— Idź.
IV
Π
Król szczurów
Bitwa morska gorzała przez większą część nocy. W sumie na pokładach statków znajdowało się dwunastu nimrodów oraz siedmiu aresów — no i jeden strategos — wynik więc każdy mógł przewidzieć; lecz potwór był zaiste ogromny. Jego obscenicznie rozprute cielsko unosiło się teraz na spokojnych falach okeanosu, lśniąc i migocząc w czystym świetle wschodzącego Słońca. Ihmet Zajdar przypatrywał się truchłu, paląc tłustego hasziszowca, oparty o topornie rzeźbiony reling. Nadal był nieco roztrzęsiony po nocnym boju, nadal czuł na języku smak dzikich łowów, a w mięśniach — owo napięcie niechybnego ciosu, energię radosnej przemocy. W nałożeniu tylu śmiercionośnych aur keros stał się tu ostry niczym puryniczna brzytwa — ponoć jakiś marynarz z „Euzulemy” wykrwawił się na śmierć, w podnieceniu walką ugryzłszy się w policzek. Ihmet Zajdar operował zapałkami z wielką ostrożnością. Miękkie ciepło hasziszu wpłynęło weń w błękitnym dymie, kojąc nerwy.
Wąż morski liczył sobie ponad stadion długości. Martwy, unoszący się bezwładnie na turkusowych falach, zdawał się nawet większy niż podczas bitwy, w nocy, kiedy widzieli go wyłącznie fragmentami i w krótkich chwilach — gdy atakował. Ihmet nigdy nie słyszał o potworze, który zaatakowałby w pojedynkę flotę siedemnastu okrętów. Nigdy zresztą nie słyszał również o potworze Powietrza żyjącym pod wodą — ale to był kakomorf tak ewidentny, że Zajdar nie oczekiwał w jego anatomii żadnych reguł i praw, żadnej elegancji formy; zapewne też okaże się on stworem jedynym w swoim rodzaju i nikt nic doń podobnego już nie spotka.
Ihmet słyszał marynarzy sprzeczających się pod pokładem. Mówili o „klątwie Czarnoksiężnika”. Nimrod uśmiechnął się pod wąsem. Nie wiedział, ile w tych przypuszczeniach mogło być prawdy — lecz strategos oczywiście nie przepuściłby podobnej okazji dla wzniecenia plotki. W końcu jakie było prawdopodobieństwo, że zostaną napadnięci przez okeanosowego kakomorfa właśnie teraz, właśnie tu, na absolutnym morskim pustkowiu i wypłaszczeniu kerosu, gdzie zebrało się szesnaścioro szczurów największych potęg tego świata? Prawdziwe przypadki — w nie uwierzyć najtrudniej.
Bitwa rozpoczęła się była tuż po północy. „Filip Apostoł” znajdował się na zachodnim krańcu skupiska okrętów, a wąż natarł od wschodu i nawet po wszczęciu alarmu trzeba było kilkudziesięciu minut, by zorganizować obronę. Wtedy już jednak esthlos Berbelek narzucił swoją komendę i marynarze przestali spadać z want, statki zamknęły szyk, a puszkarze poczęli obracać pyresidery z wielką sprawnością i pewnością siebie. Jednak pomimo dwugodzinnej kanonady w ciężkiej aurze aresów i nimrodów, wąż nie dawał za wygraną. Przebił się przez dno „Szałabaja”; gdyby nie paru zdolnych demiurgosów na jego pokładzie, statek poszedłby pod wodę. Potwór atakował z coraz to innych kierunków, objawiając się zawsze tuż przed uderzeniem — był czas co najwyżej na jeden strzał, i to wyłącznie z najbliższych okrętów. Berbelek rozkazał wziąć się za harpuny. Potwór rwał liny i szarpał okrętami. To jednak pozwoliło mimo wszystko na nieco gęstszy ostrzał. Trafiono go w łeb, począł broczyć ciemną posoką. Nadął się wtedy niczym świnia powietrzna i wyprysnął ponad wodę, unosząc się ku gwiazdom. Ciskano weń harpunami ze wszystkich pokładów, grzmiały pyresidery za pyresiderami; Ihmet zapamiętał wściekły wrzask, z jakim ściskał spust keraunetu. Na koniec jednak aerowa morfa bestii okazała się za słaba jak na ciężar złączonych z nią linami harpunnymi okrętów i kakomorf został ściągnięty z powrotem na powierzchnię morza. Ihmet poprowadził wówczas na rozkaz Berbeleka oddział ludzi z bosakami, siekierami i piłami; towarzyszyło im troje nimrodów z sąsiednich statków. Przeskoczyli na rozkołysany, rozedrgany grzbiet potwora i rozrąbali go wzdłuż kręgosłupów, od rozłożystych rogów na kwadratowym łbie do kwiecistego ogona. Wszystkie okrętowe lampy i żużelnice były zapalone, pracowali pośród nocy w łunie żółtego ognia, z czarnego cielska parowały jakieś cuchnące wyziewy, brodzili w smrodliwej mgle, w unoszących się kawałkami w niebo aerowych organach kakomorfa, stopy ślizgały się im w lepkiej wydzielinie, zapadali się po kolana w galaretowate wnętrzności monstrum. Berbelek przyglądał się im przez cały czas z mostka „Filipa”, nikt nie spadł z węża, nikt się nie skaleczył i nikt nie utopił.
Ihmet dwakroć się potem obmył, lecz nadal miał wrażenie, że skórę i odzienie oblepia mu ciemny śluz; nadal czuł ten odór. Łapczywie wdychał hasziszowy dym. Samo powietrze było zimne, twarde, chropowate. Świt w pierwszym kręgu, w drugim liściu zachodnim, pośrodku okeanosu.
Okręty zdążyły się ponownie rozproszyć. Zajdar liczył nagie maszty, liczył bandery i ślady białej piany na powierzchni morza. Trzy, cztery, sześć, osiem, po drugiej stronie jeszcze pięć — czy statek K’Azury już odpłynął?
Od karożaglowca Nabuchodonozorowego posła sunęła powoli ku „Filipowi Apostołowi” szalupa pod złotym godłem kratistosa, zataczając szeroki łuk wokół truchła kakomorfa.
— Zimno.
Obejrzał się.
Przyboczna strategosa zawinęła się ściślej w biały płaszcz humijowy. Uśmiechnąwszy się porozumiewawczo do Ihmeta, pochyliła się nad relingiem, krzyżując przedramiona na poręczy.