Urwała, spostrzegłszy, iż sofistes już jej nie słucha. Zagapił się w punkt ponad jej głową — nie na Kolenicę, na coś jeszcze wyżej, ponad miastem i w lewo odeń. Obejrzała się.
Z północnego zachodu, znad ciemnozielonego masywu puszczy nadlatywała włócznia czerwonego kamienia. Aurelia zmrużyła oczy. Równolegle nad kamieniem ciągnęło się czarne wrzeciono aerostatyczne, srebrne pioruny otaczały jego boki ciernistym ornamentem. Nad dziobową kopułą minaretu prężył się jednoręki anioł, białe bandaże jego skrzydeł powiewały na wietrze, poranne słońce strzelało refleksami od kryształowej kosy. Schodząc do ziemi, „Łamichmur” zataczał szeroki łuk, by nie wlecieć w zasięg pyresider Kolenicy.
Aurelia wyszczerzyła się do Antidektesa w gorącym uśmiechu. Nie musiała nic mówić, żołnierze dostrzegli już „Lamichmura” i podnieśli wrzawę. Vistulczycy wychodzili z namiotów, spoglądali w niebo. Zagrała nawet trąbka, Aurelia nie znała tego sygnału. Puszkarze koleniccy zaprzestali na moment ostrzału, i tak jeno symbolicznego.
Oroneigesowy aerostat spłynął nad pole za głównym obozem wojsk vistulskich. Zatrzymał się jakieś trzydzieści pusów nad powierzchnią gruntu. Kolebiąc się na wietrze, próbował zachować stałą pozycję. Załoga rzucała łańcuchy kotwiczne. Żołnierze pobiegli wbić w ziemię żelazne pale. Aurelia podążyła za nimi; widziała, że biegną tu ludzie także od namiotów strategosa i hegemona Hasera Obola.
Tymczasem po linach spuszczonych z poziomej wieży „Lamichmura” zjeżdżali tuzinami mężczyźni i kobiety w węglowych zbrojach Horroru.
Złamać jej kark, łeb ukręcić, jak postąpiłbym z wężem jadowitym. Nimrod obracał w głowie myśli nimroda. Zabiję Żmiję, zabiję ją. Kolorowy ptak przefrunął ponad nim, ogród rezydencji Hieronima Berbeleka przypomniał Zajdarowi swymi miłymi dla ucha dźwiękami o kakofonicznych melodiach prawdziwej dzikości. Ihmet nienawidził parków, ogrodów, stawów miejskich i obwoźnych bestiariów. Brama majątku i strażnicy zniknęli za zakrętem alei. Odsłonił zęby. Ugryźć, ugryźć, ugryźć, zagryźć! Słońce wzeszło wysoko nad Alexandrię, mrużył prawe oko; lewa źrenica była bezpieczna w cieniu. Mimowolnie przyśpieszał kroku. Wiedział, że ona jest tu obecna, kuzyn Aneisa Panatakisa mu powiedział.
„Hipotamia” zawinęła do wewnętrznego portu Alexandrii siódmego Martiusa, z dwudniowym opóźnieniem powstałym na skutek gwałtownych wiosennych sztormów (Oroneia znów obracała wiatry przeciwko wiatrom, zderzała chmury z chmurami, Król Burz brał głęboki oddech). Wynająwszy w porcie wiktykę, Zajdar wpierw pojechał był do składów faktorii Aneisa Panatakisa. Ostatnimi laty rozrosły się one do rozmiarów porównywalnych z rozmiarami składów Kompanii Afrykańskiej. Magazyny Panatakisa rozrzucone były po wszystkich nabrzeżach, przez jego ręce przechodziła obecnie lwia część wymiany handlowej między Herdonem i północną Afryką oraz zachodnią Azją. Stary Aneis nadal urzędował w swoim bezokiennym kantorze na tyłach najstarszego ze składów. Wszakże z uwagi na wczesną porę oraz na fakt, iż był to dzień jakiegoś kristjańskiego święta (a Panatakis okazał się być także kristjanem), lhmet go tam nie zastał. Zostawił zatem w kantorze listy Berbeleka skierowane do faktora i wszystkich innych alexandryjskich adresatów, z wyjątkiem esthle Amitace i esthle Alitei Latek. Ludzie Panatakisa dostarczą je najszybciej. Następnie podał wiktyk arzowi adres rezydencji Berbeleka.
Płynąc tu — najpierw na „Brucie”, potem na „Hipotamii” Kompanii Afrykańskiej — miał czas wszystko przemyśleć. Wbrew pozorom zdarza się to wyjątkowo rzadko, gdy człowiek naprawdę zastanawia się nad kształtem swego życia, spogląda na nie jako na pewną całość — jak na rzeźbę: posiada stopy i głowę, lecz znaczy coś tylko, gdy widziana w całości — i na zimno je ocenia, świadomie dokonuje wyboru kształtu docelowego. Czyż nie to w ostatecznym rozrachunku odróżnia aristokratów, lud i doulosów? Święte słowa Provegi: Niewolnik w tym podobny jest zwierzęciu, że nie panuje nad swoją formą; aristokrata w tym jest podobny bogom, że sam ją określa, on i nikt inny. Czy Ihmet Zajdar miał prawo nazwać się aristokrata? Tu złudzeń nie posiadał: nigdy nawet nie starał się przezwyciężyć swej natury nimroda, szedł przez życie od jednej do drugiej gorączki łowów, jakoś niepełny i kaleki, gdy pozbawiony zwierzyny, na której mógłby się skupić i zorientować podług niej swe dni i noce. Zawsze jednak — takim się postrzegał, zapatrzony na pieniste fale Morza Śródziemnego — zawsze to on wybierał tę zwierzynę i jego było Polowanie. Dopóki nie zapadł się w morfę Hieronima Berbeleka. Teraz bowiem nie był już pewien żadnego swojego wyboru, instynktu i maniery. Rzeźba traciła symetrię i równowagę, przechylała się niebezpiecznie na jedną stronę. Dostrzegał zmianę, chociażby przez porównanie pamięci swoich zamierzeń. Trzy lata temu, gdy rezygnował ze służby na okeanikach, ścieżka jego przyszłego życia była prosta i jasna. Miał dosyć pieniędzy, mógł spędzić owe ostatnie kilka dekad na takich polowaniach, jakie chciał, gdzie chciał. I w istocie nigdy nie podjął żadnej konkretnej decyzji, by zarzucić ten plan i miast tego oddać się w rozkazy esthlosa Berbeleka. Zresztą dokładnie w ten sposób wygląda to u prawie wszystkich ludzi. Z dnia na dzień, z miesiąca na miesiąc, z roku na rok, od Formy do Formy, narzucanych z przemieszania Form zewnętrznych, cudzych… Aż może przyjdzie taki moment w starości, albo i już na łożu śmierci, gdy spojrzawszy wstecz, ujrzymy skończony kształt naszego życia i dopiero zaskoczy nas ta figura: co za maszkara, co za bohomaz, bryła chaosu i przypadku, bez sensu, bez celu, bez znaczenia, bez piękna.
Ihmet nie łudził się, iż sam osiągnie tu jakąś niezwykłą harmonię i kalokagatię. Ale ponieważ bliżej był już końca niż początku, mógł nazwać kształt dotychczasowy i przynajmniej starać się utrzymać jaką taką konsekwencję. Konsekwencja — oto jest pierwszy wymóg każdego polowania i pierwsza cecha każdego nimroda. Nie agresja, nie dzikość, nie przemoc — te bardziej przystoją aresowi. Nimrod natomiast musi utrzymać się na raz obranej ścieżce łowów nierzadko przez lata. Raz obranej za ofiarę zwierzyny nie można porzucić w pół pogoni; to nie do pomyślenia. W tym sensie istotnie jest niewolnikiem swej natury. Można rzec, iż najbardziej jest wierny właśnie swoim ofiarom. Esthle Szulimy Amitace nie zdradził ani na sekundę od chwili pierwszego spotkania w vodenburskim cyrku. Czy strategos miał z tym cokolwiek wspólnego? Zajdar szczerze wątpił. Krew burzyła się w jego żyłach, to był głos krwi. Zabije ją, zabije Żmiję.
Posiadłość esthlosa Hieronima Berbeleka znajdowała się kilkanaście stadionów na wschód od południowego wylotu Mostu Beleuckiego, na samym końcu dzielnicy pałaców aristokracji alexandryjskiej, Parseid. Parseidy rozciągały się wzdłuż brzegów Jeziora Mareotejskiego prawie na jednej trzeciej ich długości. Dalej na południe zaczynała się już Górna Alexandria, kwartały izmaelickie, negryjskie, cygańskie, pergamońskie, induskie i dzunguowe. Posiadłość i dom Berbeleka kryły się przed ich hałasami i zapachami w gęstej zieleni parków nadmareotejskich. Ceny ziemi były tu bardzo wysokie, a że o prestiżu stanowiła wielkość ogrodu, dom strategosa wzniesiony został po większej części na fundamentach oroneigesowych, to znaczy w powietrzu, ponad błękitnymi wodami jeziora. Zajdar odwiedził go już dwukrotnie. Za pierwszą jego wizytą budynek nie był jeszcze wykończony, ogród nie domorfowany, a wysokie ogrodzenie nie ze wszystkich stron domknięte. Minął wszakże rok i posiadłość wyglądała na jedną z lepiej zadbanych. Sam Berbelek zdążył w niej pomieszkać w sumie bodaj miesiąc. Zapewne jednak nie bez znaczenia dla jej obecnego kształtu był fakt, iż stałym rezydentem pozostawała tu esthle Szulima Amitace.