Выбрать главу

* To powiedzonko, bardzo popularne w Rosji wśród starych komunistów, cytuje również za Mein Leben Trockiego Isaac Deutscher w książce o Stalinie.

Po ukończeniu sianokosów brygadę 57. odesłano na tak zwaną birżę drzewną, gdzie do południa piłowała kloce dla gatrów tartacznych, a resztę dnia ładowała jodły masztowe na otwarte wagony. Zaczął się w moim życiu okres bardzo ciężki. Organizm, zahartowany zastrzykiem witamin na sianokosach, miast uodpornić się przeciwko dalszym trudom, zareagował ostrą cyngą. Wszystkie zęby chwiały mi się w dziąsłach jak w miękkiej plastelinie, na udach i nogach poniżej kolan wystąpiły ropiejące czyraki, tak bolesne i zagnojone, że nie zdejmowałem już w nocy spodni, żeby ich nie odrywać od ran, i spałem w tych zaschniętych watowanych ochraniaczach, podłożywszy sobie pod pięty zwinięty w rulon buszłat; wieczorem poczciwy Ałganow prowadził mnie do zony za rękę jako nowego „kurzego ślepca”. Praca na birży wydawała mi się ponad ludzkie siły, choć przecież po stachanowskich wyczynach na bazie powinienem był uważać ją za swego rodzaju odpoczynek. Ziębłem na deszczu i lodowatym chłodzie, szczękając wypadającymi zębami, chwytałem się po każdych paru pociągnięciach piły za serce uwięzłe w krtani, upadałem coraz częściej pod jodłami masztowymi ku cichej i cierpliwej rozpaczy Sadowskiego, zaprzęgniętego na przedzie. Sadowski nie wytrzymał jednak również długo, choć zareagował na nowe cierpienie nie cyngą, ale obłędem głodowym. Wtedy to właśnie wyrwał mi na opustoszałym pomoście przed kuchnią blaszankę z zupą. Przysiągłbym, że mnie nie poznał, mimo że patrzył mi prosto w twarz szeroko rozwartymi, zaropiałymi oczyma. Wybaczyłem mu wówczas, wybaczam mu tym bardziej i teraz – jemu lub jego trupim szczątkom. Znalazł się poza zasięgiem działania czarodziejskich zaklęć swojej młodzieńczej wiary, tam gdzie logiczny umysł człowieka nie panuje już nad zwierzęcymi odruchami ciała.

Do wszystkich tych udręk dołączyła się największa: amnestia omijała mnie z niepojętym uporem. Codziennie wieczorem szedłem, brodząc po omacku przez zonę, do baraku „pieriesylnego”, gdzie zatrzymywały się na noc transporty Polaków, spieszące z innych „łagpunktów” na wolność. W dzień porzucałem robotę, ilekroć na birży pojawiał się podoficer z Drugiego Oddziału z kartką papieru w ręku, aby mu się nasunąć przed oczy – zapomniany, a może nawet skreślony przez omyłkę z listy żywych. Gdyby nie Machapetian, załamałbym się w tych dniach męczącej niepewności. Tylko on jeden był niestrudzony w pocieszeniach, przynosił mi wieczorem zupę z kuchni, suszył mi onuce, wysłuchiwał z nie słabnącym zainteresowaniem teorii polityczno-wojskowych, które mi zaszczepił Sadowski, wypytywał o poglądy na dalszy bieg wojny, chwalił za obiektywizm w ocenie potencjału gospodarczo-wojskowego Rosji, gładził dobrotliwie po ogolonej głowie, gdy byłem bliski rozpaczy, zabierał na szachy do baraku technicznego. O, był mi bratem, a może nawet więcej, bo bratem i przyjacielem w jednej osobie. Musiałem jednak i ja wysłuchiwać jego opowieści o „dawnych dobrych czasach”, gdy jako zastępca komisarza przemysłu lotniczego Ormiańskiej SSR cieszył się przyjaźnią „samego Mikojana”.

W listopadowy wieczór wracałem ostrożnie po wyślizganych gołoledzią deskach do baraku, gdy zatrzymał mnie przed szopą rzemieślników obozowych jakiś niski więzień. Wieczory jesienne nie są tak ciemne jak zimowe, toteż „kurza ślepota” polega wtedy raczej na niepewnym błądzeniu niż na bezradnym szamotaniu się w niewidzialnych sidłach nocy. Poznałem go, jeszcze zanim wprowadził mnie do swojego warsztatu; widywałem parę razy tego starego szewca ormiańskiego u Machapetiana, gdy w dni swoich świąt szeptali cicho w obcym języku. Uchodził w obozie za człowieka niezmiernie uczciwego i mówiono nawet, że nie przyjmuje chleba za naprawę butów naczelnikowskich. Usadowiwszy mnie na niskim zydlu szewskim, upewnił się, że za przepierzeniem nie ma już ani jednego krawca, i przyglądał mi się długo w milczeniu.

– Słuchaj – powiedział wreszcie – czy to prawda, że ty rozpowiadasz w obozie o zwycięstwie Rosji?

– Tak – odpowiedziałem – a bo co?

– Jest taka rzecz – przysiadł się do mnie – wiesz, że dyżurka „upołnomoczennoj” (Struminej) przylega do tamtego rogu baraku, gdzie pracują krawcy?

– Wiem – odpowiedziałem, tknięty po raz pierwszy złym przeczuciem.

– Otóż – ciągnął dalej stary szewc – mój znajomy krawiec wydłubał w ścianie dziurę między belkami. Zasłania ją w dzień płytką tynku, a w środę wieczorem słucha, o czym rozmawia Strumina z kapusiami. Wczoraj zawołał mnie, ale nie tylko dlatego, że była mowa o tobie…

– O mnie?

– Tak, o tobie. Strumina zapytała najpierw, jakie są nastroje w obozie. Kapuś odpowiedział, że z wyjątkiem paru „czestnych grażdan Sowietskogo Sojuza”, którzy dopiero w obozie zrozumieli swoje błędy, wszyscy pragną zwycięstwa Niemiec. „To zrozumiałe – odpowiedziała Strumina – a kak etot Polacziszka?” Kapuś przyszedł tu właśnie po to, żeby powiedzieć, że „etot Polacziszka Grudzinskij” jest zupełnie innego zdania. „Nic dziwnego – odparła Strumina – zawarliśmy przecież układ z rządem polskim i ogłosiliśmy amnestię”. Kapuś nie dał jednak za wygraną. Wszyscy Polacy przecież, mimo że wychodzą na wolność, mówią w „pieriesylnym” szeptem o klęsce Rosji i pragną jej równie gorąco, jak ci, co zostają w obozie. „Więc co?” – zapytała Strumina. Otóż to, że ten Grudzinskij nie jest na pewno zwykłym studentem, za jakiego się podaje, ale trockistą albo kimś bardzo znacznym, „sotrudnikom Becka”. O, bo wy nie wiecie, grażdanko Strumina, jak on rozumnie „tołkujet po politiczeskim diełam”. „Jest umowa z Sikorskim” – wahała się Strumina. Zapewne, ale w każdej umowie są zastrzeżenia i klauzule. Wypuśćcie go tylko na wolność, a zobaczycie, co będzie, jeżeli go wyślą do Ameryki. Czy nie lepiej „zadzierżat' go w łagierie do Osobogo Sowieszczanija NKWD w Moskwie i razobłaczit' kak szpiona?” „Zobaczymy” – przecięła Strumina.

– Słuchaj – rzuciłem się ku niemu bez tchu – czy nie można było przez tę szparę zobaczyć, kto to był?