Выбрать главу

Ujrzała lasy. Kamienny barbakan, połączony powietrznym pomostem z resztką obronnego muru, zwrócony był na południowy wschód, bo tędy podchodziła na szczyt wzgórza droga prowadząca od rzeki i stawów, tu niegdyś znajdowała się brama i chroniące ją baszty. Teraz zaś ze wszystkich tych topornych fortyfikacji ostał się jedynie barbakan, i to do niego przymocowano sznurowe trapy i żelazne kotwice „Łamichmura”. W dryfie zwracał się zawsze aniołem przeciwko wiatrowi. Obudzono Aurelię po godzinie czwartej, wiało ze wschodu, gdy więc zeszła z prawej burty na szczyt barbakanu, ujrzała nieskończoną panoramę puszczy, ciągnącej się aż po południowy horyzont, po ledwie widoczną, zamgloną linię gór. O tej porze dnia słońce przebarwiało wszystko, kładąc miodowy blask na zieleń, zieleń i zieleń — Aurelia stała ponad morzem zieleni. Zaspana, ziewając, dała się poprowadzić wewnętrznymi schodami barbakanu, przez dziedziniec dworu i na piętro jego zachodniego skrzydła, gdzie bez słowa zapadła w pachnącą wiosną Ziemi pościel, zapadła na powrót w swój ognisty sen.

Po raz kolejny przebudziła się w środku nocy, ból pełnego pęcherza poderwał ją z łoża, przez chwilę nie wiedziała, gdzie jest, co to za lodowe więzienie, dopiero dotknąwszy zimnej, ceglanej ściany przypomniała sobie Berbeleka, Ziemię i Ostróg. Wyszła na ciemny korytarz. Ugryzła się w język, zaswędziała ją skóra, w mdłym świetle własnego potu znalazła schody i drzwi prowadzące na tylne podwórze, tam zaraz zaczynał się półdziki sad i niskie poszycie lasu. Zapewne były we dworze izby łaziebne i sanitarium, ale nie zamierzała ich szukać. Przykucnęła za niską wierzbą. Czerwona od pyru uryna przepaliła trawę, podniósł się ostry swąd. Wracając przez podwórze, spostrzegła ciemną sylwetkę na ławie pod ścianą dworu. Przystanęła, zacisnęła pięści, zrobiło się jaśniej. Na ławie siedziała stara kobieta, zawinięta w barwny szal; w siwych włosach lśnił koralowy grzebień. Patrzyła na Aurelię, mrużąc oczy. Teraz się poruszyła, lewą ręką wygładziła czarną spódnicę, prawą skinęła na Księżycankę; błysnął pierścień z błękitnym kamieniem.

Aurelia podeszła powoli.

Kobieta skinęła po raz drugi i Aurelia przyklękła przy ławie; teraz stara mogła się jej przyjrzeć, nie zadzierając głowy. Przesunęła zimnymi, kościstymi palcami po policzku Aurelii, bezwłosej czaszce, z powrotem po policzku, szyi, obojczyku, piersi, ramieniu. Gdzieś w głębi puszczy zawył wilk. Kobieta uśmiechnęła się ciepło; Aurelia odpowiedziała uśmiechem.

Stara odprawiła ją ruchem głowy.

— Za schodami, białe drzwi, czerwona futryna — Powiedziała po grecku, gdy Aurelia była już do niej odwrócona plecami. Głos miała miękki i dźwięczny, omal dziewczęcy.

Po raz trzeci obudziła się Aurelia w Ostrogu w porze śniadania — zapachy gorących potraw wypełniały dwór na równi z promieniami porannego słońca, ślina zebrała się jej w ustach, ledwo wyszła z sanitarium za schodami. Wróciła do sypialni, by wrzucić na siebie jakieś odzienie. Okazało się, że podczas snu zabrano jej wszystkie ubrania, nawet buty i tę kurtę kawaleryjską, którą wygrała była od hurackiego setnika. Została tylko aetheryczna zbroja zamknięta w wahadłowej skrzyni. W kufrze pod łożem znalazła natomiast kilkanaście spódnic i sukni, niektóre z wyglądu bardzo drogie, pelerynę, futrzaną kamizelę, sandały i skórzane botki. Nigdy więcej zapewne nie będzie miała okazji czegoś takiego nosić — a wciąż drzemała w niej owa dziecięca ciekawość, pragnienie osobistego doświadczenia wszystkiego co inne — toteż wdziała jasnożółtą suknię o herdońskim kroju, z wysokim kołnierzem, długimi rękawami, zakrywającą piersi i ściskającą stan. Podwinęła rękawy za łokcie i zeszła do jadalni.

Śniadał tam król Kazimir IV.

— Kyrios.

— Wstań, Aurelia, wstań. — Strategos Berbelek siedział po prawicy króla.

Król nie posiadał żadnych regaliów, był w prostej, białej koszuli, ale wiedziała, że to Kazimir, znała jego twarz z rycin w gazetach vistulskich i gockich; i znała monarszą morfę.

— Z Księżyca, tak? — mruknął król, odkładając widelce

— Podejdź, podejdź — machał na nią strategos. — Kyrios.

Mrugała, wciąż rozespana, na wpół pogrążona w gorącym śnie — tak naprawdę przecież trwała noc. Jaką rozmowę im przerwała? Schodząc, słyszała głosy, ale nie rozumiała vistulskiego. Oprócz ich dwóch przy wysokim, dębowym stole siedział Antidektes oraz ponury brodacz z łańcuchem biurokraty na piersi. Za ich krzesłami stali służący w vistulskich barwach.

Król przyglądał się jej z uwagą, założywszy ręce na piersi wydawszy mięsiste wargi.

— Mówią mi, że żyjecie tam jak salamandry. Potrafisz może ziać ogniem?

Biurokrata nachylił się ku Kazimirowi.

— Esthlos…

— Co? — warknął król. — Chciałbym wiedzieć, za co kładę głowę. Ten kapitan, jakże mu, Polański, jeśli prawdę pisał w swoich raportach — przecież Illea nie posłała jej tu bez celu, ludzie już zaczynają mówić, jeszcze nie wiedzą, ale już mówią o Południcy i Pannie Popielnej, że od jej oddechu spłonęło pół Kolenicy i temu podobne — więc jeśli Illea może tu zrzucić armię takich — no jakże im?

— Hyppyroi.

— Hyppyroi. — Kazimir wyjął z rękawa chustę, wysmarkał nos. — A może? Powiedz mi — jakże ci?

— Ryter Aurelia Krzos, kyrios.

— Bo Hieronim opowiada mi tu różne straszne bajki, ale na razie to Czarnoksiężnika ja mam pod bokiem, a IIlee, o, na niebie.

— Niebo też zatruł — mruknął Antidektes, dosypując sobie makownicy.

Aurelia spojrzała na strategosa. Esthlos Berbelek wzruszył ramionami.

— Gdyby chciała, dawno już wszyscy leżelibyście u jej stóp — rzekła. — Kyrios — skłoniła głowę.

Król i biurokrata wymienili kilka zdań po vistulsku; włączył się strategos. Kazimir już po chwili walił pięścią w stół, aż podskakiwała srebrna zastawa. Służący odstąpili pod ściany. Nawet sofistes przestał jeść. Wtem strategom zaśmiał się i położył dłoń na ramieniu króla. Aurelia wstrzymała oddech. Król obrócił się do Berbeleka i zaczął mu coś cicho tłumaczyć. Esthlos Berbelek kiwał głową, Aurelia cofała się ku drzwiom. Król ponownie wysmarkał nos. Strategos rozsypał sól na dębowym blacie i jął w niej coś rysować czubkiem noża. Kazimir IV przypatrywał się temu z miną równie ponurą, jak mina dworskiego biurokraty. Aurelia wyszła, bose stopy nie wydawały dźwięku na starych parkietach.

W korytarzu dopadła ją Janna.

— Po coś tam lazła? — syczała, ciągnąc Aurelię za łokieć z powrotem ku zachodniemu skrzydłu. Aurelia dopiero teraz spostrzegła żołnierzy w królewskich barwach, rozstawionych przy schodach, przy drzwiach i w sieni, widocznych także na podwórzu. Grafitowa czerń horrornych mignęła jej tylko raz czy dwa; strategos zabrał był ze sobą w „Łamichmurze” jedynie dziesiątkę Hasera Obola. Minęły rząd wewnętrznych strzelnic. Na dziedzińcu dworu, w cieniu ruin murów fortecznych stały wysokie wozy królewskiej świty.

— I po coś się tak stroiła? Musieli cię wziąć za bogowie wiedzą kogo, że cię w ogóle wpuścili. Miałaś spać, nie? Teraz przecież śpisz.

— Gdzie tu są kuchnie?

— Czekaj, zaraz poślę po coś gorącego. Ale po coś tam lazła! — Janna nie mogła tego przetrawić; pokrzykując, szarpała nerwowo za opaskę na lewym oczodole. — Cóżeś im powiedziała? Wszystko możesz zepsuć!

— Niby co takiego?

Po rozsłonecznionym dziedzińcu, między wozami, biegały psy, rasowe i bezrasowe, podłej morfy kundle, z wywieszonymi ozorami, całe stado, wzbijając tumany kurzu i co chwila wybuchając wściekłym jazgotem — lecz to był właściwie jedyny ruch. Rozłożeni w cieniu żołnierze spali lub zdawali się spać. W bezwietrznym powietrzu drzewa stały nieruchome, ze zwieszonymi gałęziami. Jeszcze tylko małe poruszenie na niebie — Aurelia uniosła głowę — to bocian kołował nad barbakanem.