Выбрать главу

O świcie wypełznął ze swojej kryjówki, przemył twarz śniegiem, wyczekał, aż niebo przejaśni się na tyle, aby można było odczytać wschód słońca, i ruszył w przeciwnym kierunku. Wlókł się wolno, bolały go kości, ciało rozgrzewało się opornie, czuł na przemian gorączkę i głód. Dopiero około południa wyjął z woreczka jednego suchara, polał go tłuszczem roślinnym i odciął kozikiem kawałek słoniny – to była racja dzienna, którą wyznaczył był sobie przed ucieczką, obliczając cały zapas na trzydzieści dni. Dzień był piękny, słońce, choć biało-różowe od mrozu, zdawało się budzić przyrodę do życia. Szedł teraz raźniej, oddychając pełną piersią, wpatrzony w zielonkawy zarys gałęzi pod grubą warstwą śniegu. Mijał polany, na których olbrzymie jodły archangielskie, wydarte z grzęzawiska wichrem północnym, sterczały ku niebu rozczapierzonymi piszczelami korzeni oblepionymi zamarzniętym błotem, jak gdyby z najgłębszych wnętrzności ziemi wyciągały martwe ręce, przeraźliwie ogołocone z gnijącego ciała. Długim kijem nakłuwał przed sobą drogę, aby uniknąć wykrotów i zapadni. Co godzinę przystawał, nasłuchując uważnie, ale pościg nie nadchodził. Wyglądało na to, że psy gończe zmyliły trop; przy lekkim chodzie walonki nie pozostawiały w sypkim i suchym śniegu żadnego śladu.

Tego wieczoru wstąpiła w jego serce nadzieja i wykopawszy znowu kryjówkę w zasypanym śniegiem dole, rozpalił w niej większy niż przedtem ogień. Po raz pierwszy też, koło północy, zapadł w nerwowy sen i obudził się dopiero o świcie. Jego plan przewidywał zbliżenie się do osiedla ludzkiego po tygodniu marszu, w odległości co najmniej stu kilometrów od obozu. Czwartego wieczoru, gdy kopał jak zwykle swoją kryjówkę i zarzucał ją naciętymi gałęziami, zauważył nagle na horyzoncie łunę, a potem błyskawiczny sztych reflektoru, który przebił zasłonę nieba i cofnął się natychmiast z powrotem. Zdrętwiał z przerażenia: znaczyło to, że gdzieś w pobliżu jest obóz. Tej nocy nie rozpalił w ogóle ogniska i omal nie zamarzł na śmierć, siedząc w śniegu w buszłacie naciągniętym na głowę, z dłońmi wtulonymi w rękawy i nogami opartymi na podłożonej gałęzi. Rano podniósł się ostatnim wysiłkiem woli ze swego śnieżnego fotelu, ledwie rozprostował kości i zaczął wolno rozcierać śniegiem odmrożone części ciała. Ruszył w drogę nieco później, pocieszając się, że mija jeden z ostatnich „łagpunktów” – może Niandomę? – w odległości kilkudziesięciu kilometrów od Jercewa. Nie mógł się jednak obronić przed uczuciem niepokoju i nie zważając na swoje przykazanie słoneczne, wziął kierunek w bok od miejsca, z którego zobaczył poprzedniego wieczoru światło reflektora, na północny zachód. Szedł coraz wolniej, potykając się i upadając, z trudem przełknął swoją zwykłą rację dzienną, przykładał do rozpalonego czoła okłady ze śniegu. Był bliski załamania się i choć tego dokładnie nie pamiętał, wydawało mu się, że z oczu płyną mu łzy, mimo że nie płakał. Wokoło panowała cisza, każdy krok pęczniał i rozbrzmiewał nie kończącym się echem. Przeląkł się nagle tak bardzo swojej samotności, że zaczął mówić sam do siebie po raz pierwszy od sześciu lat po fińsku. Rychło zabrakło mu do tego monologu tematu i słów, powtarzał więc tylko słowa jeszcze bardziej zamierzchłe i jeszcze dłużej nie używane – słowa zapamiętanej z dzieciństwa modlitwy.

Upewniwszy się, że wieczorem nie widać na horyzoncie żadnej łuny, rozpalił znowu większe ognisko i przespał całą noc, budząc się, gdy płomień przygasał. Wstał z uczuciem dziwnego rozdwojenia: był i nie był sobą, pamiętał, że uciekł, i wydawało mu się, że idzie do pracy, czuł gorączkę i zupełną drętwotę całego ciała, wiedział, co ma robić, i szedł jednocześnie przed siebie jak człowiek pogrążony w śnie lunatycznym. Jedno jest pewne: zapomniał tego dnia zupełnie o kierunku, szedł po prostu przed siebie. Po południu usiadł pod drzewem i zapadł natychmiast w sen. Obudził się w nocy, przejęty bezgranicznym lękiem; krzyknął głośno – wydawało mu się, że słyszy odpowiedź. Zerwał się ze swego miejsca i zaczął biec, ale po paru krokach potknął się, upadł twarzą w śnieg i przeleżał tak chwilę. Potem podniósł się wolno i próbował uporządkować myśli – tylko jedna wracała natrętnie: że musi za wszelką cenę rozpalić ogień. Była to szósta noc jego ucieczki. Przy ognisku odtajał trochę i powziął postanowienie, że skoro świt musi poszukać jakiegoś osiedla ludzkiego, aby odpocząć i przeleżeć chorobę. Nazajutrz rano zjadł suchara i kawałek słoniny i ruszył znowu w drogę, nie zważając zupełnie na kierunek. Późnym popołudniem zobaczył daleko za lasem parę pióropuszy dymu. Szedł coraz szybciej, coraz niecierpliwiej, ale dopiero pod wieczór na skraju polany zapaliło się kilka światełek. Nie zdejmując ubrania więziennego, wszedł do pierwszej z brzegu chaty. I tutaj, na ławce koło pieca, stracił na dobre przytomność.

Wieś, do której po siedmiodniowym błądzeniu doszedł Karinen, leżała w odległości około piętnastu kilometrów od obozu jercewskiego. Chłopi odwieźli go do Jercewa, a stamtąd strażnicy zabrali go do izolatora, gdzie nieprzytomnego skatowano tak, że przez trzy miesiące walczył ze śmiercią, a potem jeszcze dwa miesiące leżał w szpitalu. Mówiono, że Samsonow nie wysłał w ogóle pościgu, wiedząc, że Karinen albo padnie w lesie, albo przyjdzie z powrotem do obozu. I istotnie przyszedł. „Od obozu nie można uciec, przyjaciele – kończył zawsze swą opowieść Karinen – nie dla nas wolność. My przykuci do obozu na całe życie, chociaż nie nosimy łańcuchów. Możemy próbować, błądzić, ale w końcu wracamy. Taki los. Przeklęty los”. Nie bieduj, Rusto Piotrowicz – pocieszali go przejętymi głosami więźniowie – opłaciło się. Zawsze to tydzień wolności i pięć miesięcy szpitala”.,,To prawda – odpowiadał ze smutkiem – ale uciec nie można. Tu nasze życie, bratcy, tu nasza gibiel. Nawet sama wolność nam przeciwna, więc jakże uciekać?”

– Chodźmy spać – mówili więźniowie, patrząc na siebie znieruchomiałym wzrokiem – kończy się wychodnej dień. Zawtra opłat' na rabotu.

I po chwili na pryczach szły szeptem z ust do ust, jak podawane coraz dalej hasło więzienne, te przejmujące słowa, których grozy nie zrozumie nikt, kto nie był w obozie sowieckim: ZAWTRA OPIAT NA RABOTU.

CZĘŚĆ DRUGA

Głód

Z moich obserwacji obozowych wynika, że kobiety znacznie gorzej znoszą głód fizyczny i seksualny niż mężczyźni. Proste prawo życia obozowego głosiło tedy, że łamiąc opierającą się kobietę głodem fizycznym, zaspokaja się jej obie potrzeby naraz. Mówię o tym bez cienia cynizmu. Jeżeli wspominanie tego wszystkiego, co działo się w Europie w czasie ostatniej wojny, ma mieć w ogóle jakiś sens, to trzeba, abyśmy zapomnieli na chwilę o zasadach zwykłej moralności, jaką żyli nasi dziadowie i ojcowie w drugiej połowie dziewiętnastego wieku i w pierwszych dziesiątkach lat stulecia, które zdawało się urzeczywistniać na naszych oczach pozytywistyczny mit postępu. Ortodoksyjni marksiści twierdzą, że nie istnieje w ogóle moralność absolutna, gdyż wszystko, co dzieje się z człowiekiem, uwarunkowane jest jego położeniem materialnym. Znaczyłoby to, że każda epoka, każdy kraj i każda klasa społeczna tworzą swoją własną moralność lub że wszystkie te trzy czynniki razem tworzą coś, co nazywamy niepisanym kodeksem postępowania ludzkiego w danym miejscu na ziemi. Doświadczenia niemieckie i sowieckie potwierdzają do pewnego stopnia to przypuszczenie. Okazało się mianowicie, że dolna granica instynktownej wytrzymałości i przebiegłości ciała ludzkiego, poza którą zwykliśmy dotąd liczyć na moc charakteru lub świadome działanie wartości duchowych, nie istnieje w ogóle; słowem – że nie ma takiej rzeczy, której by człowiek nie zrobił z głodu i bólu. Ta „nowa moralność” nie jest już kodeksem uczciwego postępowania ludzkiego, ale kodeksem umiejętnego postępowania z ludźmi, i najeżona dziś wyostrzonymi kłami, tradycją swą sięga jeszcze do ząbkującej dziecinnie Inkwizycji hiszpańskiej. Nie przeoczajmy zbyt pospiesznie tego faktu. Wspólne w obu tych nurtach jest przeświadczenie, że człowiek pozostawiony sam sobie – bez wiary w objawiony system wartości duchowych lub narzucony system wartości materialnych – jest bezkształtną kupą gnoju. Rewolucja genetyczna Łysenki odwróciła pokrewne w gruncie rzeczy tendencje w Kościele katolickim. Tam człowiek ginie w odmętach grzechu i potępienia, jeśli nie spłynie nań światło łaski nadprzyrodzonej, tu może być taki, jakim go uczynią zmienione sztucznie warunki przyrodzone; i tu, i tam jednak jest bezwolnym przedmiotem w czyichś rękach, a od wstępnego sformułowania celu życia ludzkiego na ziemi zależy jedynie, czy na kupie gnoju wyrośnie żądany okaz hodowli biologicznej, czy błogosławiony kwiat duszy ludzkiej. Osobiście nie należę ani do ludzi, którym potworne przeżycia wojenne kazały złożyć akces do „nowej moralności”, ani do ludzi, którzy widzą w nich jeden więcej dowód tego, jak kruchą istotą jest człowiek we władzy Szatana. Przekonałem się wielokrotnie, że człowiek jest ludzki w ludzkich warunkach, i uważam za upiorny nonsens naszych czasów próby sądzenia go według uczynków, jakich dopuścił się w warunkach nieludzkich – tak jakby wodę można było mierzyć ogniem, a ziemię piekłem. Rzecz jednak w tym, że kiedy chcę obiektywnie opisać obóz sowiecki, muszę zstąpić do najgłębszych czeluści piekieł i nie szukać na przekór faktom ludzi tam, gdzie z dna wody letejskiej spoglądają na mnie twarze umarłych i żyjących może jeszcze towarzyszy, przekrzywione drapieżnym grymasem osaczonych zwierząt i szepcące zsiniałymi od głodu i cierpienia wargami: „Mów całą prawdę, jacyśmy byli, mów, do czego nas doprowadzono.