Выбрать главу

Przemówienia radiowego Stalina, wygłoszonego nazajutrz po ataku niemieckim na Rosję, wysłuchaliśmy na bazie, stojąc przed drewnianą dyżurką urzędnika intendentury kargopolskiej. Była to mowa złamanego starca; głos mu się zacinał, przechodził w dramatyczne akcenty, rozbrzmiewał pokornym ciepłem we wszystkich frazach patriotycznych. Staliśmy w milczeniu, z opuszczonymi głowami, ale widziałem nieomal, jak gorąca fala radości podpływa do wszystkich grdyk, dławi za gardła spazmem nadziei, zasnuwa zmętniałe od głodu i zmęczenia oczy bielmem półprzytomnej ślepoty niewolników, dla których każda ręka otwierająca wrota kaźni jest ręką Opatrzności. W pierwszych tygodniach wojny mówiło się o niej wśród więźniów mało i ostrożnie, ale prawie zawsze tak samo: idą naprzód! I jest może miarą upodlenia i rozpaczy, do jakiej doprowadził swe ofiary system nowoczesnego niewolnictwa, fakt, że nie licząc tysięcy prostych Rosjan, Ukraińców i „nacmenów”, dla których Niemcy byli naturalnym sojusznikiem w walce ze znienawidzonymi kołchozami, bez mała wszyscy komuniści europejscy i rosyjscy, ludzie światli, wykształceni i mądrzy, oczekiwali z dnia na dzień z podnieceniem i zniecierpliwieniem przyjścia hitlerowskich oswobodzicieli. Myślę z przerażeniem i głębokim wstydem o Europie przedzielonej na pół Bugiem, w której po jednej stronie miliony niewolników sowieckich modliły się o wyzwolenie z rąk armii hitlerowskiej, a po drugiej miliony nie dopalonych ofiar niemieckich obozów koncentracyjnych pokładały ostatnią nadzieję w Armii Czerwonej.

Ludzie wolni dostępni mojej obserwacji, to znaczy nasi stróże obozowi, reagowali, rzecz prosta, inaczej. Dla nich cały problem sprowadzał się do pytania: Quis custodiet custodes. Od pierwszego uczucia zwierzęcego niepokoju o los „socjalistycznej ojczyzny”, który u Rosjan – moim zdaniem – ma charakter organicznego kompleksu niższości wobec Niemców, przeszli do niepokoju o sprawy bardziej bliskie i uchwytne, bo o los własny. Chodziło głównie o to, czy w związku z wymaganiami frontu nie zacznie się w obozie „sokraszczenije sztata”, innymi słowy, czy nie wypadnie zamienić wygodnej i spokojnej posady na dalekiej Północy na niepewną tułaczkę po okopach. Po dwóch tygodniach wojny te obawy rozwiały się w sposób jak najbardziej nieoczekiwany. Było coś zdumiewającego i nieprawdopodobnego w tym nowym fakcie: komunikaty wojenne wymieniały codziennie nazwy miejscowości przyfrontowych położonych coraz dalej na wschód, a do Jercewa przybywały codziennie świeże kontyngenty młodych i rosłych żołnierzy NKWD przeznaczonych do wzmocnienia załogi obozów nad Morzem Białym, w odległości trzystu kilometrów od Archangielska! Dwudziestoosobowe brygady więźniów wychodziły teraz do pracy pod eskortą dwóch uzbrojonych konwojentów*, a pierwsza danina krwi, jaką obóz złożył na ołtarzu zagrożonej ojczyzny, polegała na wypowiedzeniu bezwzględnej walki potencjalnym wrogom wewnętrznym; usunięto wszystkich „politycznych” z odpowiedzialnych stanowisk technicznych, zastępując ich ludźmi wolnymi, wypędzono wszystkich Niemców nadwołżańskich z biur obozowych do brygad leśnych (gdzie zażywali zresztą szacunku wśród więźniów rosyjskich jako przyszli rządcy tego kraju), odesłano do innych brygad wszystkich więźniów cudzoziemskich i politycznych z bazy żywnościowej, aby zapobiec zatruciu artykułów spożywczych przeznaczonych dla spółdzielni na wolności, podwojono w trybie doraźnym wyroki wszystkim więźniom podejrzanym o szpiegostwo na rzecz Niemiec, wstrzymano bezterminowo, „aż do odwołania”, zwalnianie więźniów politycznych, którzy kończyli właśnie lub mieli wkrótce skończyć odsiadywanie kary, zamknięto w izolatorze obozowym paru oficerów polskich, z natury rzeczy posądzanych o sympatie proniemieckie. Obóz odetchnął, a ustępująca początkowo w popłochu fala patriotyzmu wróciła na swoje dawne miejsce, jeszcze bardziej grzywiasta, groźna i wezbrana. Nie bez wpływu na poprawę samopoczucia patriotycznego załogi obozu był także drobny fakt, którego mimowolnym świadkiem stałem się w ostatnim dniu pobytu na bazie. Wyładowaliśmy mianowicie wagon wieprzowiny litewskiej w pięknych opakowaniach jutowych, ostemplowanych niemieckim znaczkiem importowym. Transport nie zdążył już widać do adresata i po długich podróżach dobił do spokojnego portu w Jercewie. Został też, dla upamiętnienia wybuchu „otieczestwiennoj wojny”, rozdzielony sprawiedliwie między „spiecłarok” i ubogi sklepik w pobliżu zony.

* Jeśli przyjąć, że w Rosji było podówczas 20 milionów więźniów, to operacja musiała kosztować władze sowieckie około miliona doborowych żołnierzy, zupełnie bezużytecznych dla frontu.

Miesiąc minął i nic się nie działo. Sadowski, zapytany na sianokosach o swoje przewidywania na przyszłość, rozłożył na trawie parę patyków, dwa wiechcie siana i garstkę różnokolorowych jagód i rozpoczął interesujący wykład. Jego zdaniem decydujące były pierwsze cztery tygodnie walk. Słuchając oficjalnych komunikatów sowieckich, należało mieć przed oczyma pamięci mapę Rosji i zadawać sobie pytanie, w jakim tempie posuwa się naprzód pochód niemiecki. Jeżeli w bardzo szybkim – to źle, jeżeli w przeciętnie szybkim – to nic groźnego. Klęska Rosji byłaby bowiem możliwa tylko w wypadku, gdyby porażkom na froncie towarzyszyły oznaki wewnętrznego rozkładu na tyłach. Otóż jedynie Armia Czerwona, cofająca się w takim popłochu i tempie, że musiałyby ją powstrzymywać przytknięte do pleców bagnety wojsk NKWD, mogłaby – wzięta w dwa ognie – obrócić się przeciwko swym rodzimym prześladowcom i zapoczątkować wojnę domową w Rosji. Nic podobnego nie wchodziło w grę. Wojska sowieckie cofały się we względnym porządku („w organizowannom poriadkie wieszczej”) i mogły się tak cofać aż do Uralu, gdzie od lat budowano z olbrzymim nakładem środków technicznych i ofiar ludzkich (uralskie obozy pracy!) zapasowy ośrodek przemysłu wojennego. W jakiej sytuacji i przy jakich awantażach strategicznych Rosja odniesie ostateczne zwycięstwo nad Niemcami, zależy od taktyki wojenno-politycznej jej zachodnich sprzymierzeńców.

Przyjąłem ten pogląd za swój, wydał mi się bowiem logiczny, w mojej sytuacji osobistej natomiast zaszły od czasu podpisania paktu polsko-sowieckiego i ogłoszenia amnestii dla więźniów polskich w Rosji zasadnicze zmiany. Mogłem już teraz pragnąć klęski sowieckiej tylko dla zaspokojenia uczucia zemsty; nie dyktował mi jej zaś ani zdrowy rozsądek, ani uczucia, jakie żywiłem dla Niemców. Znalazłem się tedy wśród 15 do 20 najwyżej więźniów na dwa tysiące w Jercewie, którzy na przekór trwającym jeszcze ciągle klęskom sowieckim na froncie wschodnim mieli odwagę twierdzić, że Rosja nie ulegnie. Miałem też za to później – jak się dalej okaże – drogo zapłacić w… Trzecim Oddziale NKWD obozów kargo-polskich.

Sytuacja nas, Polaków, zmieniła się po pakcie Sikorski-Majski i amnestii w sposób aż nadto widoczny. Przed wybuchem wojny rosyjsko-niemieckiej uważano nas za,,antigiermanskich faszystów” i tchórzów, od końca czerwca do końca lipca za proniemieckich faszystów i nie takich znowu tchórzów, w pierwszych dniach sierpnia za bojowników wolności i sojuszników. Nasz nowy konwojent z 57. brygady, który – jak mi mówiono – nie szczędził dawniej Polakom obraźliwych wymówek za klęskę wrześniową i „porywanie się z motyką na słońce”, poklepał mnie na wieść o amnestii po ramieniu i rzekł:

,,Mołodiec, budiem wmiestie bit' Giermancew”. Nie w smak mi było to nagłe zbratanie z dwóch względów: po pierwsze więzień nie przebacza nigdy swemu dozorcy, a po drugie obracało ono przeciwko mnie współtowarzyszów niewoli, którzy nie urodzili się na swoje nieszczęście Polakami, lecz do których przywiązałem się był wielokrotnie głębiej i serdeczniej niż do własnych rodaków. Po amnestii bowiem Rosjanie i cudzoziemcy odsunęli się od Polaków z niechęcią, uważając ich odtąd za przyszłych współuczestników w złowrogim dziele obrony więzień i obozów sowieckich.

W grudniu 1941 roku Stalin przemówił po raz drugi. Nie zapomnę nigdy tego twardego głosu, tych słów wybijanych jak gdyby kamienną pięścią, tego przeszywającego i zimnego tonu człowieka o nerwach ze stali. Mówił, że ofensywa niemiecka zatrzymana została na przedpolach Moskwy i Leningradu, że dzień zwycięstwa nad niemieckimi barbarzyńcami jest bliski i że lwia część zasługi za ten najwspanialszy od czasów Kutuzowa tryumf oręża rosyjskiego spada nie tylko na bohaterskich krasnoarmiejców, lotników, marynarzy, partyzantów, robotników i kołchoźników, ale i na tych, którzy czuwali nad „uprocznienijem tyła wtoroj otieczestwiennoj wojny”. Zebrani w baraku więźniowie słuchali tego przemówienia z wyrazem beznadziejne) rozpaczy w twarzach, a ja przypomniałem sobie teorię Sadowskiego i posiłki NKWD przysłane nazajutrz po wybuchu wojny na odsiecz załodze obozów kargopolskich. Tak, to my tutaj byliśmy częścią,,uprocznionnogo tyła wtoroj otieczestwiennoj wojny”.

Takie jest (być może, nieco za szerokie) tło polityczne wypadku, jaki rozegrał się w pierwszych dniach lipca 1941 roku w baraku technicznym w Jercewie. Nazwa,,barak techniczny” wymaga jednak również krótkiego choćby wyjaśnienia. Mieścił się on w Jercewie na zakręcie ścieżki prowadzącej z naszego baraku na wartownię i zamieszkany był wyłącznie przez więźniów, zatrudnionych w obozie według kwalifikacji zawodowych z wolności. Wśród szczęśliwych wybrańców losu przeważali inżynierowie i technicy z wyższym wykształceniem, ale nie brakło też paru humanistów, którzy w drodze wyjątku mieli prawo piastować podrzędne stanowiska w dziale administracji i gospodarki obozowej. Piszę „wybrańcy losu”, bo przydział do grupy technicznej dawał pewne przywileje mieszkaniowe, odzieżowe i żywnościowie, których pozbawieni byli – rzecz jasna – ludzie z wyższym wykształceniem, odesłani z braku odpowiednich wakansów do ogólnych baraków i na ogólne roboty. Barak techniczny urządzony był znacznie przyzwoiciej niż wszystkie inne, z odstępami pomiędzy indywidualnymi pryczami i dwoma solidnymi stołami na skrajach, a jego mieszkańcy otrzymywali poza nieprzemakalną kurtką z płótna żaglowego i parą prawdziwych butów juchtowych z cholewami specjalny kocioł „iteerowski” (ITR – inżeniersko-tiechniczeskije raboczije), równy co do ilości „stachanowskiemu”, ale wzmocniony łyżką tłuszczu roślinnego i porcją surówki „cyngotnej”. W ubogiej strukturze społecznej obozu „iteerowcy” byli więc arystokracją drugiego stopnia, ograniczoną w sprawowaniu władzy nad współwięźniami bardziej niż elita „urków”, która obsiadła organy wykonawcze, niemniej jednak wyniesioną wyraźnie przywilejami i stylem życia ponad szarą masę proletariatu niewolniczego – czymś w rodzaju najemnej inteligencji despotycznego reżimu wojskowego. Oczywiście wszyscy – nie licząc lejtnanta Armii Czerwonej Zyskinda, naczelnika więzienia wewnętrznego w zonie (izolatora), który dostał dwa lata za kradzież pieniędzy z kasy pułkowej – mieli wyroki dziesięcio- lub piętnastoletnie za działalność kontrrewolucyjną i z chwilą wybuchu wojny rosyjsko-niemieckiej zdublowani zostali na swoich stanowiskach przez tępych nieuków z wolności. Do „kotła iteerowskiego” przywiązany był w zasadzie cichy warunek sine qua non, od którego mogli się uchylić jedynie wybitni specjaliści nie do zastąpienia w swej dziedzinie – obowiązek donosu. Nikt się temu nie dziwił i nikogo to nie gorszyło – ostatecznie dzień następuje zawsze po nocy. Co środę wieczorem przychodziła do zony przystojna Rosjanka z grubą teczką, „starszyj lejtienant NKWD” Strumina, i niby ksiądz, przybyły do odległej wioski dla odprawienia cichej mszy, pozdrawiała wszystkich przechodzących więźniów uprzejmym „zdrawstwujtie”, które brzmiało jak „pochwalony”, aby w chwilę potem rozłożyć na stole w maleńkim pokoiku przylegającym do jednego z baraków swój przenośny konfesjonał.