S. chory był na pelagrę i leżał w szpitalu od dwóch miesięcy, ale jestem pewien, że gdyby nie układ sowiecko-niemiecki i fakt, że nie był przecież Niemcem urodzonym w Rosji, lecz (nominalnie przynajmniej) obywatelem niemieckim – już dawno by nie żył. Kiedyś, nachyliwszy się do mnie, powiedział mi na ucho: „Za pół roku wybuchnie wojna i ci dranie zapłacą nareszcie za wszystko”.
Wojna wybuchła trochę wcześniej, ale zapłacił za nią w pierwszym rzędzie S. Mimo ostatniego stadium cyngi wyrzucono go ze szpitala, bez oględzin lekarskich nawet, 23 czerwca i posłano etapem wraz z Niemcami usuniętymi z biur obozowych do karnej Aleksiejewki Drugiej. Widziałem go na wartowni, gdy formowano etap. Stał – podtrzymywany przez dwóch Niemców nadwołżańskich – w podartych łachach, niechlujnie sznurkami obwiązanych butach, drżący z zimna, przerażony i blady. Nie pozostało w nim nic z dawnej pewności siebie i pogardliwej wyższości wobec otoczenia. Pelagra w ostatnim stadium wywołuje nie tylko zmiany organiczne w postaci wypadania włosów i zębów czy gnicia całego ciała, ale i zmiany psychiczne – depresję, melancholię, przewlekłe stany lękowe. S. wyglądał jak kupa pozlepianych naprędce i powiązanych szmatami ochłapów ludzkich i przysiągłbym, że się rozsypie na oczach wszystkich, kiedy obaj towarzysze puszczą jego ramiona. W jego oczach, tak niegdyś natarczywych i zimnych, malowały się strach i uniżoność. Mówiono mi potem, że nawet nie doszedł do Drugiej Aleksiejewki. Etap, gnany pieszo dwadzieścia pięć kilometrów, zostawił go w lesie na dziesiątym kilometrze wraz ze starym Niemcem z biura rachmistrzów i jednym konwojentem. Nikt ich już nigdy nie spotkał, ale pozostali więźniowie z etapu upierali się później w Aleksiejewce, że uszedłszy nie więcej niż kilometr, usłyszeli dwa kolejne wystrzały, które gruchnęły w lesie echem jak nagły grzmot.
Istniały obozy, w których z pozycją lekarza związane były wyjątkowe przywileje. Pomijając już możliwość brama okupu za zwolnienie od pracy, lekarze obozowi mieli wolny dostęp do kuchni szpitalnej i do apteczki. Każda kobieta w obozie pragnęła znaleźć się w szpitalu, jeść trochę lepiej, a w nocy odwiedzać w zamian za to lekarza w jego dyżurce oddziałowej; każdy „urka”, wzbogacony trochę łupiestwem na politycznych, zapłaciłby najbardziej wygórowaną cenę za odrobinę spirytusu z apteczki, trochę waleriany, na której robiono nalewki z wyschniętych skórek od chleba, i chlorohydrat, który zastępował haszysz, opium i morfinę, wprawiając narkomanów obozowych w stan krótkiego odrętwienia. W takich obozach lekarze stanowili elitę niedoścignioną w swym stylu życia, możliwościach, a często nawet i orgiach; im lepiej zorganizowana była w obozie mafia doktorska, tym więcej było powodów, aby przypuszczać, że należy do niej na prawach wyższego udziału w łupach lekarz wolny, który sam był niegdyś również więźniem.
Wśród ludzi wolnych, zatrudnionych przez GUŁAG w administracji obozów sowieckich, wielu było dawnych więźniów. Większość lekarzy, inżynierów, urzędników i techników otrzymywała natychmiast po ukończeniu wyroku albo drugi wyrok, albo propozycję pozostania w obozie na nie najgorzej płatnych posadach, z którymi związane były z reguły dwu- lub trzypokojowe mieszkania w pobliskim miasteczku. Taka forma kompromisu przynosiła korzyści obu stronom, toteż rzadko się zdarzało, żeby spotkała się z odmową. Po latach pobytu w obozie przeciętny więzień odwykał na tyle od wolności, że myślał o niej z pewnym lękiem jak o sytuacji, w której będzie musiał znowu żyć w stanie wiecznej czujności, śledzony przez przyjaciół, krewnych i kolegów, z góry narażony na podejrzenia po odsiedzianym dopiero co wyroku; w pewien sposób również obóz stawał się jego drugim życiem – znał jego prawa, obyczaje i przepisy, poruszał się w nim swobodnie, wiedział, jak się w nim żyje i unika niebezpieczeństw, lata spędzone za drutami przytępiały jego wyobraźnię i marzenia o wolności kierowały nie tyle ku rodzinnemu Kijowowi czy Leningradowi, co ku otwartej przestrzeni za zoną i małemu miasteczku, w którym wieczorem zapalały się światła, a w dzień bawiły się w śniegu dzieci; jeśli zaś nie miał do kogo wracać, jeśli w ciągu tych lat więziennych opuścili go najbliżsi – decyzja była tym łatwiejsza. Obóz zaś zyskiwał dobrego pracownika, obeznanego z życiem i nawykami więźniów, lojalnego, bo mądrzejszego o własne doświadczenia więzienne, przykutego już na zawsze do dawnej galery; NKWD miało też swoje powody, aby popierać te kontrakty pracy, zawierane przecież przez prześladowanych z dawnymi prześladowcami – ułatwiało to bowiem lokalizowanie infekcji obozowej do promienia najbliższych kilkudziesięciu kilometrów, dostarczało wytrawnych donosicieli i nadawało obozom pozory normalnych instytucji poprawczych, w których każdy więzień mógł codziennie oglądać jednego ze swych dawnych towarzyszy, nagrodzonego wolnością za sumienną pracę i wychowanego na pełnoprawnego obywatela Związku Sowieckiego.
Dla nas jednak, patrzących na to w inny sposób, ludzie wolni, którzy byli niegdyś więźniami, stanowili zjawisko bolesne i trudne do zniesienia. Dzięki nim obóz nabierał cech przeznaczenia, od którego nie ma ucieczki. Wydawało nam się, że już nic nie jest w stanie ocalić nas od losu ludzi przywiązanych na zawsze do miejsca niewoli. Świat kurczył się niepokojąco do najbliższego horyzontu, jaki można było dosięgnąć własnym wzrokiem. Przyglądaliśmy się ludziom wolnym – naszym dawnym niegdyś towarzyszom – z takim uczuciem, jakie musiałby przeżyć wierzący katolik, gdyby się nagle przekonał na własne oczy, że życie pozagrobowe niczym się nie różni od życia doczesnego: jest także nieprzerwanym pasmem cierpień, udręk i upadków. A przecież gdyby nadeszła dlań taka sama chwila wyboru, co drugi więzień – z wyjątkiem może cudzoziemców, którzy nigdy nie mogli się pogodzić z myślą o wiecznej niewoli – ugiąłby się przed groźbą ponownego ryzyka powrotu do przeszłości, wybierając tę formę pół- lub nawet ćwierćwolności, mniej wprawdzie obiecującą, ale też i mniej narażającą na rozczarowania.
Wbrew temu, co można by przypuszczać, dawni więźniowie odnosili się do ludzi za drutami z jeszcze większą bezwzględnością i surowością niż ludzie naprawdę wolni. Czy nienawidzili w nich swej przeszłości, czy chcieli pozyskać sobie tą przesadną niekiedy gorliwością zaufanie przełożonych, czy wreszcie długie lata pobytu w obozie nauczyły ich cynizmu i okrucieństwa – dość że więźniowie nie mieli co szukać względów u ludzi, którzy dzielili z nimi niegdyś prycze w baraku. Istniała natomiast jedna dziedzina życia obozowego, w której dawni więźniowie wykazywali nie tylko wyrozumiałość, ale także pomysłowość i przedsiębiorczość: chętnie wespół z brygadierami, dziesiętnikami lub lekarzami obozowymi wykorzystywali wszelkie możliwości wyciśnięcia ze swego uprzywilejowanego stanowiska pewnych zysków. Wszystkie formy przekupstwa w obozie opierały się na współudziale byłych więźniów. „Tufta” przy obliczaniu normy miała pewne szansę powodzenia, jeśli wolnym dziesiętnikiem był dawny więzień. Przedłużenie pobytu w szpitalu zależało w dużym stopniu od tego, czy wolnym lekarzem był dawny więzień, toteż mafie doktorskie w obozach – ciągnące niekiedy poważne zyski z okupów od więźniów i ze sprzedaży „urkom” namiastek alkoholowych lub obracające oddziały kobiece w szpitalach w rodzaj haremów – działały tym sprawniej, im bardziej mogły polegać na milczącym przyzwoleniu wolnego lekarza, który za swych więziennych czasów nauczył się uważać obóz za stan bezprawia uświęconego zmową silniejszych.