Выбрать главу

Okienko mojej celi wychodziło na zonę i przytknąwszy twarz do zimnej kraty, mogłem ogarnąć wzrokiem część baraków z kuchnią i łaźnią. Obok mnie, w sąsiedniej celi, umieszczono policjanta ze Śląska T., prostolinijnego i uczciwego człowieka o szerokiej, trochę mongolskiej twarzy, który z nie znanych nam bliżej powodów ukrywał w obozie swe prawdziwe nazwisko i zawód, uchodząc powszechnie za górnika, i był jednym z najlepszych w Jercewie „lesorubów”. Cela T. – połozona po mojej prawej ręce, gdy stałem twarzą do okna – przylegała do celi pani Z., a przez nią do cel pozostałych głodujących; po mojej lewej siedział elektrotechnik z Rostowa nad Donem, Gorbatow, który znalazł się w izolatorze za obrazę wolnego urzędnika w elektrowni jercewskiej. Okienko T. za narożnikiem wychodziło na drogę prowadzącą z miasta do obozu, część domów mieszkalnych w Jercewie i odgałęzienie drogi w kierunku centralnego izolatora. Moja cela była tak niska, że mogłem dosięgnąć sufitu ręką, i tak wąska, że jednym dużym krokiem przechodziłem od ściany T. do ściany Gorbatowa. Połowę przestrzeni na długość zajmowały dwie prycze – dolna i górna – zbite z nie heblowanych desek i zwrócone wezgłowiami w stronę okna. Na górnej pryczy nie sposób było usiąść, nie dotykając zgiętymi plecami pułapu celi, na dolną natomiast wchodziło się ruchem nurka głową do przodu, a wychodziło odpychając – jak pływak na mieliźnie – ciało rękami od desek. Odległość pomiędzy krawędziami pryczy a drzwiami, obok których stał kibel, wynosiła nie więcej niż pół normalnego kroku. Wybrałem więc po namyśle górną pryczę (chociaż szedł na nią przejmujący chłód z otwartego okna, nawiewając w pobliżu parapetu cienką warstewkę śniegu), bo była przestronniejsza, a spacer na skrawku gołej ziemi o wymiarach krok na pół kroku groził obłędem. Obie boczne ściany z czerwonej cegły pozwalały porozumiewać się stosunkowo swobodnie z sąsiadami, i to nawet nie za pomocą stukania, ale głośnym szeptem po przytknięciu ust do szpar, z których wypadały kawałki skamieniałego wapna. Przed odejściem na obiad Zyskind sprawdził jeszcze raz drzwi celi. Zazgrzytał klucz w zamku, odchyliła się zastawka,Judasza” i miękki chód walonek oddalił się powoli, tonąc w lodowatej ciszy.

Pierwszy dzień spędziłem na oglądaniu celi i zony przez małe okienko nad górną pryczą. Dziwne było patrzeć na towarzyszy więziennych, spieszących do baraków, zatrzymujących się na ścieżkach, pozdrawiających się z daleka – z okna więzienia w więzieniu: wydawali się nieomal ludźmi wolnymi. Ale nie zazdrościłem im. Po tylu miesiącach życia stadnego samotność była znowu – jak niegdyś w szpitalu – świeżym i orzeźwiającym uczuciem. Było mi przeraźliwie zimno, nie odczuwałem jednak głodu. Gdzieś na dnie świadomości czaiła się iskra dumy, jak gdybym już posiadł był wywalczoną z trudem wolność. Tysiące ludzi walczy na świecie o różne sprawy, nie wiedząc, że nawet możliwość klęski ma w sobie coś pokrzepiającego i zdobywczego, jeśli przybiera postać męczeństwa. Ludzie pokonani w walce o coś, w co wierzą, biorą na siebie z ochotą męczeństwo jak gorzką nagrodę swej samotności. Rzecz jednak w tym, że mało jest takich, u których wytrwałość ciała dorównywa sile wiary. Zaraz bowiem pierwszego dnia wieczorem, gdy w mojej celi zapaliła się żarówka i posłyszałem dobiegający z zony brzęk kociołków, poczułem nagle głód i nieokreślony strach i od tej chwili – mimo że nie przyjmowałem nawet wody – oddawałem aż do końca głodówki mocz po parę razy w ciągu dnia i nocy.

W nocy spałem źle, budziłem się często i miałem sny tak zagadkowe, nieuchwytne i nie powiązane, że mimo rozpaczliwych wysiłków nie byłem w stanie przypomnieć ich sobie już w chwilę po przebudzeniu. Trzęsąc się z zimna, wcisnąłem się w róg górnej pryczy jak najdalej od okna, podkurczyłem nogi, tak że dotykały kolanami brzucha, schowałem prawie całą głowę pod buszłatem i ukryłem dłonie w rękawach. W tej pozycji mogłem uleżeć na jednym boku nie dłużej niż godzinę, ale ponieważ wydała mi się najrozsądniejsza i najlepiej chroniła od chłodu, nie zmieniłem jej już do końca pobytu w izolatorze. Nazajutrz głód ustąpił, wzmogło się natomiast poczucie samotności. Zwlokłem się z pryczy i przez parę chwil poruszałem się dla rozgrzewki na małym skrawku ziemi, zacinając się w boki rękami. Kiedy poczułem nareszcie, że krew zaczyna żywiej krążyć w zdrętwiałych częściach ciała, zapukałem do celi T.

– Jak się czujesz? – zapytałem.

Za ścianą rozległ się głośny łomot jakby upadającego ciała, potem ostrożny chrobot w szparze i wreszcie spokojny głos odpowiedział:

– Piekielnie zimno, ale idzie wytrzymać. A ty?

– Dobrze. Co z resztą?

– Nie odpowiadają.

Zrobiłem krok do przeciwległej ściany i zapukałem znowu.

– Jak długo siedzisz, Gorbatow?

– Pięć dni. Jeszcze mam drugie tyle.

– Ciężko?

– Głodno. Żreć ochota, a chleba dają na jeden ząb. Ty z tą głodówką zwariowałeś. Nie wytrzymasz…

– Nie twoja sprawa…

Przysiadłem na brzeżku dolnej pryczy, wpatrując się bezmyślnie w kibel. Ale Gorbatow okazał się rozmowniejszy od T.

– Wiesz, kto obok mnie siedzi?

– Trzy siostrzyczki za wiarę.

– Niemożliwe!

– Tak, tak. Śpiewają i modlą się. Próbowałem z nimi rozmawiać, ale nie odpowiadają. Prawiczki – zaśmiał się i zakrztusił jednocześnie kaszlem.

Jak przez mgłę przypomniałem sobie opowiadaną w zonie szeptem historię trzech sióstr zakonnych, z pochodzenia Węgierek, których nikt z nas nie widział na oczy. Mówiono, że przyszły do jercewskiego izolatora etapem z Niandomy, gdzie odsiadywały wyrok od roku 1938. Pracowały w Niandomie uczciwie do jesieni 1941 i nagle któregoś dnia odmówiły wyjścia z zony, nie chcąc „służyć Szatanowi”. Wśród więźniów w Jercewie mówiło się o tej sprawie dużo, ale w październiku cała sprawa ucichła i byłem przekonany, że trzy zakonnice albo już od dawna nie żyją, albo siedzą w centralnym izolatorze. Gdyż stan wojenny nadawał ich tajemniczemu szaleństwu cechy samobójstwa.

Z celi T. rozległo się pukanie.