Выбрать главу

Do baraku „pieriesylnego” schodziło się z drewnianej ścieżki w dół, po paru wyrąbanych w śniegu schodkach, które od ciągłego stąpania przybrały kolor zabłoconej podłogi w sionce; był ciemny, brudny, bez wody i „chwoi” – i znacznie niższy od innych, tak że na górnych pryczach można było rozmawiać tylko leżąc lub siedząc ze zgiętymi w pałąk plecami. Na gwoździach przybitych do belek, które wspierały pułap i obramowywały ciasne szuflady legowisk, wisiały wiecznie mokre buty, a na zygzakowatej rurze od piecyka suszyły się przemoczone onuce. W pierwszej chwili po wejściu nie widziało się na ogół prawie nic i trzeba było dopiero oswoić się z mdłym światłem małej żarówki na przeciwległej ścianie, aby wyłowić z półmroku dwa rzędy gołych stóp na pryczach, sterczące z szarych usypisk ciał ludzkich nakrytych z głową łachmanami, i trzy lub cztery cienie pochylone z wyciągniętymi przed siebie dłońmi nad rozgrzaną blachą piecyka jak nad blatem stolika wirującego. Pierwszy przedwieczorny przybysz do baraku „pieriesylnego” ożywiał zwykle jego milczących mieszkańców, poszturchując ich w gołe stopy czterema pytaniami: kto, skąd, dokąd i za co? Czasem, po takim wstępie, spod stosu spiętrzonych bezładnie szmat wynurzała się jakaś wynędzniała twarz o półobłąkanym spojrzeniu i odepchnąwszy natręta wściekłym „paszoł won”, chowała się na powrót za śmierdzącą zasłonę. Na ogół jednak kilka takich prób nawiązania znajomości wystarczyło, aby na pryczach zaczęły się podnosić przygarbione postacie, skore do rozmowy i handlu wymiennego. Pod wieczór było już zawsze w „pieriesylnym” rojno jak w ulu. Oparci o pionowe stropy, Jercewscy” wymieniali z „tranzytnymi”, którzy rzadko schodzili z prycz, trzęsąc się ze strachu nad swoim dobytkiem więziennym, przeżycia, obserwacje, zasłyszane wiadomości i chleb na machorkę. Co mi się najbardziej w „pieriesylnym” podobało, to jego atmosfera; przy odrobinie wyobraźni mógł przypominać coś pośredniego pomiędzy schroniskiem dla wykolejonych trampów, wyruszających po złote runo, a zwykłą kawiarnią europejską. Tutaj przecież można było poznać nowych ludzi, dowiedzieć się, co słychać w innych więzieniach, kupić szczyptę machorki, użalić się wspólnie nad parszywą dolą i – last but not least – posobaczyć, korzystając z małych szans donosu w tym parodniowym prowizorium, na Stalina i jego gwardię pretoriańską. Dopiero po wojnie przekonałem się z żalem, ale nie bez ukrytej satysfakcji, że pod tym względem kawiarnie europejskie stały się dla milionów ludzi tym, czym był dla mnie barak tranzytowy w Jercewie; że, słowem, bardziej przypominają drewniane budki, przybijane do drzew w moich stronach rodzinnych dla rozsejmikowanych ptaków wędrownych, które nagły chłód wypędza z krainy zimowego odlotu, niż wiedeńskie Kaffehausy lub paryskie cafes-chantants.

Barak tranzytowy spełniał również w naszym obozie rolę Instytutu Badania Koniunktur Politycznych z żywymi wskazaniami cen pracy niewolniczej i odchyleń ideologicznych w postaci napływających fal więźniów. I tak – wedle opowiadań moich towarzyszy – w roku 1939 gościł on resztki dogorywającej już Wielkiej Czystki, dobierane chaotycznie i bezplanowo. Rok 1940 był świadkiem rytmicznych przypływów Polaków, Ukraińców, Białorusinów i Żydów ze wschodniej Polski oraz Bałtów i Ukraińców z Rusi Zakarpackiej. W roku 1941 przyszły pierwsze transporty Finów i krasnoarmiejców z „finskogo plena”, którzy prosto przez umajoną bramę tryumfalną w Leningradzie z napisem „Rodina pozdrawlajet swoich gierojew” i w takt marsza Budionnego odmaszerowali na bocznicę kolejową za miastem, do zaplombowanych wagonów towarowych. W pierwszych miesiącach po wybuchu wojny rosyjsko-niemieckiej w „pieriesylnym” pojawiły się niedobitki zruszczonych zupełnie Niemców nadwołżańskich i ogłupiałe grupki Ukraińców i Białorusinów, zbiegłych w głąb Rosji z rodzinnych wsi przed posuwającym się szybko naprzód frontem. Pamiętam nawet parę nazw, jakie w baraku inżynierów ukuto ze śmiechem dla tych ofiar wojennych peregrynacji. Do nas, Polaków, przylgnęło miano „antigitlerowskich faszystów”, nieszczęsnych krasnoarmiejców nazwano „gierojami z finskogo plena”, a zbiegłych przed Niemcami Ukraińców i Białorusinów „partizanami otieczestwiennoj wojny”.

W lutym 1941 roku spotkałem w „pieriesylnym” trzech Niemców, którzy od reszty mieszkańców odróżniali się pewną odruchową wyniosłością gestów i stosunkowo przyzwoitym ubraniem europejskim. Najniższy przy tym – tęgi brunet o szerokiej twarzy i świdrujących oczkach, krępy i zwalisty jak kloc – nosił na głowie czarny berecik z ogonkiem, wysoki i barczysty blondyn miał zawiązany pod szyją szalik sportowy, a szczupły młodzieniaszek o pociągłej i inteligentnej twarzy nie rozstawał się z podkutymi butami narciarskimi. Razem więc posiadali coś w rodzaju zdekompletowanego stroju turystycznego i istotnie na pierwszy rzut oka mogli uchodzić za trójkę bezrobotnych inteligentów w schronisku wysokogórskim. Jakież tedy było moje zdziwienie, gdy się później okazało, że tylko młodziutki Stefan studiował na uniwersytecie w Hamburgu, a pozostali dwaj – rosły Hans i przysadzisty Otto – pracowali w warsztatach mechanicznych w Disseldorfie. Zaczęliśmy rozmowę po rosyjsku (wszyscy trzej posługiwali się z trudem topornym i przeraźliwie niemelodyjnym rosyjskim ze sporą domieszką ukraińskiego), ale po paru minutach przeszliśmy na niemiecki i wdrapałem się do nich na górną pryczę, żeby się lepiej odgrodzić od huczącej w baraku czarnej giełdy.

Wszyscy trzej należeli przed puczem hitlerowskim do niemieckiej partii komunistycznej, ale nie znali się nawzajem, mimo że Hans i Otto pracowali przecież w tym samym mieście. Po pożarze Reichstagu partia, przeżarta prowokacją i rozkładająca się na oczach milionów własnych członków, wysłała ich za granicę; cel ucieczki mógł być tylko jeden – przybrana ojczyzna Dymitrowa, w owym czasie także przybrana ojczyzna wszystkich komunistów świata. Szli do niej różnymi drogami: Hans przez Danię, Szwecję i Finlandię, Stefan i Otto przez Paryż, Włochy i Bałkany. Przerzucani gładko z kraju do kraju, podziwiali sprawność europejskich organizacji komunistycznych, a w czasie długich godzin nocnych, spędzanych na coraz to nowych kwaterach, śnili na jawie pospołu z przygodnie napotykanymi towarzyszami obraz ojczyzny proletariatu światowego taki, jakim go pamiętali z ilustrowanej bibuły partyjnej i opowiadań wysłanników stamtąd. Niedzielne szkółki partyjne odbywały się w pierwszym roku terroru w Niemczech zazwyczaj za miastem, toteż w ich wspomnieniach wszystko, co dotyczyło Rosji, skojarzyło się mimo woli z dojrzałym pięknem lasów, pól i rzek, z leniwym dosytem sadów i napęczniałych piersi dziewczęcych kołyszących się nad głowami wpatrzonymi w niebo, z powolnym przepływaniem obłoków wiosennych i przyjemnym zmęczeniem całego ciała, gdy się powłócząc nogami wraca pod wieczór do miasta z wycieczki na skraj dalekiego horyzontu.

Otto i Hans spotkali się w roku 1936 w charkowskiej fabryce maszyn, Stefan zaś próbował w tym czasie studiować w Kijowie. Ich pierwsze wrażenia nie były podobne do marzeń ze szkółek niedzielnych, ale wiele jeszcze rozczarowań można było wówczas położyć na karb pierwszych przeszkód w aklimatyzacji i nieśmiertelnego okrążenia kapitalistycznego. Otto i Hans pracowali ciężko, zarabiali nieźle i mieszkali znośnie, a wieczorami – gdy poznali już na tyle język – rozkoszowali się w świetlicy fabrycznej wysokim poziomem referatów z „politgramoty”. Pierwsze próby odżywek w „swobodnej dyskusji” ostudziły nieco ich zapał; Otto wymykał się teraz często po pracy na piwo i bilard, a Hans zaczął odprowadzać do domu młodą robotnicę ukraińską. Co ich obu w tych „swobodnych dyskusjach” uderzyło i zaskoczyło, to kłamstwa, jakie głoszono nieustannie na temat stopy życiowej na Zachodzie. Kiedy Hans próbował raz w dyskusji wyjaśnić, że „niewola kapitalistyczna na Zachodzie polega na czymś zupełnie innym”, osadziło go z miejsca ostre pytanie referenta, „czyby przypadkiem towarzysz przedmówca nie miał ochoty wrócić tam, skąd przyjechał, lub przemyśleć wszystkiego od nowa”. Nie wiedział jeszcze, co oznacza owo „przemyślenie wszystkiego od nowa”, wypowiedziane tak osobliwym tonem pogróżki, i nie miał ochoty „wracać tam, skąd przyjechał”. Słuchał więc odtąd w milczeniu i szukał wzrokiem w tłumie słuchaczy młodej robotnicy, która raz przy pożegnaniu wspięła się na palce i powiedziała mu na ucho, że lepiej „nie rassuż-daj, kogda dokładywajut czleny prawitielstwa”; zwykłe miejsce Ottona na odczytach świeciło dalej pustką. W połowie roku 1936 Hans ożenił się z młodą Ukrainką, wyprowadził się ze wspólnego pokoju i zamieszkał przy rodzinie żony. W tym czasie padło po raz pierwszy to słowo. Na ślubie swego towarzysza, po kilku toastach starych majstrów, zupełnie już pijany Otto wstał, podniósł szklankę wódki do góry i rozkraczywszy krótkie nogi jak zdyszany byk, krzyknął głośno: „Niepobiedimyj Sowietskij Sojuz jest dreck”. Zebrani wzięli widać to jędrne słowo za coś w rodzaju niemieckiego „urra!”, bo trąciwszy się szklankami, przytaknęli „prawilno!”, ale Hans wypchnął Ottona za drzwi i szybko odprowadził do domu. Stefan nie studiował jeszcze wprawdzie w Kijowie, ucząc się ciągle języka, był już natomiast honorowym członkiem komitetu studenckiego i cenionym mówcą na mityngach międzynarodowych.