kończąc wroga w uścisku między dwoma elefantami, w czwartej znowu białe podłożyły mu się jeszcze w otwarciu, piąta zaś była najtrudniejsza obaj postępowali niezwykle ostrożnie, wielokrotnie ubezpieczając każdą figurę i budując piętrowe pułapki, pan Berbelek zapomniał się w grze, zapomniał o piekących bliznach, strasznej Pani i nieludzkiej Formie Wykrzywiającej świat, oto znowu widział tylko czysty i jasny problem strategiczny, wyzwanie dla umysłu i fascynujące piękno konstrukcji myślowej, takiego piękna był koneserem, takie piękno tworzył, ostre i lśniące rzeźby wewnątrz swego umysłu, logiczne mekanizmy nieuchronnego zwycięstwa, zwyciężył i teraz; a partia szósta — kolejna rzeź bezlitosna.
Goniec po raz siódmy wyciągnął dłoń (czy to nadal ten sam dzieciak?), pan Berbelek nie znalazł już jednak więcej tabliczek w kieszeni. Ponownie przycisnął do nozdrza białą rurkę. Oparł się o szkieletową ściankę obleczoną w rozpalone powoje, odchylił głowę. Ziemia zaświeciła mu prosto w oczy. Księżyc przelatywał właśnie nad Azją, mierzwa szarych chmur przesłaniała Dzunguo. Goniec wrócił nieproszony, rzucił na szachownicę zwiniętą kartkę: Wyzwanie od mistrza Geminesa, rewanż osobiście, zaproszenie dla Nieznajomego. Pan Berbelek, zachichotawszy bezgłośnie, schował ją do kieszeni.
Można grać na dwa sposoby i dobrze, że na czas przypomniał sobie, iż strategos to ktoś więcej niż tylko wódz o przemożnej Formie porządku, odwagi i posłuszeństwa. w istocie bowiem strategos rozgrywa bitwy zawsze w samotności, w swojej głowie, sam ze sobą, i to tam albo odnosi victorie, albo ponosi klęski. Każdy problem, gdy wyjęty z cudzej morfy i złożony na powrót w myśli, jest do rozwiązania i pokonania — jak dowolny atak szachowy owych niewidocznych graczy. Nie ma znaczenia, z kim tu gra, mógłby tak grać nawet z Panią i też by zwyciężył.
Dotknął po kolei swych blizn, jakby wykonywał rytuał oczyszczający, gest modlitewny, złamany krzyż kristjański. Wszyscy ostatnio toczą z niego krew, niczym z wołu ofiarnego. Nieopisywalna ludzkimi słowy woń amuletu przepalała mózg pana Berbeleka. Oczy zachodziły mu łzami, zamrugał, zielona plama rozpłynęła się na czarnym niebie. No i powiedz mi, Hieronimie, skąd u ciebie ten żal, skąd ten gniew, dlaczego się wściekasz? Na co niby liczyłeś? Nie zachowuj się jak dziecko. Nikt ci niczego dobrowolnie nie podaruje. Oczywiście, że nie możesz wierzyć ani Illei, ani Pannie Wieczornej. Wrogami są wszyscy, różnica polega jedynie na tym, że niektórych wrogów się niszczy, a innych wykorzystuje do zniszczenia tamtych. Postaw sobie cele i nakreśl plan. Coś, co zadziała tak samo dobrze pod dowolną Formą. Potrafisz to zrobić. Robiłeś to nieraz. Jesteś do tego stworzony, to leży w twojej naturze. Szesnaście, siedemnaście, osiemnaście, dziewiętnaście, dwadzieścia; dobrze. Oto jak przedstawia się łamigłówka. Teraz —
Kto jest twoim wrogiem największym?
Ο
Jak strategos
— Wyzwanie, przed którym stoimy, w gruncie rzeczy sprowadza się do jednego problemu: jak doprowadzić do wspólnego wystąpienia przeciwko adynatosom wszystkich kratistosów Ziemi, i to nie pod twoim przywództwem, lecz z ich własnej inicjatywy. Wystąpić muszą wszyscy, a w każdym razie większość z ziem ciasnego podziału kerosu: Europy, Azji, północnej Afryki. Anaxegiros i Urwald byliby mile widziani, acz ich uczestnictwo nie jest konieczne: są bezpieczni w swym oddaleniu i nie zagrażają w tym oddaleniu natychmiastowym wypełnieniem pustki po cudzych aurach. I nie możesz dowodzić ty, ani nawet nikt bezpośrednio zależny od ciebie, żeby nie miało to żadnego pozoru próby narzucenia twej woli. Zebrać się muszą samoistnie, jak pyrownik spontanicznie schodzący po orbitach uranoizy. Coś ich musi przyciągnąć, jakiś cel. Zadajmy więc sobie pytanie: jakie przykłady podobnych zdarzeń znamy z historii? Cóż, chociażby zdarzenia, które doprowadziły do twojego Wygnania. W pewnym momencie miałaś przeciwko sobie wszystkich; w każdym razie nikt nie zajmował otwarcie odmiennego stanowiska. Zjednoczą się, jeśli się poczują bezpośrednio zagrożeni. To oczywiste. Ale oczywiste jest też, że nie możemy czekać, aż adynatosi wejdą tak głęboko, że kakomorfia stanie się na Ziemi zagrożeniem powszechnym. Tak, masz rację, ja nie mogę czekać. Potraktuj więc moją niecierpliwość jako tę swoją niespodziewaną szansę; chociaż przecież się jej spodziewałaś, prawda? A zatem. A zatem oto, co trzeba zrobić: połączyć jednoznacznie obecność adynatosów w sferach ziemskich z niebezpieczeństwem, którego kratistosi już są świadomi i które już ich dotyka. Żeby nie mogli wystąpić przeciwko jednemu, nie występując zarazem przeciwko drugiemu. Następnie — następnie sprowokować eksplozję tego pyrownika. Jak to się na przykład dzieje, że ulewy ognia nie spływają nigdy na Labirynt i inne zamieszkane ziemie Księżyca? Posyłasz astromekaników, by zapalali fałszywe pyrowniki na co mniej stabilnych orbitach aetheru. Eksplozje spadają na i tak już spopielone ugory i na wylęgarnie anairesów. Taak. Nie pytasz, bo wiesz, kto jest największym już istniejącym zagrożeniem dla Potęg i na kogo spuścić ognistą zagładę. Przecież nie zapomniałem. I wiesz, że się tu przed niczym nie cofnę, że to jest silniejsze od jakiejkolwiek przysięgi. Powiedzie mi się. Nie może się nie powieść. Zrobię to; nie pytaj, jak. Wiesz, że potrafię rozgrywać takie gry. To nieprawda, że nie szukałyście strategosa. Potrzebujecie strategosa, strategos jest waszą jedyną szansą, intryga i oszustwo zimne i bezosobowe, nie oparte na potędze twojej morfy, nieskażone twoją morfą. Armia przeciwko armii, naród przeciwko narodowi, porządek przeciwko porządkowi. Wystarczy, że otworzy się przede mną okazja. Wystarczy, że spuścisz mnie ze smyczy. Spuść mnie ze smyczy.