Długo jeszcze po śmierci Gorcewa więźniowie żyli wspomnieniami o tym odwecie. Jeden z moich znajomych inżynierów, któremu w zaufaniu opowiedziałem kulisy wypadku na „lesopowale”, zaśmiał się gorzko i powiedział:
– No, nareszcie i nam pozwolono odczuć, że rewolucja odwróciła stary porządek rzeczy. Dawniej rzucano niewolników lwom na pożarcie, teraz rzuca się lwy na pożarcie niewolnikom.
Zabójca Stalina
Dodatkowym obciążeniem przy pracy była „kurza ślepota”, choroba, na którą prędzej czy później zapadała większość więźniów w obozach Północy na skutek złego odżywiania, a ściślej mówiąc, braku tłuszczów.
Człowiek dotknięty kurzą ślepotą przestaje widzieć dopiero o zmroku i musi w ten sposób niejako codziennie, z nastaniem nocy, oswajać się na nowo ze swoim kalectwem. Stąd pewnie jego stałe rozjątrzenie i coś w rodzaju zdenerwowania, graniczącego z panicznym lękiem przed nocą. W brygadach leśnych, które pracowały tylko za dnia w odległości paru kilometrów od obozu, już około trzeciej po południu, gdy zmierzch powlekał dopiero szarym welonem bladoniebieską emalię nieba, kurzy ślepcy przypuszczali gwałtowny szturm do wartownika:
– Prowadź do zony, prowadź do zony, a to nie dojdziemy!
Powtarzało się to codziennie z niezmienną dokładnością i z jednakowym skutkiem: brygady wychodziły z lasu o piątej i dobijały do obozu, po godzinnym marszu przez śnieżne wykroty, o szóstej, już po zupełnym zapadnięciu zmroku.
Widok kurzych ślepców, stąpających wolno rano i wieczorem z wyciągniętymi przed siebie rękami po oblodzonych ścieżkach w kierunku kuchni, był w zonie równie naturalny, jak widok przygarbionych pod drewnianymi jarzmami nosiwodów, którzy szli szybko ze wszystkich stron, ugniatając z chrzęstem na ścieżkach nawiany nocą śnieg, i zbijali się wokół studni w czarną, ostro zarysowaną grupę. Były to jedyne w ciągu dnia chwile, kiedy obóz przypominał olbrzymie akwarium, wypełnione po brzegi czarną wodą i chwiejącymi się cieniami ryb głębinowych.
Kurzych ślepców nie posyłano naturalnie nigdy do robót, które przeciągały się do późnej nocy. W naszej brygadzie tragarzy nie było ich nigdy, mimo że tylko u nas mogli się wyleczyć. Tylko my bowiem miewaliśmy czasem okazję ukradzenia na bazie żywnościowej kawałka słoniny. Stanowiło to coś w rodzaju zaklętego koła. U nas mogliby przestać być kurzymi ślepcami, ale do nas nie mogli przyjść, bo byli kurzymi ślepcami.
Pamiętam, że raz jeden tylko wyszedł z nami do pracy nowy więzień, mały, milczący człowieczek o surowej twarzy i zaczerwienionych oczach. Dostał dziesięć lat za zabawne przewinienie. Kiedyś, jako wysoki urzędnik jednego z komisariatów ludowych, podpił sobie w gabinecie z przyjacielem i założył się, że od pierwszego strzału trafi w oko Stalina, wiszącego na przeciwległej ścianie. Wygrał zakład, ale przegrał życie. Po paru miesiącach, gdy zapomniał już prawie o tym incydencie, poróżnił się o coś ze swoim przyjacielem. Nazajutrz czekało na niego dwóch oficerów NKWD. Przeprowadzili oględziny portretu i sporządzili na miejscu akt oskarżenia. Zasądziło go zaocznie (w podwójnym tego słowa znaczeniu) Osoboje Sowieszczanije. Odsiedział już siedem lat, pozostały więc najcięższe trzy, gdyby mu nie przedłużono wyroku. Przyszedł do naszej brygady po długich prośbach, żeby – jak to sam określił, zataczając ręką szeroki łuk dokoła własnej osoby – „poprawić się trochę”.
Wyładowywaliśmy właśnie, podzieleni na siedmioosobowe zespoły, trzy ogromne pulmany mąki. Zwijaliśmy się jak szatany, powiedziano nam bowiem, że zaraz potem pójdziemy do zony. Pracował z początku nieźle, ale gdy poszarzało, zaczął nagle odstawać. Omijał swoją kolejkę, w wagonie upuszczał umyślnie worki, żeby je potem długo zaszywać, coraz to odchodził na stronę. W naszym zespole był na szczęście tylko jeden „urka”, reszta politycznych udawała zupełną obojętność. – Starik – powiedział mi nawet na ucho ze śmiesznym akcentem rosyjskim Fin Rusto Karinen – nie może nadążyć.
Ale gdy zaczęło się zmierzchać na dobre, zameldował striełkowi nagłą potrzebę i wolnym, chwiejnym krokiem, stawiając ostrożnie kroki jak akrobata na linie, poszedł w kierunku latryny. Długo nie wracał, tak długo, że nawet „urka” Iwan zaapelował przy mrukliwej aprobacie obu Niemców do naszych sumień, że pracujemy przecież zespołowo, a normy oblicza się potem średnio, wszystkim po równi. Nagle zabielała obok wagonu jego twarz jak papier i zobaczyłem, że drży cały.
– Co ci jest? – zapytałem, przystając obok niego na chwilę.
– Nic – odrzucił szybko, szukając mnie ręką w ciemnościach, choć na tle skrzącego dookoła śniegu widać było w promieniu pięciu metrów wszystko jak na dłoni. – Nic, zasłabłem trochę.
– Idź po worek, bo cię stąd wygryzą! – odkrzyknąłem i pobiegłem do wagonu. W chwilę potem widziałem, jak wchodzi na kładkę, przerzuconą pomiędzy pulmanem a pomostem składu. Szedł znowu wolno, ale dość pewnie, podnosząc wysoko nogi, jak rasowy koń o przewiązanych pęcinach. Znowu długo nie wychodził, aż zaczęliśmy się wszyscy niecierpliwić. Obaj więźniowie, którzy podawali w wagonie worki, opowiadali nam potem, że musieli mu, nie wiedząc dlaczego, dosłownie nakładać worek na ramię. Poprosił ich o to krótkim, drżącym „pożałujtie”. Wreszcie ukazał się w drzwiach wagonu i przez chwilę szukał nogą kładki. Gdy ją znalazł, przesadził paroma susami pół drogi i przystanął. Potem podniósł prawą nogę do góry i zamachał nią parokrotnie jak baletnica wspinająca się na czubki palców, ale za każdym razem trafiał w próżnię – kładka była bardzo wąska – więc przystawił ją z powrotem ostrożnie i zastygł w oczekiwaniu. Było to wszystko razem śmieszne trochę w swym niepojętym tragizmie i nie usposabiało wcale do współczucia. Dopiero potem zrozumieliśmy, że dane nam było oglądać groteskowy i wstrząsający taniec śmierci, ale teraz Karinen zaśmiał się tylko krótko, a Iwan wykrzyknął gniewnie:
– Hej, ty, ubijca Stalina, co za cyrk tu wyprawiasz! Wówczas usłyszeliśmy dziwny dźwięk, ni to westchnienie, ni łkanie, i „zabójca Stalina” odwrócił się wolno na piętach w kierunku wagonu. Postanowił widocznie wracać.
– Zwariowałeś – krzyknąłem – poczekaj, pomogę ci!
Ale było już za późno. Wyprostował się nagle i szarpnąwszy się do przodu, a właściwie w bok, próbował jeszcze przez chwilę odzyskać równowagę, a potem runął wraz z workiem w dół, na zaśnieżone szyny.
Zbiegliśmy wszyscy z nasypu i otoczyli go zwartym kołem.
– Kurza ślepota – powiedział krótko, otrzepując mąkę z buszłatu i obcierając zakrwawione czoło. – Myślałem, że przejdzie – dodał.
Obserwowałem go potem w dole, pod kładką, przebiegając z workami i po worki. Schylony, wybierał ostrożnie obiema rękami mąkę ze śniegu i podobny był do człowieka, strąconego za karę z wysokiego nieba w otchłanie piekieł, na najcięższe męki. Zdaje mi się, że płakał. A może zgarniał tylko garstkę mąki dla siebie, jak gdyby płacąc za ten ostatni raz najwyższą cenę, cenę postawienia wszystkiego na jedną kartę? Nie wiem. Tak jak nie wiem do dzisiaj, jak ukrywał w obozie tę swoją kurzą ślepotę i jak sobie wyobraził ostateczne nad nią zwycięstwo. Gdyśmy wracali do zony, prowadził go pod rękę brygadier. Gdy rewidowano nas przed bramą, miał puste kieszenie i pustą chusteczkę. Następnego dnia poszedł z karną brygadą do lasu. Poszedł do lasu!… Dla człowieka, który przesiedział siedem lat w obozie, znaczyło to tyle, co iść na powolną śmierć.