Niestety, był to jeden z zaledwie dziesięciu żołnierzy Horroru pozostających aktualnie w dyspozycji Hieronima Berbeleka.
Haser Obol, tysięcznik Horroru Byzantyjskiego, podążył wzrokiem za spojrzeniem Aurelii.
— Dzisiaj lub jutro — rzekł. — Tak czy owak, płyniemy już do Danzig.
Wojsko Obola zostało z góry opłacone i teoretycznie od początku roku znajdowało się pod komendą Berbeleka. Wpierw jednak należało je przerzucić na pole bitwy. Tymczasem towarzyszył strategosowi jedynie hegemon Haser z dziesiątką horrornych, bardziej jako symbol niż faktyczna pomoc militarna. Jego namiot stał tuż obok. Nad wielostożkiem ciemnego płótna powiewała chorągiew Horroru: czerwona pięść w czarnym kole zębatym na białym tle. zamierzeniu strategosa miała ona dać do myślenia Krypierowi Cudzybratowi. Zapewne dała — tym szybciej posłał był Cudzybrat po posiłki.
Esthlos Berbelek usiadł w kącie; rozpiąwszy kirouffę założył nogę na nogę. Aurelię zastanawiało to upodobanie strategosa do afrykańskich szat. Sługa podał mu czarę gorącej qahwy. Berbelek bez mrugnięcia pił parzącą ciecz.
Jednooka Janna-z-Gniezna, zastępca Berbeleka z czasów, gdy był on jednym z marszałków polnych Vistulii, kreśliła coś zapamiętale po mapach rozłożonych na wieku kufra, który wpierw przysunęła sobie do chybotliwego stołka kopnięciem. Janna wydawała się Aurelii starsza nawet od Porte. Czarna opaska biegła ukośnie przez jej poorane zmarszczkami czoło, zakrywając lewy oczodół, przez siwe włosy, ściągnięte w długi warkocz. Janna przyłączyła się do strategosa, gdy tylko skończył się jej kontrakt w armii Kazimira IV, czyli latem zeszłego roku, po pierwszych rajdach Berbeleka na wysunięte garnizony Moskwy. Odtąd pozostawała na żołdzie Księżyca. Co ważniejsze, jako jedna z nielicznych ludzi Hieronima zdawała sobie sprawę, że jest opłacana przez Księżyc. Nie sprawiała wrażenia specjalnie owym faktem zgorszonej, tym niemniej od pierwszego ich spotkania darzyła Aurelię wyraźną antypatią. Nie wymieniły przez te pół roku więcej niż kilka zdań. Aurelia była ciekawa przyczyny kalectwa Janny — czyżby nie stać jej było na usługi żadnego teknitesa ciała? — nie odważyła się jednak zapytać. Może istotnie Vistulka popadała już w starczy obłęd.
— Wiem, że Słoneczko stoi z połową Trzeciego Ujadu na linii Burznej — mamrotała teraz Janna, nie wiadomo, do siebie, czy do spoglądającego na nią ponad krawędzią czary esthlosa Berbeleka. — Bliżej są garnizony w Kolnie, Czertyczu i Niżwach, ale one się nie ruszą, mają prikaz siedzieć na dupie i pilnować własnych ziem. Zostaje Trepiej i Trzeci. Załóżmy, że Cudzybrat posłał doń alarmowe wezwanie, gdy tylko przekroczyliśmy granicę… Biorąc pod uwagę deszcze… Cztery dni.
— Ale masz na myśli tylko jazdę? — upewnił się Olaf.
— Tak, konnica Trepieja może się tu zjawić już za cztery dni. Ta druga półsetka kawalerii z Jobałłą, którą posłałeś za rzekę — zwróciła się do strategosa — znosi coraz silniejsze zwiady, grupki już po tuzinie jeźdźców. Na razie to tylko regularne patrole, ale w każdej chwili ktoś tu może przysłać jakiś większy podjazd. Tfu, gdybym była Trepiejem, dawno bym jeden posłała, choćby z rodzicielskiej troski. Przechwyciliśmy już ilu? — dziesięciu gońców? Ślepy by zauważył. W każdym razie ja na pewno.
— Jobałło ma rozkaz odskoczyć. — Esthlos Berbelek siorbał powoli qahwę.
— Jobałło nie wesz, żeby jeno gryźć i odskakiwać. Znasz kawalerzystów. Może zresztą nie mieć już szansy.
Od żeliwnego piecyka płynęły fale żaru, Aurelia podświadomie zwracała twarz ku ogniowi. Porte wyszczerzył do niej w szerokim uśmiechu żółte zęby. Parzył równocześnie qahwę, theę i pażubę, dodając do każdego napoju rozmaite egzotyczne przyprawy, dostarczane mu regularnie przez NIB w blaszanych pudłach z herbem Domu Kupieckiego. Namiot wypełniła wkrótce mieszanina ostrych woni, nawet horrorny zajrzał do środka.
Pażuba była dla kapitana Polańskiego. Stała się ostatnio bardzo popularna w środkowej Europie (co esthlos Berbelek wykorzystywał jako kolejny argument dla dowiedzenia arretesowego wpływu Czarnoksiężnika).
— Ja właściwie powinienem już was opuścić… — Polański pocierał w zakłopotaniu nos. — Rog wyciągnąłby z mojej tu obecności wnioski, które
— Tak, tak — przerwała mu Janna — wszyscy wiemy: warcholstwo żądnego zemsty strategosa, prywatna wojenka Hieronima Berbeleka, w przypadku klęski Kazimir i Światowid umywają ręce.
— A co! — wzburzył się Polański. — Może on zostanie, by świadczyć przed Trepiejem za Thora? — Dźgnął palcem w stronę Olafa Splamionego.
Szczur kratistosa Nordu wzruszył ramionami.
— Thor od lat prowadzi otwartą wojnę z Czarnoksiężnikiem. Nie ma nic do ukrycia. Chętnie powitamy strategosa Berbeleka na froncie północnym.
— Prowadzi wojnę, akurat! Rog nigdy nie poszedł z wojskami na Nord, ścieracie się tylko w tych odświętnych potyczkach granicznych i nasyłacie wzajem korsarzy na swoje statki.
— Spokój, spokój! — warknął strategos. — Bo pogonię wszystkich! Nie zwyciężyliśmy, ale też nie ponieśliśmy jeszcze klęski. W nocy poprowadzę szturm, podciągniemy behemotami pyresidery i pójdziemy w głąb miasta. Jeśli tylko Krypier nie nagotował tam jakichś cudów. Kiedy ten raport Bartosza?
— Pójdę z tobą, kyrios — odezwała się Aurelia. — Jeśli osobiście chcesz poprowadzić atak… pójdę z tobą.
— Nie wiem, czy to dobry pomysł, byś tak się narażał, esthlos — rzekł Olaf, ustawiwszy ostrożnie na kolanie kubek z theą.
— Natarcie pod ścisłą morfą strategosa, w tym jeszcze jest szansa — stwierdził Berbelek. — Bez dodatkowego wsparcia… nie widzę innej nadziei na szybki przełom.
Aurelia kręciła głową. Dym tłumionej złości począł gryźć ją w gardle.
— Cały Horror Byzantyjski przypłynie tu najdalej za dwa tygodnie, pierwsza setnia może się zjawić lada chwila. Nie rozumiem, kyrios. To głupie. Czarnoksiężnik nie ucieknie, adynatosi nie uciekną. Poczekaj.
— Jeśli nie zajmiemy miasta w ciągu najbliższych trzech dni, będziemy musieli się wycofać — rzekł strategos Berbelek, odłożywszy pustą czarę i sięgając do wewnętrznej kieszeni kirouffy po tytońcówkę. — Poczytaj sobie podręczniki wojny, co one mówią o oblężeniach. Stosunek sił powinien wynosić co najmniej trzy do jednego na rzecz oblegających, a po prawdzie zaleca się dziesięć do jednego. A jaki jest nasz? Jeden do dwóch lub trzech. Mam osiem dobrych pyresider, tuzin behemotów, nieco ponad setkę kawalerii i pół tysiąca regularnej piechoty, drugie pół tysiąca pośpiesznie przysposobionych ochotników, którzy właściwie tylko leżą w okopach, pykają z keraunetów, żrą prowiant i prowokują burdy. Krypier Cudzybrat siedzi natomiast w Kolenicy z półtoratysięcznym garnizonem Trzeciego Ujadu; siedzi tu od prawie siedmiu lat, ubezpieczył się doskonale, był gotów, linia frontu przebiegała przecież kilkadziesiąt stadionów na zachód stąd. To wielki sukces, że w ogóle udało mi się go zamknąć w regularnym oblężeniu. Czym jest ten mój atak? Szaleństwem. Samobójstwem. Skrajnym ryzykanctwem. Może gdybym miał zdrajcę w środku, pełne zaskoczenie i otwarte bramy… Ale tak? A jemu wystarczy czekać na odsiecz.
— Dlaczego więc…?
— Bo muszę odnieść to zwycięstwo. Wiesz, co napiszą wszystkie gazety Europy, gdy Hieronim Berbelek odbije Czarnoksiężnikowi Kolenicę?
— Więc cała ta bitwa toczy się o nagłówki gazet…?
— O to, czego one są odbiciem.