Выбрать главу

Prychnęła mu gorącymi iskrami w twarz. Klnąc, począł gasić wąsy i brodę. Śmiała się, odchodząc. Obudzony marynarz zawołał coś do niej w gaelickim. Posłała mu w powietrzu całusa.

— Jeszcze przed pełnią! Zobaczysz! — zakrzyknął Ihmet.

— W łowach powodzi mi się zawsze! Ha!

Nie oglądając się, machnęła ręką.

Patrzył, jak skręca ku rufie i znika za podstawą masztu. A więc Księżycanka, tak. Czyż nie w ten sposób opisywał ich Elking? „O ciałach gorejących i duszach spopielonych”. Wystarczyło spojrzeć w oczy esthle Amitace. Żmija, Żmija. Od pierwszego momentu, gdy ujrzałem ją w cyrku — uśmiech, gest, spojrzenie, już wtedy próbowała pochwycić mnie w sieć, zmanipulować. Esthlos Berbelek tego nie widział, bo on pragnął zostać zmanipulowanym; ale w ten właśnie sposób człowiek się uzależnia: nie widzi już siebie, tylko swoje odbicie w cudzych oczach, i stamtąd czerpie morfę. Nawet gdy potem, w Afryce, Amitace mu ulegała — ulegała mu, ponieważ takiego właśnie Hieronima Berbeleka chciała: który wymuszałby uległość. Ona, a raczej jej Pani, Księżycowa Wiedźma. Teraz Berbelek budzi w Europie nowy sztorm historii, podnosi falę starych nienawiści, że nagle modnie, słusznie i jedynie właściwie jest odwrócić się od Czarnoksiężnika i wznieść sztandary przeciwko Moskwie, że taka jest Forma końca wieku. Wszyscy wiedzą, dlaczego to robi, wszyscy znają jego imię i jego zemstę, tak, Berbelek sam stanowi tak oczywisty element historii, że nikt o nic nie pyta. I sam nie pytałem, morfa jest przemożna: Powrót Berbeleka. Tak jest modnie, słusznie i jedynie właściwie. A Wiedźma świetnie o tym wie: nikt nie będzie dociekał motywu ukrytego, gdy istnieje jawny, tak oczywisty. Potrzebowała kogoś, kto powiódłby ich na Czarnoksiężnika — i znalazła Hieronima Berbeleka, narzędzie idealne. Trzeba było tylko przywrócić go do życia. Przyciągnąć do Form potęgi, jeszcze zamącić w głowie bajkami o wszechświatowej kakomorfii, zgubie jego syna, kłamstwo tak wielkie, że nieobalalne przez samą swą wielkość — i już: bezpieczna zemsta cudzymi rękoma. A Szulima nadal mąci mu umysł, obecna czy nieobecna, zatruwa mu psyche, czarny szczur IIlei. Z tego zaklętego kręgu nie ma wyjścia. Splunął za burtę. Muszę samemu ją zabić, zabiję Żmiję. Zanim wyprawi go na śmierć. Jemu nawet nie ma o tym co wspominać, nic nie widzi. Ktoś go jednak powinien bronić przed Księżycem. A nie Aurelia przecież.

Szalupa Nabuchodonozora mijała powoli rozciągnięty na falującym morzu pawi ogon węża morskiego.

* * *

Aurelia Krzos zeszła rufową schodnią na pierwszy podpokład, skręciła w główny korytarz i stanęła przed drzwiami do kabin pasażerskich. Gdy „Filip” nie przewoził pasażerów, rezerwował je kapitan, Otto Prünz, tudzież właściciel; teraz zajął je wszystkie strategos Berbelek, jako że istotnie był współwłaścicielem „Filipa Apostoła”, jak i całej floty handlowej Domu Kupieckiego Njute, Ikita te Berbelek.

Przed drzwiami stało dwóch horrornych, ciężkie, żarłogębne keraunety opierali w zgięciach łokci — te „żarłacze” o lufach niczym asymetryczne muszle, ładowano zazwyczaj gwoździami i żwirem; w wąskich pomieszczeniach (jak tutaj) jeden z nich strzał kładł pokotem wszystko, co żywe. Horrorni zasalutowali Aurelii. Strzepnęła popiół z humijowego płaszcza i weszła.

Po lewej salon i kabina armatora, po prawej kabiny luksusowe. Statek zakołysał się lekko pod jej stopami, odruchowo zbalansowała ciałem. Przez rozetowy bulaj wpadały poziome promienie wschodzącego Słońca; nie zmrużyła oczu: nic nigdy jej nie oślepiało. Otworzyła bez pukania drzwi lewe.

— …na wpływy Trzeciego Pergamonu, jeśli Mariusz Seleukidyta Bez Korony stanie pod murami Amidy. Tam stykają się anthosy Czarnoksiężnika i Siedmiopalcego. Gdy będziesz miał za sobą tę zwycięską kampanię w Europie, powitają cię z otwartymi ramionami, esthlos, to mogę powiedzieć z pewnością.

— W imieniu?

— Zawsze mówię w jego imieniu. Chyba że powiem, że nie.

Wszyscy się roześmiali.

Aurelia weszła i cicho zamknęła za sobą drzwi. Kilka głów obróciło się w jej stronę, lecz nikt nie skomentował przybycia śniadoskórej dziewczyny.

Obszerną kajutę wypełniał niewidoczny dym harkazowego kadzidła, zmarszczyła nos. Przeszła do otwartego gabinetu win (bose stopy nie wydawały dźwięku, gdy brodziła w futrach Nordu i perskich kobiercach) i nalała sobie czarę midajskiego.

Gdy się odwróciła, strategos Berbelek stał nad rozłożoną na stole mapą i wodził palcem po morzach, górach i miastach. Podeszła. Pomyślał, że wino jest dla niego i wy jął jej czarę z dłoni. Skinęła głową.

Berbelek wypił, postawił kielich za Uralem i spojrzał pytająco na Jakuba ibn Zazę, szczura kratistosa Efrema od piasków. Szczury siedziały w skórzanych fotelach rozstawionych w nieregularnym półokręgu wokół owalnego stołu. Było ich sześcioro — oczy, uszy i głosy Potęg, z którymi esthlos Berbelek zawarł był już sojusz takiego czy innego rodzaju.

Jakub ibn Zaza, ejdolos Efrema od Piasków, którego korona dotyka na północy koron Siedmiopalcego i Nabuchodonozora, a który kładzie swą morfę na całym Dżazirat al’Arab, aż do Okeanosu Wschodniego.

Esthle Anna Ormicka, ejdolos Światowida, Pana Lasów i Łąk, zepchniętego za Vistulę przez armie Moskwy, ściśniętego teraz między ziemiami Gotów, Celtów, Nordlingów i Hunów a anthosem Czarnoksiężnika.

Ryter Olaf Splamiony, ejdolos Thora, którego korona sięga od Bałtyku do Lodu Północnego, a w którego morfie rodzi się po równo gorące szaleństwo i zimne piękno.

Lapides, anioł żelaza i brązu, ejdolos Juliusza Kadecjusza, Króla Burz, bazyleusa Oronei.

Esthle Rabitia Szwejg, ejdolos Ruperta Młodego, Protektora Gotów, którego granice aury pokrywają się z granicami Gothlandu, od Thora do Leo Vialle, teraz także do Eryka Helwety.

Mussija, ejdolos Mauzalemy, najsłabszego z Trojaczków Indusu, osiadłego najdalej na północy, Śpiącego Kochanka, w którego morfie każdy odnajduje miłość swego życia, o koronie ocierającej się o korony Efrema, Siedmiopalcego i Czarnoksiężnika; trzysta lat temu Czarnoksiężnik porwał, zrnorfował i ukrzyżował córkę Mauzalemy, odtąd trwa wojna między książętami Indu i hordami uralskimi.

Jakub ibn Zaza tylko wzruszył ramionami w odpowiedzi na spojrzenie Berbeleka.

Strategos uniósł brew.

— Seleukidyci siedzą nam na karku już sto lat — westchnął szczur Efrema. — Oficjalnie jednak to nie korona Dziadka Pustyni ich chroni. Po prostu: udali się na Pielgrzymkę do Kamienia i nie wrócili. Rezydują w anthosie AlKaby. Może, esthlos, powinieneś wezwać ambasadora Kamienia, he, he, he.

Aurelia spojrzała na mapę. Była to mapa kerograficzna: barwy, linie i opisy na niej dotyczyły podziału kerosu świata, odzwierciedlały aktualną równowagę sił kratistosów, pokazywały ogniska ich anthosów, kierunki spadku natężenia morfy i granice aur. Mapa obejmowała Europę, północną Afrykę i większą część Azji. Pośrodku rozlewała się fioletowa plama anthosu Czarnoksiężnika, czarnymi pentagramami oznaczono trzy twierdze uralskie, Moskwę i Rodzieżogród Aralski. Syberyjskie szlaki plemion spod morfy Dziadka Mroza kończyły się i zaczynały gdzieś poza wschodnim krańcem mapy. Berbelek postawił był czarę w samym sercu fioletu.

— Seleukidyci nie mają żadnej armii — rzekł strategos. — Mariusz jest nie tylko Bez Korony, ale i Bez Miecza.

Aurelia przypomniała sobie te wypalone przez słońce na żółtą kość mury przedwiecznych cytadeli, toporne budowle wyrastające gdzieś spośród gorących piasków, i chudych strażników na ich krenelażach, dachach, wieżach, zakutanych w czarne burnusy, tylko oczy świeciły spomiędzy zawojów. Zza pleców wystawały im wyszczerbione keraunety o absurdalnie długich lufach pokrytych wypalonymi w pahlavi wersetami Koranu. Półdzikusi patrzyli na nią z pogardą — dopóki nie stanęły w płomieniach ich zapiaszczone szaty. Piasek, piasek, piasek, w powietrzu, w wodzie, w skórze, straszne wiry piaskowe idące wprost z serca pustyni. Niektóre to tylko ślepe fenomeny aeru i ge, a niektóre — objęte Formą życia, prawdziwe dżinny, groźniejsze od największych anairesów księżycowych. Wszyscy wówczas kryją się we wnętrzu owych bezokiennych budowli o ścianach grubych na dwa pusy i przeczekują wycie geozoonów, dzień, noc, dzień. Takie jest życie ludów pustyni. Lecz nie owych plemion wędrownych, uznających tylko morfę Kamienia, rozproszonych po pustkowiach piasku i słońca. Oni to przemycali Berbeleka i jego ludzi do Babilonu i z powrotem, milczący jeźdźcy wielbłądów i humijów, nigdy nie odsłaniający twarzy, o Formie twardej jak głaz, oszlifowani przez najwścieklejsze chamsiny. Słyszała, że znają język dżinnów, że rozmawiają z pustynią, z rozpędzonym piaskiem, ich kobiety wychodzą w bezksiężycowe noce na hamadę, kładą się pod gwiazdami z wyjącymi dżinnami, tak poczynają się iganazi, Daimony Chamsinu, w których żyłach toczy się czarnymi grudami Ziemia, tak jak w żyłach hyppyroi płynie Ogień. Esthlos Berbelek wyszedł owej nocy na wzgórze ruin Al-Razzy, by spotkać się i zawrzeć umowę z Mariuszem Seleukidytą. Poszła za nim w ukryciu, strzegąc go nawet wbrew jego woli, jak Pani przykazała. I zobaczyła wówczas monarchę na wygnaniu w jego prawdziwej morfie, w szacie piaskowej, powstającego ze żwiru i piachu, aristokratę iganazi — oto jak Marija Seleukidycka przeżyła była samotną ucieczkę przez hamadę i z czyjego nasienia porodziła potomka starożytnego ludu. Esthlos Berbelek zawarł z nim owej nocy honorowy sojusz — słowo, uścisk ręki i zmieszana krew — którego treści nie znała. Ileż podobnych zaprzysiężeń już widziała — być może odbierał je w imieniu Pani (w co wątpiła), tym niemniej to on i jemu przysięgano, jego Formie wierzyli.