— Porozmawiam z nim. Wieczorem. — Przeciągnął się, fotel zatrzeszczał. — Antidektes?
— Śpi, położył się o świcie. A będzie potrzebny?
— Kto teraz?
— Nabuchodonozor. Zostać, kyrios?
— Siadaj tu. O Boże, całą noc nie spałem, oczy mi się zamykają. Jak na wojnie, jak na wojnie. Która godzina? Myślisz, że ich przekonałem?
— Tak. Dobrze kłamiesz, kyrios.
Zerknął na nią podejrzliwie.
— Dobrze kłamię… A ty od kiedy taka mądra się zrobiłaś?
— Bo to wszystko o Czarnoksiężniku to kłamstwo, mam rację?
— Dlaczego tak sądzisz?
— Wiedziałam!
— Dobra, dobra, nie spal mi dywanu. Gdzie popełniłem błąd?
— Nie popełniłeś błędu, kyrios. Po prostu… Nie wiem, jak to powiedzieć. No, żeby kłamać tak konsekwentnie, trzeba po trosze zmienić się samemu, kłamstwo musi wejść w morfę, żeby być wiarygodnym. Nie możesz kłamać wbrew sobie, bo to widać, więc musisz wpierw przyjąć Formę tego kłamstwa, i kiedy teraz podjudzasz ich wszystkich przeciwko Czarnoksiężnikowi…
— Tak?
— Ty go przedtem wcale nie nienawidziłeś, kyrios.
— Czego to się człowiek o sobie nie dowiaduje.
— Wróg, to na pewno, i miałeś powód do zemsty; ale to raczej był podziw i szacunek. Nienawiść wmówiłeś sobie wraz z kłamstwem. Widziałam. Jestem przy tobie od trzydziestu miesięcy, żyję w twojej morfie, nawet już mówię jak ty. Bardzo dobrze kłamiesz.
— Ale to wszystko może jeszcze okazać się prawdą! Nikt przecież nie ma pojęcia, dlaczego oni przybyli do sfer ziemskich. A Rog naprawdę słał agentów i szczury, całe ekspedycje do Skoliodoi, zresztą nie tylko tego afrykańskiego; teraz już wiemy, że to on przejął przemocą większość szlaków sadaryjskich i faktorii w Złotych Królestwach, on wykańczał kupców alexandryjskich. I ostatnie Powstanie Pitagorejskie finansowała właśnie Moskwa. A jego babka naprawdę była Żydówką. I od wieków wypuszcza ze swych uralskich stajni kakomorfów, o jakich nikomu się przedtem nie śniło.
— Widzisz, jak świetnie kłamiesz? Sam sobie uwierzyłeś.
— Ale to może być prawda!
— Nawet jeśli. Nie wiesz tego. Kłamiesz, kyrios. Potarł czoło, pozostały czerwone ślady na skórze.
— Jestem strategosem. Oszustwo leży w mojej naturze. Oszukać wroga, niech się odwróci plecami, wtedy uderzyć. Szczerość i prostota to klęska.
— I świetnie sobie radzisz, przysięgam.
— A żeby cię trąd, o co ci chodzi?! Odwróciła wzrok, przechyliła głowę.
— Nie wiem. Może nie powinnam się była przysłuchiwać rozmowom o sprawach kratistosów… Forma Jeźdźców Ognia jest inna: twarzą w twarz, w bój po śmierć. A te wszystkie intrygi zaczynają mnie skręcać, wykrzywiać. Nie mam już pewności, jak bym się zachowała w bitwie. Daj mi słowo, kyrios, że pozwolisz mi walczyć.
— Zbroja jeszcze ci się nie rozpadła?
— Dostrajam ją za każdym razem, gdy wracamy w sfery aetheru. Daj mi słowo, kyrios. Jakie teraz masz plany, z powrotem do Rzymu?
Wykrzywił usta, wbił wzrok w sufit.
— Potrzebuję jakiegoś głośnego, symbolicznego zwycięstwa. Które wszakże dałoby się osiągnąć niewielkimi jeszcze siłami. Kiedy ma wpłynąć pierwsza rata na Horror Byzantyjski?
— Mówiłam ci, kyrios. Dwudziestego.
— Czas, czas, na Szeol, coraz mniej czasu. Widziałaś, gdzie wzeszła dzisiaj Wenera? A ten potwór w nocy! Wszystko się Krzywi.
— Ojciec mówił, że to jeszcze co najmniej kilkadziesiąt lat, zanim adynatosi przeprowadzą regularną inwazję na Księżyc i Ziemię.
— Taak, wiem, Pani może czekać. Ale nie powinna. Zapytaj byle strategosa: czy lepiej atakować wroga słabego i zdezorientowanego, czy już okopanego, skrytego za umocnieniami, z podciągniętym wsparciem. Bo wy wciąż nie pojmujecie jednego: my w istocie możemy tę wojnę przegrać, nie jedną bitwę, ale całą wojnę, człowiek może ulec adynatosowi; i na zawsze zginie antropomorfa, nie pozostanie nawet pamięć, nawet ruiny, nawet słowo, odejdzie, rozpuści się, zdemorfuje wszystko, co ludzkie. Tu nie kłamię.
— Wierzysz w to, tak.
Ejdolos Nabuchodonozora pojawił się na zwołanym przez strategosa Berbeleka spotkaniu po raz pierwszy. Na poprzednie zaproszenia Złoty nie odpowiadał w ogóle. Te raz natomiast przysłał karożaglowego okeanika z osobistym posłem. Szczurem Nabuchodonozora okazała się niejaka esthle Ignatia z Aszakanidów i gdy tylko przekroczyła próg kabiny, Aurelia zrozumiała, że esthle i strategos się znają. Berbelek nie został zaskoczony, bo wcześniej wymieniono między okrętami dyplomatyczne uprzejmości i znał tożsamość wszystkich szczurów — niemniej Forma ich powitania zdecydowanie kryła coś więcej aniżeli tylko ironiczną grzeczność.
Strategos przyjął esthle Ignatię na prywatnym śniadaniu. Ponieważ jednak uczestniczyła w nim także Aurelia, z Aszakanidyjką dla zachowania równowagi zasiadł przy stole jej milczący siostrzeniec o induskiej morfie — zaskakujący wybór, jak na powiernika aegipskiego kratistosa. Siedzieli więc naprzeciwko siebie: Aurelia i Indus, Berbelek i Aszakanidyjka. Potrawy podawali okrętowi doulosi pod nadzorem Porte. Otworzono resztę bulajów, wiała ciepła, rześka bryza poranna, zapach morza przegnał cięższe wonie pachnideł i kadzideł. Sama bryza nie była na tyle silna, by rozkołysać „Filipa Apostoła”, lecz w miejscu takiego zgromadzenia demiurgosów i teknitesów morza i wiatru zawsze było niespokojnie, ścierały się fronty, okeanos się burzył — w kapitańskim salonie „Filipa” dzwoniła zastawa, chlupotaly ciecze, kilka krągłych owoców wypadło z misy i potoczyło się po blacie, w ostatniej chwili złapała je Aurelia. To był błąd, ogień strzelił wokół jej ręki błękitną strugąEsthle Ignatia urwała w pół słowa relację z najnowszych plotek alexandryjskich, ledwo przekazawszy Berbelekowi żartobliwe pozdrowienia od Alitei i Szulimy i wspólnych aegipskich znajomych. Zamrugawszy, zapatrzyła się na Aurelię. Aurelia powoli odłożyła owoce i opuściła wzrok. Zarumieniłaby się, gdyby rumieniec nie stanowił dla niej sprzeczności samej w sobie. Zamiast tego zawiązała mocniej humijowy płaszcz i poprawiła fałdy szerokich rękawów.
— Nie gorąco ci w tym futrze, moje dziecko? — zagadnęła ją esthle Ignatia.
Aurelia trzepnęła dłonią o udo, zreflektowała się i wzruszyła ramionami.
Sama esthle Ignatia ubrana była w lekką suknię kaftorską o krótkich rękawach i białym gorsecie ściśniętym pod piersiami; lniana spódnica sięgała podłogi. Esthle była tak piękna, jak należało się tego spodziewać po żywym odbiciu Nabuchodonozora Złotego: lśniąca, miedziana skóra, włosy czarne jak peruka faraonów, klasyczne alexandryjskie piersi o bardzo ciemnych sutkach, twarz o rysach Izydy: królewski nos, wysokie kości policzkowe, jaskółcze brwi… Było to piękno na tyle bliskie ideałom księżycowym, że podziałało także na Aurelię — obraz zrealizowanej doskonałości. Esthle Ignatia nie musiała się dodatkowo wywyższać; poza, ton głosu, gest i mina stanowiły zaledwie naturalne dopełnienie morfy. Wystarczyło na nią spojrzeć — kark sam się giął, wzrok opadał ku ziemi, zasychało w gardle.
Mówili tylko strategos Berbelek i Aszakanidyjka.
— Robota, jak widzę, pali się wam w rękach. Jesteśmy pod wrażeniem twoich ostatnich sukcesów, esthlos, naprawdę. Ruid, Agnazia, Danzig, i to siłami Vistulii, Gotów, Nordlingów, zaiste: Strategos Europy. Kłopot tylko w tym, ze, mhmmm, dziękuję, że Złoty uczestniczył aktywnie w jej Wygnaniu i wie, że ona mu to pamięta.
— Zupełnie nie rozumiem waszego strachu. Na dobrą sprawę to ona powinna się bać i żądać gwarancji: otworzy dla was swoją sferę, odsłoni się na cios — wy wszyscy i ona jedna; takiej koalicji nie było nawet siedemset lat temu.