— Minęło siedemset lat i włada Księżycem. Minęło siedemset lat i co robi? Kupuje sobie na Ziemi armię. Pozyskuje jednego z najzdolniejszych strategosów.
— Nie złożyłem jej hołdu.
— O, doprawdy? To byłoby dla Matki coś nowego. Ależ tak, tak, oczywiście ci wierzę, esthlos. Czyż kochanek Panny Wieczornej musi jeszcze składać hołd samej Okrutnej?
Aurelia wyczuła zmianę w morfie Berbeleka; nie drgnął mu ani jeden mięsień, niemniej zmiana była dla niej oczywista. Oto szczur Nabuchodonozora rzucił Berbelekowi w twarz imię Lakatoi, prawdę o tożsamości esthle Szulimy Amitace. Już nie ma odwrotu — rozstaną się jako sprzymierzeńcy lub wrogowie.
— Odwagę zawsze podziwiam — strategos skłonił głowę przed esthle Ignatią.
— Och, nikt by już nie przyjął twojego zaproszenia, gdybyś mnie teraz zabił albo uwięził — uśmiechnęła się Aszakanidyjka. Skinęła na niewolnika, by dolał jej wody limonowej.
— Zresztą i tak jeden szczur nie byłby wart głowy córki Illei — mruknął Berbelek.
— Otóż to. Zważ jednak, esthlos, że przez dwadzieścia lat Nabuchodonozor nawet jej nie tknął.
— Nie wiedział.
— Wiedział.
— Nie wiedział. No tak, no przecież. Ja ją zdradziłem. Mimowolnie. Przez Bibliotekę. Książka, która nie powinna była istnieć. Podałem im swoje imię. Jakże było tej bibliotekarce — Berenice? Pozwoliłem jej odejść, zdała raport. Mój błąd.
— Nic mi o tym nie wiadomo, esthlos.
— Czy Szulima jeszcze w ogóle żyje?
— Oczywiście. Pomyśl, esthlos. Tylko żywa spełni swą rolę.
— Zakładniczka.
— Oczywiście. Dopóki wojna się nie zakończy i wszyscy nie powrócą na Ziemię, do starego porządku. Wtedy esthle Amitace będzie mogła opuścić Alexandrię. Po cóż Nabuchodonozor miałby sprowadzać na siebie gniew Illei? Szulima odejdzie wolno, nie zdemorfowana.
— Więc taki jest jego warunek.
— Skoliodoi to cierń w boku Aegiptu. Nabuchodonozor oczywiście się przyłączy. Jeśli będzie miał gwarancję bezpieczeństwa i korzyści.
— Omawiał to z innymi kratistosami?
— Sprawę esthle Amitace? A musiał? Zastanów się, esthlos. Ona od kilku lat praktycznie bez przerwy rezyduje w koronie Złotego, mieszka pod jego okiem.
Strategos postukał nożem o talerz z pasztetem ryżowym, raz, dwa, trzy, cztery, pięć; popatrywał w zamyśleniu na pozornie nieporuszona Aegipcjankę.
— Jeśli sugerujesz, że taki od początku był plan Illei i Szulima świadomie wracała do Alexandrii, by służyć za gwarancję bezpieczeństwa dla kratistosów…
— A musiałeś o tym wiedzieć? Nie musiałeś.
— Mylisz się, mylicie się, tego nie było w planie, Pani przewidywała ofensywę dopiero za kilkadziesiąt lat.
— Więc co ty tu robisz?
— Jest jej jedyną córką, jedynym żywym dzieckiem.
— Nie bez przyczyny zwą ją Okrutną. Zresztą cóż my możemy wiedzieć o uczuciach kratistosów?
Berbelek potrząsnął głową.
— Uczucia kratistosów — rzeczywiście byłoby lepiej, gdyby ich wcale nie posiadali, jak to się opisuje w poematach i sztukach teatralnych. Niestety, nie jest to prawda.
Aurelia przyjęła, że esthlos Berbelek ma w tej chwili na myśli Maksyma Roga, który przecież nie z innego powodu zapadł się w morfę Czarnoksiężnika, jeno z wściekłości i rozpaczy po śmierci swej żony. Który to już wiek z kolei mści się na świecie i ludziach? Koszmar deformujący pół Azji i Europy, góry, rzeki, lasy i miasta, języki, religie i narody, rodzący w mrokach Uralu bezimienne kakomorfie człowieka i zwierzęcia — stanowił odbicie jednej, bardzo konkretnej Formy. Tylko że strategos nie miał racji: o tym właśnie najliczniej powstawały dramaty i ballady, o Żałobie Wdowca. Sama Aurelia widziała kilka ulicznych przedstawień. Już Xenofanes pisał, iż ludzie tworzą sobie bogów na swój obraz i podobieństwo.
Przy winie (jakimś rozwodnionym słodzie znad Rodanu) konwersacja na moment powróciła w tonie i temacie do początkowej lekkości, do żartów i banałów. Zanim się jednak pożegnali, strategos ponownie zmienił jej formę.
— Być może jednak on w ogóle jeszcze nie podjął decyzji, nie ma tu zdania — rzekł, podając esthle Ignatii zapalonego tytońca. — Czy Hypatia wyśle wojska na Skoliodoi? Czy Nabuchodonozor przyłączy się do rajdu przez sfery gwiezdne? Zapewne tak jak inni czeka, by ujrzeć wpierw, na czyją korzyść ułoży się kształt zwycięstwa. Tylko co zrobi, jeśli ułoży się on pomyślnie dla adynatosów?
— Nie zapominaj, esthlos, że Nabuchodonozor ma na wschodniej flance Siedmiopalcego.
Berbelek wypuścił z płuc siny dym i zaśmiał się chrapliwie.
— Czy to jest cena? Na południowej flance ma Skoliodoi — ale będzie się targował o własną szansę przetrwania?
— Dlaczego nie? Aegipt zajmuje kluczową pozycję: między Skoliodoi a Siedmiopalcym i Czarnoksiężnikiem, przy styku ich aur. A zobacz, co ty wytargowałeś od Wiedźmy!
Śmiali się już oboje.
Aurelia nie rozumiała tego śmiechu, więc na wszelki wypadek milczała. Induski siostrzeniec esthle Ignatii nie rozumiał chyba nic i milczał z zasady.
— Drobiazg, doprawdy, drobiazg! — śmiał się tymczasem strategos. — Zanotuj, Aurelia. Więc jaka konkretnie jest ta cena, esthle?
— Śmierć Czarnoksiężnika — puściła doń oko Aegipcjanka. — I upadek Babilonu.
— Nie ma sprawy. Zapisałaś? Aurelia postukała się palcem w skroń.
— Przyszły tydzień mamy wolny, esthlos. Jeszcze w Dies Mercurii zburzysz Wielki Mur w Dzunguo i po sprawie.
— No to się dogadaliśmy! — ucieszyła się Aszakanidyjka. wstając od stołu. — Jak to miło negocjować z suzerenem, który nie musi pytać o zgodę żadnego pana!
Berbelek ucałował nadgarstek Aegipcjanki, odprowadził ją do drzwi. Horrorni oddali honory. Esthle pomachała jeszcze wachlarzem. Induski siostrzeniec ukłonił się sztywno.
Wróciwszy do salonu, Berbelek wyrzucił peta przez bulaj i splunął w ślad za niedopałkiem.
— Albo na starość zgłupiała, albo jest w tym jakaś intryga, której jeszcze nie widzę.
— Kto?
— Illea, a kto? Nabuchodonozor kupił sobie właśnie Mezopotamię w zamian za życie Szulimy.
— Naprawdę zamierzasz uderzyć na Siedmiopalcego?
— A mam inne wyjście?
Aurelia przesunęła dłonią po nagiej czaszce, iskry zatańczyły w jej oczach, czarny dym pojawił się w nozdrzach. Berbelek spojrzał na nią, zmarszczył brwi. Nie opuściła wzroku.
— Gdyby Lakatoia zginęła, przebywając w niewoli Nabuchodonozora — powiedziała cicho — zrobiłby wszystko, by uniknąć gniewu Pani.
Przez bulaj wlewało się oślepiająco jasne słońce, obrysowując sylwetkę strategosa i oświetlając twarz Aurelii; nie mrużyła oczu. Statek trzeszczał i skrzypiał, kołysząc się lekko na falach, pokrzykiwali marynarze, brzęczał łańcuch na kołowrocie, na mostku oddzwoniono drugiego neptuna. Minuta, dwie, trzy. Aurelia przyglądała się esthlosowi, rozpalona; wiedziała, że on teraz obraca w myślach liczby, niczym pobożny pitagorejczyk.
— Chyba rzeczywiście za długo już ze mną przebywasz. Przyklękła i ucałowała pierścień na palcu podanej dłoni.
— Kyrios
Zabiję Żmiję, zabiję ją. Uśmiechnął się pod wąsem, mijając horrornych. Teraz jest moją zwierzyną; nie umknie mi. Powiem mu, że tak czy owak muszę się udać do Alexandrii. Nie może mi zabronić. Nie domyśli się, nie ma prawa się domyśleć. Potem mi podziękuje. A nawet jeśli nie — winienem mu tę przysługę. Mam dług. Manat, Allahu, Ohrmazdo, obdarzcie mnie spokojem i siłą. Zapukał. Stary Porte wpuścił go do środka. Nie było z Berbelekiem Księżycanki. Wraz z kapitanem Ottonem Priinzem i Heinemerle Trept pochylał się nad rozłożonymi atlasami nawigacyjnymi. Trept pisała coś w swoim dzienniku pilota, nawet nie spojrzała na nimroda. Poczuł, że wilgotnieją mu od potu wnętrza dłoni — ale w ich obecności było to normalne.