Выбрать главу

Najbardziej zdumiewającą właściwością Trupiarni było to, że w samym pierwotnym zamierzeniu miała ona przypuszczalnie przywracać wycieńczonych więźniów do stanu względnej przydatności do pracy, a w praktyce spełniała taką rolę, jaką wyrażała jej żargonowa nazwa – kostnicy, domu przedpogrzebowego. Racja żywnościowa – w przybliżeniu na poziomie „drugiego kotła” – nie mogła w żadnym razie wpłynąć decydująco na zahamowanie procesu obumierania tkanek, a typowe choroby Północy – cynga i pelagra* – były nieuleczalne w ramach symbolicznej kuracji surówkowej. Tylko bardzo silny organizm, wycieńczony pracą, ale nie przeżarty jeszcze rdzą choroby, miał szansę zebrania na powrót sił do życia – do czasu ponownego załamania się. Powtórna selekcja lekarska (podobna do stosowanej w niemieckich obozach koncentracyjnych „wybiórki” starców i niedołężnych więźniów „do gazu”) dzieliła więc mieszkańców Trupiarni na „słabosiłkę” i „aktirowkę”. Pierwszą kategorię otrzymywali więźniowie, którzy mieli jeszcze widoki powrotu do pracy po okresie wypoczynku w Trupiarni; przyznawano im niewielki dodatek żywnościowy, tak zwane „słabosilnoje pitanije”, i organizowano w „słabkomandę”, używaną do lżejszych robót pomocniczych w zonie. Druga nazwa oznaczała diagnozę nieuleczalności w warunkach obozowych – czyli w praktyce wyrok skazujący na powolną śmierć w Trupiarni; więźniowie z „aktirowki” nie byli już wzywani do żadnej pracy, ale nie otrzymywali też żadnego dodatku żywnościowego. Pozostawało im tylko czekać cierpliwie na koniec.

Rzadkie wypadki powrotu ze „słabosiłki” do życia i pracy czyniły i z tego nawet podziału fikcję, ale mieszkańcy Trupiarni – zdając sobie na ogół sprawę z faktu, że płyną mimo sztucznych rozróżnień w jednej łodzi – zabiegali niemniej usilnie o zaliczenie do kategorii pierwszej. W gruncie rzeczy chodziło tu nawet nie tyle o ów dodatek żywnościowy, ile o wyrok śmierci zawarty w słowie „aktirowka”. Nie tak łatwo było zapłacić cenę utraty resztek nadziei za zupełny spokój i bezczynność. Nikt, myśląc o baraku, do którego prędzej czy później prowadziły wszystkie drogi życia w obozie, nie ośmielał się porównywać go ze szpitalem. Stał on trochę na uboczu, samotny, zasypany śniegiem, z połyskującymi jak oczy ślepca oknami i powiewającą na dachu niby chorągiew kapitulacyjna białą płachtą dymu, opuszczony przez nadzieję i omijany przez żywych – rzekłbyś: już nie w obozie, lecz za drutami, na tamtym brzegu wiecznej wolności… A przecież w tej ostatniej podróży nie towarzyszyły mu nawet uczucia litości. „Barachło, śmiecie – mówiło się o Trupiarni w zonie – darmo jedzą chleb. I dla nas, i dla nich byłoby lepiej, gdyby im skrócono cierpienia”.

Szedłem ze szpitala do Trupiarni z innymi nieco uczuciami niż moi rosyjscy towarzysze. Pięciodniowy pobyt w szpitalu nie wpłynął na moją spuchliznę i nie zagoił mi ran na nogach – wprost przeciwnie, odprężenie nerwowe po głodówce odsłoniło teraz cały organizm do nowego ataku cyngi – ale wspomnienie zwycięstwa było jeszcze dość świeże, aby podsycić na nowo zetlałą już zupełnie nadzieję. Trupiarnia wydawała mi się najlepszym rozwiązaniem w sytuacji, w której bez gorączki nie miałem formalnego prawa do leżenia w łóżku szpitalnym, a z perspektywą bliskiego już może zwolnienia wolałem leżeć bezczynnie na pryczy obok śmierci niż trzymać się kurczowo życia przy pracy. W pewien sposób więc szedłem między trędowatych, osłonięty nieprzenikalnym pancerzem przeciwko trądowi. I znowu, jak niegdyś, poczułem coś w rodzaju zawstydzenia, że los coraz wyraźniej spycha mnie z dróg, które przede mną wydeptały tysiące spuchniętych i owrzodzonych nóg więźniów sowieckich.

Droga prowadziła obok ambulatorium, dobudówki do baraku technicznego i baraku macierzyńskiego. Przystawałem co chwilę, kładąc na śniegu zawiniątko z całym moim dobytkiem więziennym i przyglądając się zonie. W dole, oświetlony mroźnym słońcem grudniowym i okopany wysokimi zaspami, stał mój dawny barak, do którego wiedziałem, że już nigdy nie wrócę. Dwie ciężarne kobiety szły wolno w kierunku ambulatorium, podpierając z boków pękate brzuchy czerwonymi od mrozu dłońmi. Za drutami jak okiem sięgnąć ciągnęła się biała pustka, obrysowana na horyzoncie grubą linią lasu. Przed wejściem do Trupiarni zatrzymałem się jeszcze, żeby przerzucić zawiniątko na drugie ramię i złapać oddech. W tej samej chwili z mojego dawnego baraku wyszła brygada tragarzy i skierowała się w stronę łaźni. Ileż czasu minęło, gdy chodziłem tak razem z nimi, ileż nowych, nie znanych mi twarzy zajęło miejsce tych, których nazwiska tylko kołatały się jeszcze w ludzkiej pamięci! Znalazłszy się na wysokości Trupiarni, ktoś z brygady rozpoznał mnie, machnął ręką i krzyknął wesoło: „Zdrawstwuj, drużok! Podychat'?”

W Trupiarni przywitały mnie ciekawe spojrzenia z obu rzędów górnych i dolnych prycz. Rzuciłem tłumok na stół i począłem szukać Dimki. Znalazłem go w samym rogu, na dolnej jak zwykle pryczy (miał ze swoją protezą zrozumiałą niechęć do wspinania się na górę, chociaż uważał, że leżenie nad innymi więźniami znakomicie poprawia samopoczucie), drzemiącego spokojnie z nieodłączną drewnianą łyżką w ręce. Zmizerniał od czasu swojej „aktirowki”, ale siwiejąca, przystrzyzona pięknie w klin broda nadawała jego nieruchomej twarzy wyraz rezygnacji i spokoju. Obudził się, gdy dotknąłem lekko jego ramienia. Przez chwilę zdawał się mnie nie poznawać, napinając boleśnie spojrzenie zmętniałych od snu i bezbarwnych jak dwa sople lodu oczu, lecz zaraz potem uniósł się na pryczy, a twarz rozpogodziła mu się serdecznym uśmiechem. Wstyd powiedzieć – nie widziałem go od chwili, kiedy zebrawszy w naszym dawnym baraku swoje łachy, uścisnął mi na pożegnanie rękę przed odejściem do Trupiarni. „Synok – mówił teraz prawie przez łzy – słyszałem o wszystkim. Mołodiec! Chleb ci oddali za osiem dni?” – zapytał niespokojnie, szukając wzrokiem mojego zawiniątka. Jakież szczere było jego oburzenie, gdy się dowiedział, że w dniu ukończenia głodówki stos chleba z mojej celi w izolatorze został z rozkazu Samsonowa odesłany z powrotem do „chleboriezki”. Nie pytał jednak o powód mojego przybycia do Trupiarni. Odgadł już wszystko tym szóstym zmysłem, który starym więźniom pozwala czytać w twarzach towarzyszy jak w otwartej księdze.

W pobliżu legowiska Dimki odnalazł się również inżynier M., który odwiedził nas był niedawno dwa razy w szpitalu, ale unikał rozmowy na temat przebiegu głodówki. Dzięki jego taktowi cała sprawa poszła już w zapomnienie, pozostawiając wszystkim sześciorgu Polakom równy udział w nadziei. Było coś ładnego i przekonywającego w tym samorzutnym geście solidarności, który obył się bez jednego nawet słowa wyjaśnień. M. był w Trupiarni także nowicjuszem, do niedawna bowiem pozwolono mu mimo zaliczenia do „słabosiłki” mieszkać w ogólnym baraku. Leżał teraz na górnej pryczy i poznałem go z daleka po długich nogach, obwiązanych szmatami i wysuniętych znacznie poza krawędź desek. Pociągnięty za nogę, ocknął się z zamyślenia – a może modlitwy? – i ulokował mnie na pryczy obok siebie. Tak więc zamieszkałem w Trupiarni na trzech wąziutkich deskach, gdyż mój sąsiad z prawej – nauczyciel z Nowosybirska, który wydzielał niegdyś wodę w łaźni – nie chciał mi ustąpić ani o milimetr więcej miejsca.

Około południa wrócił do Trupiarni Sadowski. Mówiono o nim, że codziennie rano i wieczorem wyprawia się do kuchni na żebry i wraca z pustym kociołkiem, co nie znaczyło zresztą wcale, że z pustym żołądkiem, Sadowski bowiem był już w tym stadium głodu, kiedy gorących zlewków z kotła nie można nawet donieść do baraku, lecz wypija je się na stojąco, parząc sobie usta. W rzadkich chwilach jasności umysłu Sadowski rozmawiał i opowiadał równie jak dawniej interesująco i żywo, bywały jednak dnie, kiedy zdawał się nikogo nie dostrzegać, siedział nieruchomo na ławce przy stole obok pieca, wpatrzony z nieprzytomnym uporem w jeden punkt, przyczajony jak gdyby i gotów skoczyć każdemu natrętowi do gardła, a z tej obłąkanej zadumy wyrywał go tylko brzęk kociołków za oknem oznaczający porę posiłków. Pomiędzy nim a Dimką istniał w Trupiarni rodzaj cichej, ale zaciekłej rywalizacji, obaj bowiem uchodzili za najwytrwalszych żebraków na kuchni i nieraz zapewne wchodzili sobie wzajemnie w drogę. Dimka odnosił się do niego z nie ukrywaną niechęcią, nadając jej niekiedy bez powodów akcenty polityczne; stary bolszewik daleki był teraz od dawnych popisów dialektycznych, które doprowadzały go niegdyś na skraj logicznego samounicestwienia, a jeśli w ogóle mówił, to tylko po to, by wspominać. Z moim przybyciem do Trupiarni stosunki pomiędzy nimi poprawiły się jednak na tyle, że często wieczorami, doprosiwszy M., zasiadaliśmy w czwórkę przy wspólnym stole do gry w warcaby lub do rozmowy. Ale nigdy nie zdarzyło mi się widzieć ich rozmawiających samych i nigdy też nie wychodzili na kuchnię razem z pozostałymi mieszkańcami Trupiarni.

Trupiarnia różniła się swoim wyglądem znacznie od pozostałych baraków. Na pierwszy rzut oka robiła wrażenie domu noclegowego dla włóczęgów i żebraków i w pewnym sensie była nim naprawdę. Za dnia część więźniów wychodziła do zony w poszukiwaniu jedzenia lub do lekkich robót pomocniczych, a reszta leżała na pryczach, rozmawiając półgłosem, cerując ubrania, grając w karty, pisząc listy. Najbardziej uderzająca była w Trupiarni cisza. Nikt jej nie wymagał ani tym bardziej regulował, a jednak była przestrzegana tak ściśle, jak gdyby chroniła ją niepisana umowa. Więźniowie rozmawiali ze sobą szeptem i zwracali się do siebie grzecznie – z tą typową wstydliwą uprzejmością, która od razu od progu rzuca się w oczy w szpitalach dla nieuleczalnie chorych. Gdyby nie fakt, że wielu więźniów nie było w stanie powstrzymać swoich potrzeb fizjologicznych, Trupiarnia mogłaby również uchodzić za najczystszy i najschludniejszy barak w zonie. Nie mieliśmy wprawdzie własnego „dniewalnego”, ale codziennie inny więzień szorował podłogę, mył stoły i ławki, przecierał szmatą szyby w oknach, palił w piecu i przynosił wodę. Nad niektórymi pryczami wisiały wycinanki z kolorowego papieru, obrazki wycięte z gazet i fotografie rodzinne w ramkach ze srebrnej blachy z zatkniętym u góry zwiędłym kwiatkiem. Mieszkało nas w Trupiarni około stu pięćdziesięciu; barak był widny, dobrze utrzymany, z odstępami pomiędzy pryczami co dziesiąte legowisko. Nieraz po śniadaniu wybuchały spory o to, do kogo należy sprzątanie, w dzień bowiem czas dłużył nam się przeraźliwie, zdawał się wyciekać powoli z naszych żył wraz z życiem. Dopiero pod wieczór, kiedy do zony wracali z nowinami więźniowie ze „słabkomandy”, a w baraku zapalały się światła, Trupiarnia ożywiała się na krótko i wybuchała nieoczekiwanymi rezerwami życia. Już sam widok więźniów, grających przy stołach w warcaby lub zbierających się gromadkami w załomach między pryczami, działał pokrzepiająco. Barak pęczniał od ciepła, otwierając nam rany na nogach, serca i usta. Światło rozpryskiwało się pękami promieni o migocące na tle ciemności białe tafelki szybek. Niekiedy rozlegały się śmiechy, głosy przekraczały granicę szeptu, a z dalszych prycz zrywały się nieśmiało dźwięki organków i wzbiwszy się w powietrze, trzepotały się jak ćmy nocne w jasnym kręgu żarówek. Ale z nastaniem nocy w Trupiarni zapadała znowu martwa cisza, aby pęknąć nagle za ścianą snu jak wezbrany wrzód krzykami i majaczeniami, których ton bardziej był przejmujący, ostry i rozpaczliwy niż w zwykłych barakach. Trupiarnia tonęła w dusznym cieple oddechów, gorączkowym śnie i smrodzie ekskrementów.