Выбрать главу

Nadszedł wreszcie pamiętny rok trzydziesty siódmy. Wielka Czystka zbliżała się jak nadciągająca burza, lecz wyładowywała się na razie krótkimi spięciami błyskawic i dalekim odgłosem gromów za siedmioma górami i rzekami. Nie dawano wiary dziwnym pogłoskom, sprzecznym wiadomościom i tajemniczym listom z Moskwy lub Leningradu. Wezbrana fala przerwała jednak wreszcie stawidła rosyjskiego upustu i wdarła się z ogłuszającym hukiem na Ukrainę, zabierając po drodze kogo popadło, jak powódź unosząca dachy, belki stropów i wiązań, puste ramy okienne, meble i stogi siana. Ludzie przychodzili do biur, urzędów, fabryk, uczelni i domów z jednym jedynym pytaniem na ustach: „Kogo siegodnia bierut?” Rychło przecież wzburzony nurt powodzi został uregulowany i biegł już tylko wzdłuż wyznaczonych grobli. Na pierwszy ogień poszli cudzoziemcy. Ottona zabrano z fabryki, Stefana z uniwersytetu, a Hansa z domu. Wyszedł nie uścisnąwszy przerażonej żony i płaczącego niemowlęcia i mimo wysyłanych ustawicznie listów nie otrzymał już od nich nigdy żadnej wiadomości.

Śledztwo było monotonne i kręciło się całymi miesiącami wokół zarzutu szpiegostwa. Hansa i Stefana bito tylko parę razy i stosunkowo niegroźnie, Otto natomiast miał odbite od kopania wnętrzności i wyłamane zęby za swój pijacki „dreck”. W pierwszych miesiącach 1939 roku umieszczono pięciuset siedemdziesięciu komunistów niemieckich w osobnym skrzydle jednego z więzień moskiewskich (mimo największych wysiłków pamięci nie jestem w stanie sobie przypomnieć, czy Hans mówił o Łubiance, czy o Butyrkach) i tam we wspólnej celi Hans i Otto poznali i przygarnęli wystraszonego Stefana.

Była to już chyba pierwsza połowa września, bo dozorca donosił im codziennie z zachwytem o zwycięskim pochodzie armii niemieckiej w Polsce, gdy z przyległej celi wystukano pewnego popołudnia, że jeden z więźniów znalazł w wychodku kawałek gazety z tekstem paktu sowiecko-niemieckiego. Wiadomość poszła dalej i wróciła wkrótce z decyzją – od następnego dnia rano głodówka z żądaniem, aby do więzienia przyszedł ambasador niemiecki w Moskwie, przedstawiciel ich zaprzyjaźnionej ojczyzny. Rosjanie wytrzymali tę grę tylko tydzień. Przed zakończeniem głodówki delegacja komunistów niemieckich, po jednym z każdej celi, wyszła na spotkanie z wysłannikiem hr. Schulenburga. Stawiali tylko jeden warunek: że nie będą ukarani za komunizm i nielegalną ucieczkę z kraju. Reszta była im najzupełniej obojętna, mogą być nawet natychmiast po przekroczeniu granicy wcieleni do Wehrmachtu. W czasie tej głodówki, w której Żydzi niemieccy i niektórzy rdzenni Niemcy wzięli udział na znak solidarności, wypowiadając się jednak przeciwko własnej repatriacji, władze sowieckie nie zastosowały żadnych środków represji. Rokowania rosyjsko-niemieckie trwały parę miesięcy, a zbuntowany pawilon cieszył się tymczasem zwiększonymi i polepszonymi racjami jedzenia i codziennymi spacerami na dziedzińcu więzienia. Wreszcie ta sama delegacja została wezwana, aby wysłuchać decyzji. Rosjanie zgadzali się w zasadzie na repatriację byłych komunistów niemieckich, rezerwując sobie jedynie prawo zatrzymania kilkudziesięciu w Rosji według własnego uznania. Urzędnik niemiecki dodał, że powtórna głodówka do niczego nie doprowadzi, ponieważ ambasada zaakceptowała warunki rosyjskie. Strajkujący nie mieli więc wyboru i zgodzili się również. W grupie tych kilkudziesięciu zatrzymanych przez władze sowieckie znaleźli się Hans, Otto i Stefan. W styczniu 1940, w innej już celi, odczytano im wyroki dziesięcioletnie, a w lutym posłano ich etapem do Jercewa. O szczęśliwych pięciuset, do których uśmiechnął się los, nic nie wiedzieli.

Gdy Hans skończył swe opowiadanie, zapytałem – zwróciwszy się do wszystkich trzech – czy sądzą, że istotnie niemieckie obozy koncentracyjne są lepsze od sowieckich obozów pracy. Hans wzruszył ramionami i odmruknął coś lekceważąco, lecz Stefan zdawał się mieć pewne zrozumienie dla tego punktu widzenia. Wówczas milczący dotąd Otto podniósł swój olbrzymi łeb, przeszył go zimnym spojrzeniem maleńkich ślepi i powiedział prawie dosłownie: Du hast eine Lust zu philosophieren, Stefan, aber Heimat ist immer Heimat, und Russiand wird immer ein Dreck sein. Zrezygnowałem i ja z tego „filozofowania”. W sytuacji, w jakiej znajdowaliśmy się wszyscy czterej, mówić im o potwornościach hitleryzmu znaczyłoby tyle, co tłumaczyć trzem szczurom uwięzionym w potrzasku, że najbliższa dziura w podłodze prowadzi do takiej samej pułapki.

Następnego dnia o świcie poszli do Niandomy. Stefan spostrzegł mnie przed bramą w tłumie więźniów ustawiających się brygadami do wymarszu za zonę i podniósłszy rękę, krzyknął: Auf Wiedersehen, mein Freund! W kwietniu otrzymałem od Hansa list, który przechowuję do dzisiaj. Stefan – pisał – war hier auf allgemeiner Arbeit. Mir, Hans, ist es allerdings gelungen, hier als Maschinist zu arbeiten. Otto ist noch auf allgemeiner Arbeit im Sagewerk beschalftigt. Wir bekommen nicht einmal von unseren Angehorigen aus der S.S.S.R. Post. Wie traurig sieht hier oben im Norden der Frihling aus, und besonders unter den Bedingungen, unter den wir hier leben.

Do roku 1947 byłem przekonany, że ta opowieść jest prawdopodobna aż do miejsca, w którym Rosjanie z pomocą ambasady niemieckiej w Moskwie rozbili strajkujących komunistów niemieckich na kilkanaście grup przemieszanych na nowo więźniów i każdą z nich „zatrzymali według własnego uznania” w innym więzieniu sowieckim. W Londynie jednak usłyszałem z ust bezpośredniego uczestnika, pana C., wybitnego komunisty wiedeńskiego i towarzysza młodzieńczych walk Koestlera, epilog tej historii, jaki rozegrał się zimą 1940 roku na moście w Brześciu nad Bugiem – a w rok potem potwierdziła go także książka Margaret Buber-Neumann. Nocą przez most na Bugu przeszła na tamtą stronę gromada komunistów niemieckich, którzy bez łuku tryumfalnego odbywali drogę powrotną do Ojczyzny, aby po wszystkich doświadczeniach sowieckich żyć na Zachodzie bez zmian.

Nie było wśród nich moich trzech towarzyszy. Opierających się Żydów niemieckich NKWD dostawiało siłą w ręce Gestapo. Pan C. zbiegł za Bugiem z transportu i ukrywał się przez całą wojnę w Polsce.

Ręka w ogniu

… że zaś zupełnie bez nadziei żyć nie można, znalazł rozwiązanie w dobrowolnym, prawie sztucznym męczeństwie.