Rozpalona, rozwibrowana, rezonująca mekaniczną energią wyszła przed namiot. Trwał intensywny ostrzał przedszturmowy, co chwilę grzmiała któraś z pyresider, a palba keraunetowa trwała już nieprzerwanie. Aurelia ugięła kolana, wokółnożne i wokółbarkowe epicykle zagarnęły wielkie masy błota, na moment poczuła się jak golem, dżinn, iganazi — ale zaraz odmieniła morfę, zatrzasnęły się ażurowe przekładnie zbroi, a impet dodany przez jej wiecznoruch przedłużył skok Aurelii dwudziestokrotnie, posyłając ją — ognistą kometę — ponad połową obozu, na zbocze podleśne naprzeciw zdemolowanej bramy Kolenicy.
Tu szykowała się do boju setnia Horroru; niżej, pod zboczem demiurgosi zoonu powoli ustawiali w szyku senne behemoty. Aurelia wylądowała w przyklęku, wbijając się na pus w rozmiękłą ziemię — fontanny błota poleciały na wszystkie strony, rozległy się przekleństwa ochlapanych żołnierzy. Wyprostowała się. Aetheryczna zbroja w półmroku przedwczesnego zmierzchu jawiła się srebrnoróżową chmurą, plamą niebiańskiego światła, rozszczepianego wokół postaci kobiety przez rozedrgany pryzmat. Tylko na dole, wokół jej stóp, łydek i kolan, gdzie wiry puchły czarno od zagarnianego ge i hydoru, tylko tam ujawniała się oczom Ziemian prawdziwa natura zbroi, a raczej jej ruch, natura ruchu, harmonia szóstego żywiołu, potęga pędu. Aetherowobłotne okółgolenniki siekły po równo glinę, trawę i kamienie.
Powstało oczywiście zamieszanie. Rozstąpiwszy się, horrorni wymierzyli w Aurelię keraunety i siekatownice.
Wystąpił ku niej wysoki brodacz z grawerunkiem setnika na węglowym napierśniku.
— Kim jesteś?
Naszła ją wówczas nagła ochota powiedzieć im prawdę — o Księżycu, o Pani, że w istocie służą Strategosowi Labiryntu — w porę jednak zjawił się hegemon Obol i pokusa odpłynęła.
— Strategos cię wzywa — warknął na Aurelię.
Nie widział wyrazu jej twarzy, rozemglonej przez prędki okółhełm. Skinęła głową.
Esthlos Berbelek dosiadł był już swego wierzchowca, wysokiego humina-albinosa. Z jego siodła obserwował Kolenicę przez lornetę. Aurelia zauważyła, że wdział tylko lekką zbroję, hełm zwisał przy kulbace.
Obok, na potężnym srokaczu, siedział herold z drzewcem rozwiniętego sztandaru w garści (dolny koniec wparł w strzemię). Wbrew nadziejom Aurelii nie był to sztandar Księżyca, lecz Ostroga: Czerwona Szarańcza.
— Wiem, że cię kusi — rzekł strategos.
Aurelia skłoniła głowę.
— Kyrios.
— Być może będę cię musiał jeszcze bardziej rozczarować. Oni wiedzą, że przybył Horror, lecz nie wiedzą, w jakiej liczbie. Popatrz. Nie strzelają od kwadransa.
Zaklęła.
Zaśmiał się gromko.
— Więc jak będzie? Z powrotem schowasz zbroję do wahadłaka?
— Daj rozkaz do ataku.
Opuściwszy lornetę, mrugnął do niej cwaniacko, wyprostował się w siodle — i rzeczywiście uniósł rękę.
Zagrała trąbka.
Zaraz podcwałowała do nich Janna-z-Gniezna, za nią kapitan Połański i setnik piechoty vistulskiej.
— Północny mur — sapnęła Janna. — Kilkunastu Moskwian próbowało uciec przez północny mur, chcieli się poddać. A niech mnie trąd! Myślisz, że coś się stało Krypierowi?
Tłumppp! — kolejny kocioł Antidektesowej mikstury poszybował nad miasto. Fontanna płomieni spadła na i tak już płonące dachy. Aurelia objęła wzrokiem panoramę Kolenicy i wokółkolenickich pól. Tylko ruch przyciągał jej uwagę; co nieruchome, to nie istniało. Po ciasno zabudowanym grodzie, po szczerbatych jego murach prześlizgnęła się ślepym spojrzeniem — nikt już stamtąd nie strzelał, nie dostrzegała żadnej aktywności.
Gwizdek setnika Horroru zabrzmiał trzykrotnie. Byli gotowi. Strategos ściągnął wodze białego humija, herold wbił pięty w boki srokacza, Janna zaklęła uroczyście. W ryku behemotów, w ciągłym grzmocie pyresider i keraunetów, w rżeniu koni, w chrzęście węglowych zbroi Horroru — zaczynał się ostatni szturm.
Spojrzała w prawo i w lewo: równy szereg horrornych, rozciągnięty jak na musztrze. Identycznie odziani, o identycznych ruchach, nawet identycznym wzroście — wyżsi są tylko ich dziesiętnicy. Raz, raz, raz, objęci jedną morfą, stąpali w nieludzko równym rytmie — nawet Księżycankę przeszedł dreszcz. Tu nie chodziło o regularny szturm murów miejskich, uderzenie w wyłom, taka formacja nie miałaby sensu — tu już chodziło tylko i wyłącznie o zastraszenie obrońców.
Horror wywodził swe tradycje bezpośrednio z praw i obyczajów Lakademoriu. Bezpośrednio, to znaczy w sukcesji nieprzerwanej: liczył sobie prawie dwa tysiące lat. Raczej jednak niż o tradycji, należało mówić o pewnym rodzaju życia: wymieniając nieustannie Materię, z jakiej się składał, Horror zachowywał przez wieki i wieki tę samą Formę — Formę niezwyciężonego wojska najemnego. W istocie zostało ono już zwyciężone nieraz (w niesprzyjających warunkach lub w beznadziejnym stosunku sił), lecz morfa przetrwała. Umierali jedni żołnierze, zaciągali się nowi, najrozmaitszych języków, wyznań i narodowości, spod anthosów najróżniejszych kratistosów — lecz Horror, jego teknitesi somy i psyche, jego strategosi i aresowie, jego hegemoni i leonidasi powoli a nieubłaganie ugniatali wszystkich żołnierzy do jednego kształtu. Szczegóły tego kształtu z czasem ulegały zmianie, bo zmieniała się tekne i metoda prowadzenia wojen, trzon pozostawał wszakże ten sam. Każdy w Horrorze zaczynał od najniższego szczebla i nawet jego najwyżsi dowódcy podlegali tej samej Formie. Mieściła się w niej między innymi absolutna karność, lakademejski rygor diety i ćwiczeń oraz wierność wobec powziętych zobowiązań. Historia zanotowała przypadki odstępstw pojedynczych żołnierzy, lecz nigdy — Horroru jako Horroru. Pozostawali mu wierni siłą lakademonowego patriotyzmu, tyle że obejmującego Formę, nie kraj.
Horror przyjmował zarówno kontrakty krótko, jak i długoterminowe. Po zakończeniu Wojen Kratistosów Rzym, chwilowo wyjęty spod protekcji jakiegokolwiek kratistosa, zawarł tak zwaną Wieczną Umowę, na mocy której Horror miał odtąd stanowić uzupełnienie i przeciwwagę dla uwikłanych politycznie Legionów; stanowił po dziś dzień. Umowy zawierały poszczególne Kolumny Horroru — jedenaście europejskich, siedem afrykańskich, siedem azjatyckich — nigdy wspólnie, aby żadna pojedyncza klęska nie mogła spowodować zniszczenia całej formacji. Kolumny nie zawsze operowały na własnym terenie: połowa Horroru Axumejskiego od kilkudziesięciu lat stacjonowała na Wyspach Brytyjskich. Nie zawsze też posiadały w swych kontraktach klauzulę pozwalającą im pod określonymi warunkami (na przykład braku konfliktu) przejść na służbę do suwerena oferującego wyższy żołd. A nawet jeśli — często wiązało się to z kilkumiesięcznym lub kilkuletnim okresem wypowiedzenia.
Strategos Berbelek wynajął wszystek Horror, jaki był aktualnie do wynajęcia. Stopniowo, w ciągu najbliższych trzynastu lat, znajdzie się pod jego rozkazami kilkadziesiąt tysięcy doborowego wojska. Tylko że on nie miał tych trzynastu lat. Liczył z frustracją każdy mijający dzień.
Kolenica musiała paść dzisiaj.
Minęli ostatnią linię okopów, behemoty osłaniały drogę do bramy. Jeśli był to ze strony Krypiera Cudzybrata jakiś rodzaj podstępu, teraz właśnie powinny się odezwać pyresidery grodu. Nic. Szli dalej. Aurelia posuwała się długimi susami u boku białego humija (płomienie furkotały za nią głośno, czerwone chorągwie). Nie spuszczała oka ze strategosa. Uśmiechał się krzywo pod nosem.