Hieronim Berbelek uniósł nad głowę prawą rękę.
— Teraz! Poszli!
Zagrano podwójną podrywkę. Aurelia zatkała sobie uszy, bębenki jej pękały od wysokiego jęku trąbki: trębacz stał tuż pod szczytem pagórka, na którym rozstawiono dla strategosa ciężkie opticum. Aurelia i bez lunety ogarniała stąd wzrokiem prawie całe przedpole, to znaczy jego część nie zasłoniętą masywem miasta. Widziała ruchy oddziałów jak przesunięcia pionów na taktycznej mapie, linie okopów oblegających i szańców obronnych niczym równoległy ornament na zielonej płaskorzeźbie (wiosna tradycyjnie zalała Vistulię potopem soczystej zieleni, nawet tu, na ziemiach wyjętych spod dotyku Światowidowego anthosu). Trzeci dzień obserwując stąd bitwę, spoglądając z punktu widzenia strategosa — sama czuła się po trosze jak strategos. Choćby teraz: wiedziała, skąd i w jakim kierunku uderzy na sygnał trąbki mazovijska kawaleria, zanim półsetnia jeźdźców w ogóle wyłoniła się na słońce z cienia zachodniego lasku.
Rozciągnięte w dwóch szeregach behemoty rozstąpiły się karnie na boki. (Mieli tych morfezoonów zaledwie czternaście, esthlos Berbelek nie zdołał wypożyczyć więcej z garnizonów południowych — nadto jeden był padł, no a jeden zbiegł). Kawaleria wyskoczyła zza linii garbatych potworów, galopem wzięła stok kolenickiego wzgórza, przesadziła opuszczone szańce i już siedziała na karkach grupki Aszawiłły. Ogień pyresider z murów podążył za jeźdźcami, lecz wiekszość kul pudłowała, a szarża nie straciła tempa, nie zmyliła kierunku (nie miała prawa) i dopadła otwierających się wrót miejskich, zanim na powrót się one zamknęły za ludźmi stepowego aresa.
Również behemoty nie próżnowały: po przepuszczeniu koni bynajmniej nie cofnęły się, lecz — trąbka zawodziła: Naprzód! Naprzód! Naprzód! — lecz potruchtały dostojnie w ślad za nimi; a za behemotami — piechota poderwana z niższych okopów. Szturm podnosił się wzwyż kolenickiego wzgórza jak potrójna fala okeanosowa, każda kolejna wolniejsza, lecz większa od poprzedniej. Aurelia obserwowała to, mimo woli przygryzając wargę i zaciskając pięści, oparta o przedpierśny nasyp, jaki okalał pagórek od północy. Zebrani tu oficerowie i gońcy pokrzykiwali po vistulsku, moskiewsku, gaelicku i grecku i śmiali się chrapliwie. Nad kołnierz skórzanej kurty Księżycanki strzelały pojedyncze iskry. Tylko strategos trwał przy masywnym opticum w milczeniu i bezruchu.
Wtem po raz drugi uniósł prawą rękę.
— Teraz! Na jeden!
Aurelia zdążyła zatkać sobie uszy. Śpiew trąbki płynął ponad polem bitwy. Czekające tego sygnału oddziały szturmowe — z drabinami, sznurami, hakami — wyłoniły się z okopów i ruszyły ku murom Kolenicy ze wszystkich stron. Nawet Aurelię, przyzwyczajoną już przecież do morfy Berbeleka, zdumiało zgranie żołnierzy w tym manewrze. Dobiegli do fosy prawie równocześnie.
Ogień z keraunetów i pyresider z dalszych okopów wzmógł się, by dać osłonę szturmującym; obrońcy odpowiedzieli z murów podobnie wzmożonym ostrzałemJednak przez tę kanonadę, przez głos trąbki i wrzaski żołnierzy bez trudu przebijały się ryki behemotów. Bestie oblężnicze, pod których stąpnięciami trzęsła się ziemia, dotarły do fosy; tu padła jedna z nich, stoczywszy się w błotnisty wykrot. Reszta behemotów postępowała naprzód w swym majestatycznym cwale, mimo rozharatanych boków i łbów odartych ze skóry do nagiej kości, mimo strug czarnej krwi znaczących każdy krok, mimo ciągłego ostrzału odrywającego od nich parujące w porannym chłodzie kawały ciemnego mięsa. Jeźdźcy behemotów kulili się na ich karkach za żelaznymi tarczami, szarpiąc przez łańcuchowe uprzęże hakami uzd.
Kawaleria oczywiście nie nadawała się do zdobywania miasta i walk ulicznych, miała jedynie doskoczyć na czas i zabezpieczyć bramę. Z nadejściem pierwszego behemota wycofała się po nasypie i pomknęła bezpieczną trasą między okopami. Ostrzeliwana w plecy, straciła w tym odwrocie kolejnych kilkoro ludzi i zwierząt.
Behemot tymczasem rozdzierał bramę na strzępy. Wylano mu na grzbiet płonący olej. Zdeptawszy resztki metalowych wierzei, pomknął z rykiem w głąb miasta, ciągnąc za sobą sztandar ognia i dymu; tak zniknął z oczu oblegającym.
Ale już postępowały kolejne bestie, a za nimi ciężka piechota, z żarłaczami, siekatownicami i wilczymi morfezoonami ludojadnymi na łańcuchach, z dwojgiem armijnych aresów w szeregach. Na ich sztandary szedł z blanków ogień największy, lecz też dzięki tym wysoko wzniesionym sztandarom atakujący posuwali się tak szybko i pewnie, wlewając się przez bramę szeroką strugą.
Tłumppp! — wszyscy na pagórku się wzdrygnęli. To po raz kolejny odezwała się zbudowana w nocy w pobliskim zagajniku katapulta, wielka, toporna makina z drewna i sznura, nakręcana i zwalniana kilka razy na godzinę. Ciskała ona ponad Kolenicę przyrządzane przez Antidektesa Alexandryjczyka olbrzymie kadzie alkimicznych mikstur pyrosowych, które rozpadały się w locie na niebie nad miastem i spadały na jego dachy i ulice w postaci cuchnącego deszczu. Raz na trzy próby ten deszcz zapalał się i wówczas na Kolenicę spływało z błękitu płynne piekło. Płonęła już jedna dziesiąta grodu; zapłonie więcej.
Aurelia czekała fontanny płomieni — tym razem na próżno. Ach, gdybyż księżycowi mekanicy mogli się za to zabrać, gdybyż był tu choć jeden tryplet hyppyroi..! Pomyślała o szeregach katapult obudowanych na wielkozamachowych perpetua mobilia z jasnej uranoizy, samonakręcających się co minuta; o strącanych z nieba na wrogów pyrownikach, po których uderzeniu pozostają tylko czarne kratery i gorące szkło; o rajdzie Jeźdźców Ognia, którzy w kilka chwil zrównaliby ten gród z ziemią…
— Padną! Padają! — ekscytował się za jej plecami kapitan Polański. Esthlos Ludewig Polański został tu przysłany przez króla Vistulii, aby „nadzorować poczynania strategosa Berbeleka-z-Ostroga i mieć pieczę nad powierzonym strategosowi wojskiem”. W rzeczywistości nie nadzorował niczego i nie miał pieczy nad nikim: od pierwszego spotkania z Berbelekiem podążał za nim niczym głodny afektu pies. — Widzicie, co tam się właściwie dzieje? Weszliśmy? Wywiesili białą flagę? — Przechodził chaotycznie z vistulskiego na grekę i Aurelia pojmowała co drugi jego okrzyk.
Strategos oderwał oko od okularu, wyprostował się, przeciągnął.
— Odwrót — rzekł, trzymając się greki z uwagi na Olafa Splamionego oraz Hasera Obola, izmaelitę. — Odwołać oddziały spod murów. Cofnąć behemoty. Piechota zostaje na bramie, zabezpieczamy podejście i południowy mur. Ogień na czwartą i piątą basztę. Odpoczynek, ranni, raport; oficerowie u mnie w południe.
— Przecież… — żachnął się esthlos Polański.
— Sądzisz, że Krypier nie miał przygotowanej drugiej linii obrony wewnątrz murów? Przynajmniej tyle sprytu odziedziczył po Słoneczku. Każdy dzień, każda godzina to dla niego nowa szansa na odsiecz. Zatrzymali się, cofa ich, wraca odbita fala. Popatrz. Depczą się nawzajem. Impet został już stracony. Chcę raportu, jak wyglądają z ziemi te wewnętrzne umocnienia. I umyślny do mnie, gdy tylko dostrzeżecie „Łamichmura”. Porte, qahwa.
— Już, panie.
Zeszli do namiotów. Namiot strategosa nie był bynajmniej największy ani też nie stał w środku, w istocie umieszczono go na tyłach obozu. Brodzili w błocie, co noc spadały obfite deszcze (co bardzo sprzyjało obrońcom, może więc była to ich robota). Przed wejściem do namiotu Berbeleka ociosywali buty z grud gliny i pakuł zdeptanego zielska, wbito tu w tym celu w ziemię deszczułki o ostrych krawędziach. Aurelia jako jedyna chodziła boso.
Dla siedmiu osób był ten namiot zdecydowanie za mały; musieli od razu usiąść. Tylko stary Porte pozostał na nogach, krzątając się przy piecyku. Klapę pozostawiono uchyloną. Przed wejściem stał wysoki horrorny w pełnej zbroi węglowej, z siekatownicą na ramieniu.