Выбрать главу

— Esthlos.

— Pozwól no — skinął nań strategos.

Przeszli pod rufowy wykusz. Rozsunięto drzwi i okna, ciepła poświata zmierzchu wlewała się tędy do kajuty, i gdy stanęli w przejściu, ich cienie zaburzyły porządek światła i półmroku. Ktoś krzyknął na doulosa, by zapalił lampy. Strategos musiał się pochylić, by nie uderzyć głową o framugę, cień wygiął się wdzięcznie.

— Odpływamy? — spytał Ihmet, nie patrząc na Berbeleka, wyglądając na okeanos. Prawą dłoń przesuwał po czarnym herdońskim kaftanie, machinalnie wygładzając niewidoczne zmarszczki i wycierając pot.

— Jeszcze nie, jeszcze kilka tur; oni negocjują także między sobą i warunki wciąż się zmieniają. Mówiłeś komuś o Aurelii?

— Nie, esthlos.

— Ta kampania w ostatecznym rozrachunku wymierzona jest w Skoliodoi i ich mieszkańców, wiesz przecież. Finansuje nas Księżyc. Oni pierwsi ucierpieli. Przeszkadza ci to?

— Ach, więc mam być szczery! Strategos zaśmiał się, klepnął go w ramię. Ihmet posłał mu roztargnione spojrzenie.

— Nie udawałbyś teraz wobec mnie jowialnego przyjaciela, gdybyś naprawdę chciał mej szczerości, esthlos.

— Nie zdradzałbyś się wobec Aurelii, gdybyś naprawdę chciał mi zaszkodzić. Gadaj, nie mam czasu.

— Wypuść mnie. Podróżowałem z tobą, bo chciałem. Nie płacisz mi, nie składałem ci hołdu, nie wiąże mnie słowo.

— Jak mogę cię wypuścić? Nie płacę ci, nie składałeś mi hołdu, nie wiąże cię słowo. Proszę, idź, dokąd chcesz. Czemu pytasz mnie o pozwolenie?

— Gdybym odszedł bez wyjaśnienia…

— Ale jakie właściwie jest to twoje wyjaśnienie? Towarzystwo Aurelii ci obrzydło?

Ihmet zmarszczył brwi, odchrząknął.

— Nie chcę w tym brać udziału. Uważam, że padłeś ofiarą intrygi Illei, esthlos. I źle się to dla ciebie skończy.

— Intrygi mającej na celu…?

— Zemstę na jej wrogach. Może powrót na Ziemię.

— Ach, więc teraz opuścisz mnie w takiej opresji! — zaśmiał się strategos.

Nimrod obnażył zęby, szarpnął głową, palce zakrzywiły mu się w szpony, napięły mięśnie, rozszerzyły nozdrza, zawarczał chrapliwie z głębi gardła.

— Poszczuty! — splunął. — Poszczuty!

Strategos Berbelek przyglądał mu się uważnie, nagle spoważniały. Nadal stał zgarbiony pod wykuszem, teraz jednak zdawało się, iż pochyla się nad sprężonym do dzikiego ataku Persem z jakąś ojcowską troską. Choć przecież był od nimroda wyraźnie młodszy.

— Jeszcze dzisiaj? — mruknął.

— Tak!

— Dokąd?

— Wrócę do Aegiptu. Mam parę spraw nie załatwionych…

— Ach. — Strategos wyjrzał na morze, czerwone w promieniach tonącego Słońca. Kilkaset pusów od „Apostoła” kołysały się na falach dwa galeony. Wskazał je ruchem głowy. — Meuzulekowa „Bruta” wraca dzisiaj do Sali, tam esthlos Anudżabar wsadzi cię na pierwszy statek Kompanii Afrykańskiej do Alexandrii.

— Dziękuję.

— Wstąp po dziesiątym neptunie, dam ci listy do Alitei, Szulimy i Panatakisa.

— Doręczę jak najszybciej, esthlos.

— Nie wątpię.

Przez chwilę stali w milczeniu; nie zostało już nic do powiedzenia. Berbelek machinalnym ruchem strzepnął z kaftana Zajdara płatek zaschłej smoły. Obejrzał się na kapitana i pilota, którzy spoglądali na niego z niecierpliwością. Machnął ręką, by jeszcze poczekali.

— Zawsze mnie to zastanawiało… — zaczął półgłosem. Mhm?

— Że od samego początku, pamiętasz, w Vodenburgu, w cyrku… Dopiero co ją ujrzałeś, a od razu przypomniałeś sobie Hołd Krymski, i pierwsza myśclass="underline" zabić, zabić ją.

— Kogo?

— Jesteś nimrodem, wiem, ale przecież nie możesz się tak zachowywać we wszystkich podobnych sytuacjach. No dobrze, miałeś wobec mnie dług wdzięczności. To nadal nie tłumaczy… Długo się nad tym zastanawiałem. Wiesz, że ona startowała w czarnych olimpiadach? Sto Bestii. Taak. Jeśli można w ogóle mówić o jakichś prawach Formy między ludźmi… Ludźmi i zwierzętami… Na przykład w stadzie dzikich psów. Hodowałem kiedyś psy, wiedziałeś? W stadzie psów — może być ich kilka tuzinów, ale wpuść drugiego przywódcę i natychmiast się rozpoznają, morfa obróci się przeciwko morfie, to jak z magnesami, nie ma sposobu, żeby uniknąć owego przyciągania i odpychania. Nie tolerują wzajemnie swojej obecności. Kratistos i kratistos ares i ares, strategos i strategos. Nimrod i nimrod. Forma narzuca wstręt zgoła fizyczny. Pamiętasz, jak zareagowałeś? Wystarczy słowo, gest, spojrzenie. Sam tego nie rozumiesz, ale wiesz, że musisz zaatakować pierwszy. Byłeś kiedyś na Kaftorze?

— Często pływałem na trasach do Knossos i Kydonii.

— Jeszcze można tam znaleźć starożytne malunki, figurki z brązu, wygładzone przez czas i dłonie dziesiątek pokoleń wiernych. Obrazy Illei Potnii, gdy chodziła po tamtych wzgórzach, tamtymi gajami, tam płynęła dla niej krew. Przyjrzyj się. Choćby najbardziej topornym wizerunkom. Forma wiele ci powie.

— Zrobię to na pewno, esthlos.

Strategos cofnął się do kajuty, wyprostował, przeciągnął z głośnym stęknięciem.

— Jak to mówiłeś, Ihmet? Że co będziesz robić, porzuciwszy pracę? Praktykować szczęście?

— Taki miałem zamiar.

— Wiesz, czym według Aristotla jest szczęście? Postępowaniem zgodnym z naturą właściwą dla człowieka. Zazdroszczę ludziom, którzy tak dobrze znają swoją naturę. Mam nadzieję, że będziesz szczęśliwy.

— Uczynię wszystko w tym celu, esthlos.

— No idź już, idź. Listy po dziesiątym, nie zapomnij. Dam ci szalupę na „Brutę”. Pozdrów ich wszystkich ode mnie. Żegnam.

Ρ

Reguły kaźni

Pierwsza linia behemotów załamała się pod ogniem pyresider z zewnętrznych szańców. Nad Dołami Zbożowymi powiewała chorągiew Aszawiłły, stuletniego aresa stepów azjatyckich — buchające stamtąd salwy kartaczy haratały cielska behemotów, miażdżąc im kości i rozpruwając czarne serca. Wszystkim — z wyjątkiem Aurelii — oczy łzawiły obficie od dymu pyrosowego, rozsnutego wzdłuż przedpola Kolenicy; szare kłęby przesłaniały mury samego grodu.

Na kolenickim minarecie usadził się był nimrod z dalekonośnym keraunetem i dopóki „Łamichmur” nie zgruzował meczetu, moskiewski myśliwiec zdążył stamtąd ustrzelić kilkunastu Vistulczyków, w tym trzech jeźdźców behemockich. Jeden z morfezoonów wyrwał się wówczas spod kontroli i uciekł spod ognia na północ, za rzekę. Od okolicznych chłopów dochodziły potem wieści o grasującej po kraju bestii z piekła rodem, tratującej wioski i depczącej lasy. Aurelia poprosiła strategosa, by pozwolił jej przyłączyć się do oddziału posłanego dla okiełznania lub ubicia zwierzęcia. Hieronim Berbelek odmówił. Przyrzekła mu głośno, że i tak nie powstrzyma jej od wzięcia udziału w bitwie. Wzruszył ramionami, nawet nie oderwawszy oka od herdońskiego opticum. Aszawiłło właśnie opuścił okopy za zgliszczami Dołów Zbożowych i rzucił się ku wrotom Kolenicy, przedzierając się wraz z ocalałymi około dwudziestoma swymi ludźmi w górę zbocza, ku fosie; poszarpana przez żarłaczny grad gwoździ i kamieni chorągiew aresa — szmata zabarwiona w szarozielone ukośne pasy — łopotała na porannym wietrze, to ginąc, to wyłaniając się spośród tumanów bitewnego kurzu i pyrosowego dymu.