Żywszy kontakt z widownią udało się dopiero nawiązać naszemu Wsiewołodowi. Wbiegł na scenę energicznym krokiem w swojej koszulce w niebieskie pasy i wypożyczonym na tę okazję za zoną marynarskim deklu ze złoconym napisem „krasnyj flot”, przystanął, przyłożył prawą dłoń do czoła powyżej oczu i zaczął się rozglądać po sali, jak gdyby ze szczytu bocianiego gniazda szukał wzrokiem na horyzoncie zarysów dalekiego lądu. Rozległy się oklaski i śmiech. „Brawo, Wsiewołod – przekrzykiwali się nawzajem z uciechą więźniowie – choroszyj moriak, nastojaszczij moriak”. Wsiewołod skłonił się głęboko i zaczął „nastawiać” głos, charcząc przeraźliwie, odkasłując i obmacując dwoma palcami lewej ręki krtań. Najwidoczniej był przekonany, że prawdziwy artysta nie rozpoczyna występu bez tych wstępnych ćwiczeń, i przestrzegał swych czynności zawodowych bardzo pilnie. Więźniowie spoglądali to na siebie, to na scenę i kręcili z podziwu głowami. „Znajet swojo dieło Wsiewołod” – mówili szeptem.
Głosem, od którego zadrżały nagle ściany baraku, Wsiewołod zaśpiewał najpierw piosenkę z filmu sowieckiego Dzieci kapitana Grania. Ryczał wspaniale, gestykulując rękami i całym ciałem, ruszając wąsikami i przewracając oczami tak, że świeciły z daleka jak dwa srebrne talary. Widownia słuchała go z zapartym oddechem i nie tajonym zachwytem. Po piosence Kapitan, kapitan, ułybnijties' zaśpiewał parę innych, także marynarskich, których treści i nazw już dziś nie pamiętam, a każdą nagradzaliśmy równie hucznymi oklaskami. Wreszcie gestem wielkiego aktora poprosił o ciszę, zapowiadając na finał Raskinulos' morie szyroko. Z wyrazu jego twarzy wywnioskowałem, że w przeciwieństwie do poprzednich będzie to pieśń smutna. W baraku zapanowało milczenie. Wsiewołod stanął bokiem do widowni, wyciągnął przed siebie ręce, stał tak chwilę i nagle zaintonował głosem nabrzmiałym łzami:
Raskinułos' morie szyroko,
Igrajut wołny na niom,
Towariszcz, my jediem dalo-o-ko,
Podalsze od russkoj ziemli…
Gdy skończył i miał jeszcze po raz ostatni powtórzyć refren, odwrócił się błyskawicznie do widowni i uniósłszy niby więzienny prorok obie ręce do góry, zaprosił nas krótkim „wmiestie” do śpiewu. I stała się rzecz dziwna. Z kilkuset piersi wydarł się ni to śpiew, ni rozpaczliwy okrzyk:
Towariszcz, my jediem dalo-o-ko,
Podalsze od russkoj ziemli…
Więźniowie podnieśli się jak na dany znak z ławek i wpatrzeni w batutę rąk Wsiewołoda, powtarzali urzeczeni te dwie dziwne linijki. Na wszystkich twarzach malowało się wzruszenie, a w niektórych oczach zaświeciły się nawet łzy. I choć śpiewane z takim przejęciem słowa miały w obozie wymowę przekleństwa rzuconego przez przykutych do galer niewolników „russkoj ziemli”, brzmiała w nich jednocześnie nostalgia… Nostalgia za ziemią męki, głodu, śmierci i upokorzeń, za ziemią wiecznego strachu, twardych jak kamień serc i wypalonych płaczem oczu, za jałową ziemią pustynną, prażoną bezlitośnie przez gorące tchnienie szatana… I nigdy już potem nie zrozumiałem na krótko choćby tak wyraźnie jak wówczas, że więźniowie rosyjscy żyją poza granicami Rosji i nienawidząc jej, tęsknią do niej zarazem z całej siły swych zdławionych uczuć.
Nie ochłonęliśmy jeszcze w pełni z występu Wsiewołoda, a Natalia Lwowna siedziała obok mnie z twarzą ukrytą w dłoniach, gdy na scenie pojawił się w ciemnym ubraniu z wolności Zelik Lejman. Ukłonił się trochę sztywno i wyniośle, ale już po chwili, skoro tylko oparł na ramieniu skrzypce, położył na nich głowę i jedną ręką podniósł do góry smyczek, drugą zaś wpił się drapieżnie w szyjkę gryfu, jego rysy i ruchy nabrały miękkości, a skażoną nienawiścią twarz wygładził cień smutku. Nie pamiętam już dziś niestety, co grał, rozbolała mnie bowiem głowa, poczułem przejmujący głód i oparłszy jak Natalia Lwowna głowę na rękach, zapadłem w stan gorączkowego odrętwienia. Wiem tylko, że koncert Zelika Lejmana musiał trwać bardzo długo, bo słuchając płynących z oddali, jak gdyby zza obitej wojłokiem ściany, dźwięków skrzypiec, zdążyłem prześnić na jawie cały ten okres mego życia, gdy jako młody chłopiec przysłuchiwałem się z ulicy małego miasteczka polskiego śpiewnym lamentom i zawodzeniom nad zburzeniem Jerozolimy, które w każdy Sądny Dzień dochodziły zza okopconych szybek na pół zawalonej synagogi. Boże, jakimż ten Zelik Lejman był Żydem! Jak szlochał na swoich skrzypcach, jak się na przemian miotał i korzył, jak płonął zemstą niby krzak gorejący, uderzając gniewnie smyczkiem w struny, i jak się modlił żarliwie zwrócony twarzą ku tej stronie świata, w której na gruzach zburzonej Jerozolimy miała kwitnąć znowu gajami oliwkowymi Ziemia Obiecana – jak grał swój i swego narodu los, nie znający granic pomiędzy miłością a nienawiścią!
Ocknąłem się półprzytomny na dźwięk oklasków. Zelik Lejman kłaniał się powściągliwie, a na wąskich, zaciśniętych kurczowo ustach błąkał mu się pogardliwy uśmieszek. Więźniowie zaczęli się podnosić z ławek i klaszcząc jeszcze, przygotowywali się do wyjścia. Odwróciłem się w kierunku Natalii Lwownej – jej miejsce było puste. Ktoś z boku powiedział mi, że zasłabła i wyszła z teatru zaraz na początku koncertu skrzypcowego. Powłócząc ciężko nogami, przepychaliśmy się w zaduchu ku drzwiom, za którymi noc wiosenna zapaliła już wszystkie gwiazdy i pachniała ostrym, orzeźwiającym powiewem odwilży.
W parę tygodni po tym pamiętnym przedstawieniu – na krótko przed wybuchem wojny rosyjsko-niemieckiej – obóz obiegła wiadomość, że Natalia Lwowna usiłowała popełnić samobójstwo, przecinając sobie żyły obu rąk zardzewiałym scyzorykiem. Jej sąsiadka na pryczy zaalarmowała jednak na czas wartownię i Natalię Lwowna przeniesiono do szpitala, gdzie spędziła blisko dwa miesiące, wracając wolno i opornie do życia. Po wypisaniu ze szpitala nie wróciła już do biura rachmistrzów, ale pracowała przez pewien czas w kuchni obozowej, skąd ją wyrzucono za wynoszenie jedzenia więźniom. Potem posłano ją na bazę do cerowania worków, gdy ja pracowałem już na birży drzewnej. Widywałem ją często w zonie i pozdrawiałem jak dawniej z daleka, ale nie zamieniliśmy nigdy więcej ani słowa. Są tajemnice, które łączą, są jednak i takie, które w wypadku klęski na zawsze – dzielą.
Na tyłach otieczestwiennoj wojny
Jeśli chodzi w ogóle o donosy, to zazwyczaj kwitną one w więzieniu. Donosiciel nie podlega w więzieniu najmniejszemu upokorzeniu; nie do pomyślenia nawet byłoby oburzać się na niego. Nie stronią od niego, przyjaźnią się z nim, tak że gdybyście zaczęli w więzieniu wytykać całą podłość donosu, nikt by was nie zrozumiał.
Dostojewski, Zapiski z martwego domu
Wybuch wojny rosyjsko-niemieckiej wprowadził zasadnicze zmiany w moim życiu: 29 czerwca zostałem wraz z innymi cudzoziemcami i rosyjskimi więźniami politycznymi usunięty z bazy żywnościowej i odesłany do nowo utworzonej brygady 57., która krótki okres lata miała spędzić na sianokosach w porębach leśnych, a na jesień i zimę przewidywana była jako brygada pomocnicza w pracach na tartaku i przy załadowywaniu okorowanych jodeł na otwarte platformy wagonów.
Ten ostatni tydzień spędzony na bazie pozwolił mi jednak zorientować się w rozmiarach zaskoczenia niemieckiego i nie ukrywanego popłochu psychicznego, z jakim straż i administracja obozowa przyjęły wybuch wojny. Pierwszy odruch miał w sobie coś z osłupienia i niesamowitego strachu; dopiero oświadczenie Churchilla, z którego wynikało, że „Anglia jest z nami, a nie przeciwko nam”, przyniosło pewne odprężenie. Nasz konwojent przywitał je głośnym „urra!”, podrzucając po kozacku futrzaną czapkę i karabin z bagnetem do góry, i zaczął nam opowiadać z podnieceniem, jak to,,Anglia nigdy jeszcze nie przegrała wojny”, zapomniawszy widać ze szczętem, że jeszcze parę dni temu ta sama Anglia była maleńką wysepką, którą „Niemcy zarzucą czapkami”. Podobny zwrot dokonał się również – w znacznie inteligentniejszej oczywiście formie – w tonie radia sowieckiego. Komunikaty i komentarze polityczne, przepełnione do niedawna jeszcze dziką Schadenfreude z okazji każdego sukcesu niemieckiego na Zachodzie, wezbrały teraz jak ropiejący wrzód jadem antyniemieckim i przemieniały się w czułe gruchanie, ilekroć mowa była o Anglii i państwach okupowanych. Tak wyglądała zmiana partnerów w tańcu na zewnątrz. W istocie pierwsze odgłosy nadciągającej burzy usłyszeliśmy już wcześniej. Nie uszedł naszej uwagi komunikat TASS z pierwszych dni czerwca, dementujący „w jak najbardziej kategorycznej formie rozsiewane na Zachodzie pogłoski o przeniesieniu paru dywizji syberyjskich z Dalekiego Wschodu nad Bug”; komunikat stwierdzał spokojnie, że wspomniane wyżej ruchy wojsk odbywają się w ramach normalnych manewrów letnich i przypominał dalej, że dobrosąsiedzkie stosunki rosyjsko-niemieckie, przypieczętowane paktem sierpniowym, przetrwają niezawodnie podłe intrygi imperialistycznych podżegaczy wojennych na Zachodzie. Inżynier ceramik Sadowski, towarzysz młodzieńczych lat Lenina i Dzierżyńskiego, niegdyś wicekomisarz lekkiego przemysłu w jednym z rządów porewolucyjnych, nachylił się do mnie i szepnął mi na ucho, że zaprzeczenia TASS są dla inteligentnych ludzi w Rosji tym, czym uczciwe doniesienia prasowe w Anglii lub Francji. Toteż jego wybuch wojny nie zdumiał zupełnie; co się zaś tyczy dalszego jej biegu i wyniku, wstrzymał się z wyrażeniem swego poglądu aż do upływu pierwszego miesiąca walk na froncie.