Pod maską pozorów kryła się jednak inna rzeczywistość, którą można było zobaczyć i rozpoznać jedynie po dłuższym okresie zadomowienia w Trupiarni. Żebraczy i włóczęgowski styl życia wytwarza nawet w więzieniu swoje własne prawa, podobne w karykaturalny sposób do praw rządzących życiem normalnych więźniów. Zazdrość na przykład powściągana była w ogólnych barakach faktem, że nikt nie mógł zjeść więcej, niż zapracował; wzajemną nienawiść przytępiała nieco wspólna praca; rozpacz cichła często pod tłumikiem zmęczenia. Wszystko to odpadało w Trupiarni. Czas, wlokący się nielitościwie wolno czas, i pustka bezcelowego oczekiwania napełniały barak atmosferą, w której wzbierająca stopniowo złość omal nie zrywała wszystkich tam sztucznej uprzejmości. Siedząc na pryczach w przegniłych łachmanach, z zarośniętymi twarzami i zwisającymi luźno kłodami nóg, więźniowie przyglądali się sobie podejrzliwie, śledzili nawzajem każde swoje poruszenie, chcieli wiedzieć o sobie wszystko. Ludzie dogorywający nie mogli nie dostrzegać we wzroku swych towarzyszy pytania,, kiedy?”. Ludzie wracający do zdrowia chełpili się tym w sposób okrutny. W tym kłębowisku dogasających namiętności ludzkich najstraszniejsze było to, że dawały one o sobie po raz ostatni znać w sposób tak skryty, a jednocześnie jaskrawy. Wróciwszy któregoś wieczoru z zony do baraku, zastałem nauczyciela z Nowosybirska – tego samego, który kiedyś za szczyptę machorki opowiadał nam o nagich kobietach w łaźni – opartego swobodnie, z rękami w kieszeniach i niedopałkiem papierosa w kąciku ust, o belkę pionową pryczy i pastwiącego się nad dwoma nieuleczalnymi pelagry karni. „To są kobiety – krzyczał swym piskliwym głosikiem przy wtórze śmiechów z sąsiednich prycz – nogi, uda, piersi, szkoda marzyć, bratcy, nie dla was te rozkosze”. I niepostrzeżenie dla samego siebie ulegałem również powoli prawom Trupiarni. Nie zapomnę nigdy dnia, w którym udało mi się na parę godzin wcisnąć do pomocy na kuchnię. Wieczorem, kiedy umyłem już wszystkie kotły i najadłem się do syta na miejscu (pracującym w kuchni nie wolno było wynosić jedzenia do zony), zobaczyłem nagle w wy chuchanym w oblodzonej szybie okienku najpierw twarz Dimki, a potem Sadowskiego, i dwie wypychające się nawzajem z otworu pod szybą ręce, w których tkwiły puste kociołki. Jeden z kucharzy spuścił znienacka zastawkę, a żebrzące ręce zadrgały z bólu, ale nie wypuszczając kociołków cofnęły się błyskawicznie na zewnątrz. Patrzyłem przez chwilę na to, co się działo po tamtej strome szyby ze wstrętem, prawie z odrazą, choć i ja przecież zacząłem od niedawna chodzić wieczorami po resztki zupy do kuchni. Jest błędem przypuszczać, że tylko żebrak, który wydobył się z nędzy, potrafi zrozumieć niedolę swych dawnych towarzyszy. Nic tak nie odpycha i nie wywołuje sprzeciwu, jak podsunięty nagle człowiekowi przed oczy obraz jego własnej doli człowieczej, doprowadzonej do swych krańców.
Jednocześnie przecież Trupiarnia sprzyjała pogłębieniu przyjaźni wśród więźniów, którzy znali się przedtem w zonie. Przeszło rok żyłem jak syn z ojcem z Dimką, ale dopiero teraz, w czasie długich rozmów w Trupiarni, poznałem bliżej historię jego życia. Był młodziutkim popem w Wierchojańsku, gdy wybuchła rewolucja. Przez parę pierwszych lat pozostawiono go w spokoju, potem jednak sam zrzucił sukienkę duchowną i został kancelistą. Około roku 1930 ożenił się i wyjechał na południe Rosji jako zwykły robotnik. Pracował ciężko, zbliżywszy się na swój sposób do komunizmu, i zapomniał prawie zupełnie o przeszłości. Dimka był jedynym człowiekiem, jakiego spotkałem w obozie, który wymazał trzydzieści lat swego życia tak dokładnie, że zdawał się z trudem poruszać wśród chwiejnych i niewyraźnych widm młodości. Jego młodzieńczość pochodziła z faktu, że narodził się jak gdyby po raz drugi w roku 1925. Jego dojrzała mądrość natomiast zapuściła po kryjomu głębokie korzenie w zamierzchłą i nie istniejącą już przeszłość. Zrosło się w nim w tajemniczy sposób dwóch ludzi i on sam nie wiedział często, który jest prawdziwy. Z młodości pozostał mu serdeczny, współczujący i instynktownie religijny stosunek do ludzkiego cierpienia, ale ilekroć sobie to uświadamiał, szukał w popłochu schronienia w cynicznej drwinie z każdej wiary. Jedyne, co się naprawdę liczy – i tu przemawiał przez niego młody, zepsuty przedwczesną walką o życie chłopiec – to zjeść jak najwięcej i spać jak najdłużej, „sochranit' żyzń”, jak powiadał. Ale jak większość ateistów nie podejrzewał nawet, że akt jego buntu religijnego był w swojej istocie bardziej chrześcijański niż tysiące cudownych nawróceń. Zapytany któregoś wieczoru, kiedy przestał definitywnie wierzyć w Boga, odpowiedział, że w roku 1937, gdy odrąbał sobie siekierą na „lesopowale” stopę, aby odejść do szpitala i uratować wiarę w swoją własną wolę, w siebie – w człowieka. Pod tym względem był jaskrawym przeciwieństwem Sadowskiego, który do ostatniej przytomnej chwili w Trupiarni zachował pogardę dla człowieka i wiarę w abstrakcyjny system, zbudowany przez myśl ludzką. Dimka został aresztowany w roku 1936 za swoją zapomnianą zbrodnię „popowstwa” i należał do starej, wymierającej już gwardii „pionierów” kargopolskich. Wraz z nim aresztowano i zesłano do Środkowej Azji żonę i dwoje dzieci. Od pięciu lat nic nie wiedział, i co dziwniejsze – nie chciał wiedzieć o ich losie.
Innego zupełnie typu człowiekiem był M. Mimo łachmanów miał wygląd arystokraty i nosił się jak arystokrata. Bardzo wysoki i szczupły, o rasowej, pociągłej twarzy, w której głęboko osadzone oczy wyrażały smutek i dumę zarazem, poruszał się w baraku z delikatnym namysłem i nie z każdym wdawał się w rozmowę. Więźniowie go nie lubili i szanowali jednocześnie. Potrafił trzymać się na uboczu, nie raniąc nikogo, ale nie stronił od żadnej sprawy, która miała bardziej trwałe znaczenie. Mógł się wydawać śmieszny każdemu, kto go bliżej nie znał: niesamowicie długie nogi i ręce wlokły się za nim jak u kukły o obluźnionym sznurku, a z nosa i oczu ciekły mu nieustannie cienkie strużki, żłobiąc sobie na wynędzniałej twarzy drogę w kierunku ust. M. cierpiał nie tylko na serce; bardziej bolesne były częste ataki migreny na tle zaburzeń mózgowych, w czasie których siedział przy stole oparłszy głowę na dłoniach, z zaciśniętymi kurczowo oczami, jak gdyby próbował za wszelką cenę usnąć. Dolegał mu również niedopływ krwi do kończyn i było rzeczą naprawdę przejmującą patrzeć, jak na próżno stara się ogrzać przy piecu, wisząc nieomal jak własny wydłużony cień nad ogniem. Zdarzało się, że przystawał nieoczekiwanie obok prycz, opierał się o belkę, przymykał oczy i przyciskał dłonie do skroni; wiedziałem wówczas, że przygotowuje się do odparcia niebezpieczeństwa. Ale nie usłyszałem z jego ust nigdy słowa skargi i nie dał też nigdy zawładnąć sobą uczuciu głodu. Był głodny – wiedzieliśmy o tym dobrze – a przecież nawet to, co dostawał, zjadał ze spokojem i godnością. Jedyną jego cichą namiętnością, przed którą nie umiał się do końca obronić, było natomiast palenie. Nieraz obejrzawszy się dokoła, podnosił z ziemi niedopałki i chował je szybko do kieszeni. Wiedziałem również, że co drugi dzień odcina połowę swojej głodowej racji chleba i sprzedaje ją w zonie za szczyptę machorki. W pewien sposób zgubiło go to palenie, gdyż tak jak mnie zatrzymano go po amnestii w obozie na podstawie donosu „nariadczika”, do którego chodził często na papierosa i… rozmowę. Z poglądów był konserwatystą, ale interesowały go naprawdę tylko trzy sprawy: Bóg, Polska i żona. Rosjanie aresztowali go w jednym ze wschodnich województw, gdzie był wysokim urzędnikiem ministerstwa rolnictwa, w trzy dni po wkroczeniu do Polski, 20 września 1939 roku, i skazali najpierw na śmierć, a potem na dziesięć lat więzienia. Jeszcze w więzieniu w Baranowiczach dowiedział się, że żonę zesłano w głąb Rosji, i odkąd znalazłszy się w obozie, otrzymał nareszcie prawo pisania co miesiąc jednego listu, usiłował z nią na próżno nawiązać kontakt. Jego straszliwe bóle głowy wynikały na pewno w dużym stopniu z faktu, że w chwilach samotności koncentrował z coraz większym wysiłkiem wzrok pamięci na jedynym przedmiocie – na obrazie żony. Ale nocą (gdyż spałem obok niego na pryczy) znajdował pewną ulgę w modlitwie. Nie widziałem nigdy w życiu człowieka, który by się tak pięknie modlił jak M. Uniósłszy się na pryczy, zasłaniał twarz dłońmi i szeptał cicho słowa modlitwy głosem tak przejmującym, nabrzmiałym bólem i łzami, jak gdyby korzył się u stóp krucyfiksu porażony bezgranicznym zachwytem dla Tego, którego ciało umęczone na krzyżu nie wydało z siebie ani słowa skargi… „Za kogo się tak modlisz?” – zapytałem go kiedyś, nie mogąc usnąć. „Za wszystkich ludzi” – odpowiedział spokojnie. „Za tych, co nas tu trzymają, też?” „Nie – odparł po namyśle – to nie są ludzie”.