Przeleżeli obok siebie całą noc na pryczy, rozmawiając cicho, a następnego dnia Sasza poszedł etapem do Niandomy. Potem widywaliśmy znowu codziennie starego Pamfiłowa, pracowitego i cierpliwego, jak gdyby wdzięczny był obozowi za to, że pojednał go z synem.
Pod wieczór, gdy zbliżał się czas głównego posiłku, rozchodziliśmy się do baraków i rzadko już wychodziliśmy z nich na powrót do znajomych. Ostatnie godziny dnia świątecznego upływały nam na opowiadaniach i rozmowach we własnych barakach. Leżeliśmy na pryczach bliżej siebie niż zazwyczaj, zasłuchani w czyjąś opowieść lub rozmawiając szeptem, w atmosferze intymności, jaką wytwarza niewola, gdy codzienna walka o byt nie wznosi pomiędzy więźniami przegrody nieufności i instynktownej wrogości.
O tej porze było w naszym baraku przyjemnie i prawie domowo. Pod glinianym okapem, na którym suszyły się onuce i walonki, palił się trzaskający ogień, rzucając chwiejne odblaski płomienia na chropowate twarze więźniów. Przy stołach grano w warcaby lub w kości, a z kątów i z dolnych prycz dochodziły przytłumione setkami głosów dźwięki gitar i harmonii. Nawet głód zdawał się nie atakować w tym dniu ofiar. Na wszystkich twarzach malowała się ulga, jak gdyby nagle wiry zamieci uniosły się kłębami śniegu w górę i zderzywszy się gwałtownie nad dachami baraków, pozostawiły w dole martwe pole jeśli nie ostatecznego spokoju, to przynajmniej krótkiego wytchnienia.
Przez parę z rzędu dni świątecznych co najmniej połowa naszego baraku przysłuchiwała się uważnie i bez najmniejszych oznak znudzenia opowiadaniu Fina z 42. brygady, Rusto Karinena, o jego nieudanej próbie ucieczki z obozu zimą 1940 roku. Karinen przyjechał nielegalnie do Rosji w roku 1933. Jako wykwalifikowany majster metalowiec dostał natychmiast dobrze płatną pracę w Leningradzie, gdzie przebył na wolności – nauczywszy się nienajgorzej rosyjskiego – do czystki po zabójstwie Kirowa. Oskarżono go o to, że przywiózł z Finlandii tajne instrukcje dla zamachowców. Trudno o bardziej nieprawdopodobny zarzut, skoro dochodzenia w sprawie zabójstwa Kirowa – mimo że pociągnęły za sobą falę aresztowań i do dziś jeszcze uważane są przez niektórych badaczy zagadnień sowieckich za właściwe źródło Wielkiej Czystki z lat 1936-37 – nie doprowadziły nigdy do jawnego procesu i istnieją poważne przypuszczenia, że student leningradzki Nikołajew zastrzelił Kirowa z pobudek czysto osobistych. Karinen jednak, inteligentny robotnik o sporym oczytaniu i wielkim doświadczeniu życiowym, zorientował się po pierwszych paru miesiącach nieprzerwanych badań nocnych, że technika śledztwa sowieckiego polega nie tyle na ustaleniu prawdy, ile na kompromisowej ugodzie w wyborze możliwie dogodnego dla oskarżonego kłamstwa. Zgodził się więc występować jako wysłannik zagranicznej organizacji terrorystycznej pod warunkiem, że nie zażądają od niego dokładnych danych na temat mocodawców w Helsinkach i kontaktów w Leningradzie. Jego zeznanie potwierdziło więc akt oskarżenia, nie podając żadnych szczegółów – Karinen oświadczył bowiem, że nie wykonał powierzonego mu zadania. Mimo inteligentnego na ogół rozumowania, komunista fiński przeliczył się jednak w tym właśnie drobnym fakcie. Co dla niego było kompromisową fikcją, uchylającą zbędne cierpienia w sytuacji, w której nie można było marzyć o zwolnieniu, stało się po paru dniach dla sędziego śledczego wydartym z trudem strzępem prawdy i punktem wyjścia do dalszych badań. Tym razem Karinen nie zgodził się pójść ani o pół kroku dalej, co więcej – zaczął się wycofywać z poprzednich zeznań. W styczniu 1936 spędził trzy tygodnie w celi śmierci, a w lutym zupełnie nieoczekiwanie odczytano mu zaoczny wyrok skazujący na dziesięć lat. Z obozów w Kotłasie Karinen przyszedł etapem do Jercewa w połowie roku 1939.
O jego próbie ucieczki z obozu w czasie wojny rosyjsko-fińskiej mówiło się wśród więźniów jak o czymś legendarnym. Każdy więzień „planuje” w okresach lepszego nieco samopoczucia ucieczkę z obozu i stara się wciągnąć w nią najbliższych współtowarzyszy. Więcej jednak w tych „planach” jest naiwnego samooszukiwania się lub szukania iluzorycznej nadziei życia niż rzeczywistych szans i przygotowań. Zwłaszcza wśród nas, więźniów polskich, projekty ucieczek cieszyły się wyjątkową popularnością. Oprócz samego życia w obozie męczyła nas również przymusowa bezczynność, myśl o tym, że gdzieś daleko, na egzotycznych dla uszu polskich frontach, toczy się dalej wojna. Bardzo często zbieraliśmy się w jednym z baraków w zaufanym gronie dla omówienia szczegółów ucieczki, znosiliśmy znalezione przy pracy kawałki metalu, stare pudełka i odłamki szkła, z których można było rzekomo sporządzić prowizoryczny kompas, dzieliliśmy się zasłyszanymi wiadomościami o okolicy, o odległościach, o warunkach klimatycznych i właściwościach geograficznych Północy – i nikogo z nas nie zniechęciła nigdy świadomość, że jak dzieci rozgrywamy bitwy ołowianymi żołnierzami. A raczej czuliśmy wszyscy śmieszność naszych poczynań, ale nie mieliśmy odwagi głośno się do niej przyznać. W królestwie fikcji, do którego przywiozły nas z zachodu setki pociągów towarowych, każde uczepienie się własnej fikcji miało w sobie coś pokrzepiającego. Ostatecznie jeśli przynależność do nie istniejącej organizacji terrorystycznej może być zbrodnią karaną dziesięcioletnim więzieniem, to czemu spiłowany gwóźdź miałby nie być igłą kompasu, kawałek deski nartą, a skrawek papieru pokryty kreskami i kropkami mapą? Pamiętam nawet podoficera zawodowego kawalerii z Białegostoku, który w okresie szalejącego w obozie głodu znalazł w sobie dość woli, aby odcinać codziennie z racji chleba cienką kromkę i wysuszywszy ją nad piecem, chować do woreczka ukrytego w nie znanym nikomu miejscu w baraku.
Gdyśmy się po latach spotkali w wojsku na pustyni irackiej, wspominając przy butelce w namiocie więzienne czasy, zażartowałem przyjaźnie z jego,,planu” ucieczki. „Nie śmiej się – odpowiedział poważnie – przeżyłem obóz dzięki nadziei ucieczki, przeżyłem trupiarnię dzięki zaoszczędzonemu chlebowi. Człowiek nie może żyć, nie wiedząc, po co żyje”.
Opowieść naszego fińskiego towarzysza nie była zbyt pouczająca, jeśli chodzi o szczegóły techniczne, ale słuchaliśmy jej zawsze z zapartym tchem, jak gdyby czerpiąc z jego desperackiego kroku siły do dalszego przetrwania. W kącie baraku, w którym opowiadał siadłszy ze zwieszonymi nogami na górnej pryczy, panowała zupełna cisza, przerywana tylko niecierpliwymi pytaniami i okrzykami wyprzedzającymi bieg wypadków. Znaliśmy bowiem tę opowieść na pamięć, a mimo to słuchaliśmy jej ciągle z nie słabnącym zainteresowaniem. Karinen mówił wolno, płynną ruszczyzną z ledwie zauważalnym nalotem cudzoziemskim, gestykulując żywo i przerywając co parę minut dla pociągnięcia łyku chwoi. Jego małe zapuchnięte oczy zdawały się wypatrywać jeszcze teraz kierunku w samotnej wędrówce przez zasypaną śniegiem puszczę archangielską.
Postanowił uciec, kiedy wojna rosyjsko-fińska zamieniła się z krótkiej wyprawy zbrojnej w przewlekłą wojnę pozycyjną. Nie umiał dokładnie powiedzieć, co nim powodowało, czy jakiś szczątkowy odruch patriotyczny, czy nadzieja, że działania wojenne naruszyły również od strony rosyjskiej strzeżoną pilnie granicę. Znał przecież miejscowości nadgraniczne z okresu, kiedy przeprawiał się do swojej przybranej ojczyzny – byleby więc zdołał tylko przemknąć się w dzień lasami, nocując w pobliżu napotkanych po drodze wsi, przez kilkaset kilometrów pomiędzy Jeziorem Białym a południowym brzegiem jeziora Onega, tak aby dotrzeć do północnego skraju jeziora Ładoga, który w prostej nieomal linii prowadzi do granicy fińskiej. W brygadzie leśnej, w której wówczas pracował, o jego zamiarze wiedziało jedynie czterech więźniów z wydzielonego zespołu pracy. Ruszył w drogę w czasie przerwy obiadowej, nie zauważony przez nikogo z wyjątkiem najbliższych towarzyszy. Jeśli konwojent dostrzeże jego nieobecność dopiero wieczorem przy odliczaniu brygady odmaszerowującej do zony, zyska około pięciu godzin, w czasie których odbije się od miejsca pracy o co najmniej pięć kilometrów, a od obozu o jedenaście kilometrów. Ubrał się tego dnia ciepło – pod watowane ubranie więzienne włożył całą posiadaną bieliznę i ubranie z wolności, w którym zamierzał pokazywać się w napotkanych po drodze wsiach. W woreczku miał kilkadziesiąt sucharów czarnego chleba, kawał słoniny ofiarowany mu przez współwięźnia, butelkę tłuszczu roślinnego kupioną za parę butów od wolnego urzędnika i kilka cebul;
w kieszeni około dwustu rubli, których pochodzenia nie chciał nam nigdy wyjawić, i trzy pudełka zapałek. Za kompas służyło mu głębokie przeświadczenie, że „wystarczy iść ciągle w kierunku zachodnim – rano plecami, a pod wieczór twarzą do słońca”.
Pierwsze parę godzin szedł szybko, nie zatrzymując się nawet dla ugaszenia pragnienia; w marszu zgarniał tylko z pni śnieg i wilżył nim zaschnięte usta. Pod wieczór usłyszał daleki, przytłumiony odgłos paru wystrzałów. Domyślił się, że to konwojent strzela na alarm, ale wydało mu się mało prawdopodobne, aby usłyszano go w obozie. Miał więc przed sobą całą noc, pościg bowiem nie mógł wyruszyć przed świtem. Z nastaniem ciemności stracił jednak poczucie kierunku. Upatrzył sobie więc miejsce w dużym wilczym dole, wykopał w śniegu jamę wielkości człowieka, nakrył ją od góry gęsto gałęziami i skulony przesiedział tak całą noc. Na samym dnie swojej jamy, między rozkraczonymi nogami, rozniecił maleńkie ognisko i podtrzymywał jego żar, to dmąc w nie z całej siły płuc, to osłaniając je od góry zziębniętymi rękami. Nie spał, ale nie miał też poczucia jawy. Zima była w tym roku ostra i mroźna; wciągał powietrze do płuc kłującymi haustami, a gruba warstwa śniegu po bokach, dach z gałęzi, tlący się leniwie płomyk ogniska, podwójne ubranie i własny oddech dawały mu konieczne do wytrzymania minimum ciepła. I chociaż był na wolności po raz pierwszy od pięciu lat, nie odczuwał jej smaku – zaczajony, napięty, wsłuchany uważnie w tajemniczy powiew lasu. Zdawało mu się, że śni, gdy ostrożnym ruchem odrywał przymarznięte do śniegu plecy, i zapadając w krótkie gorączkowe drzemki, budził się na odgłos własnego krzyku, jak gdyby przewracał się z boku na bok na twardym wyrku pryczy. Kilkakrotnie uniósł się lekko ze swego miejsca, żeby rozprostować kości i zaciąć się zziębniętymi rękami. W pewnej chwili – blisko już chyba świtu – wydało mu się nagle, że słyszy ujadanie psów i jakieś głosy. Spiął całe! ciało do skoku, ale wszystko ucichło. Dokoła była noc – nieprzenikniona, gęsta, lodowata i wroga – noc bez granic i ratunku. Z gałęzi drzew spadały płaty śniegu, uderzając o ziemię jak tętent pościgu. Poczuł się przeraźliwie samotny i przez chwilę pomyślał o powrocie.