Spędzaliśmy ze sobą prawie tyle czasu co Kyle i Sunny. Ian bez przerwy dotykał mojej twarzy i włosów, zawsze trzymał mnie za rękę. Ale kto tak nie reagował na moje nowe ciało? Wszyscy okazywali mi czułość i było to czysto platoniczne. Dlaczego Ian więcej mnie nie pocałował tak jak pierwszego dnia?
Może nie potrafił pokochać mnie w moim nowym ciele, mimo że urzekało wszystkich pozostałych.
Leżało mi to kamieniem na sercu tamtego wieczoru, kiedy Ian przeniósł moje ciężkie łóżko do wielkiej, ciemnej sali gier.
Padało po raz pierwszy od przeszło sześciu miesięcy. Wywołało to zarówno śmiech, jak i narzekania, trzeba było wykręcać mokre posłania i szukać sobie miejsca. Widziałam uśmiechy na twarzach Sharon i Doktora.
– Tutaj, Wanda! – zawołał Jamie, machając zapraszająco dłonią, gdy już położył swój materac obok Iana. – Zmieścimy się teraz we trójkę.
Jamie jako jedyny traktował mnie dokładnie tak samo jak wcześniej. Brał poprawkę na moją wątłą budowę, lecz ani razu nie wyglądał na zaskoczonego, gdy wchodziłam do pomieszczenia, ani nie wzdrygał się, słysząc z moich ust słowa Wagabundy.
– Chyba nie za bardzo chcesz spać na tym łóżku, co? Na pewno zmieścimy się wszyscy na materacach, jeśli je połączymy. – Nie czekając na zgodę, kopnął jeden materac w stronę drugiego, szeroko się do mnie uśmiechając. – Nie zajmujesz dużo miejsca.
Wziął łóżko od Iana i postawił je na boku pod ścianą. Potem rozłożył się na samym brzegu drugiego materaca i obrócił do nas plecami.
– Aha, Ian – dodał, nie obracając się. – Rozmawiałem z Brandtem i Aaronem i chyba się do nich wprowadzę. Ale jestem padnięty… Dobranoc.
Wpatrywałam się przez dłuższą chwilę w jego znieruchomiałą sylwetkę. Ian również zastygł w bezruchu. Na pewno jednak nie wpadł w panikę tak jak ja. Może szukał sposobu na wymiganie się z tej niezręcznej sytuacji?
– Gasimy światła! – zagrzmiał Jeb po drugiej stronie groty. – Wszystkie gęby na kłódkę, bom śpiący.
Ludzie roześmiali się, ale jak zwykle potraktowali jego słowa poważnie. Jedna po drugiej, wszystkie cztery lampy gasły, aż zrobiło się zupełnie ciemno.
Ian znalazł po ciemku moją dłoń i poczułam ciepło jego rąk. Czy zauważył, jak zimna i wilgotna jest moja skóra?
Uklęknął na materacu, ciągnąc mnie delikatnie za sobą. Poszłam w jego ślady i położyłam się na złączeniu materaców. Nie puszczał mojej dłoni.
– Tak dobrze? – szepnął. Dookoła toczyły się inne szeptane rozmowy, zagłuszane przez szmer siarkowego źródełka.
– Tak, dziękuję.
Jamie przewrócił się na drugi bok i wpadł na mnie.
– Ups, sorry, Wanda – wymamrotał, po czym ziewnął przeciągle. Usunęłam się odruchowo. Nie sądziłam jednak, że Ian jest tak blisko.
Westchnęłam cicho, gdy o niego zawadziłam, i już chciałam zrobić mu więcej miejsca, lecz wtedy objął mnie naraz ręką i przycisnął do siebie.
Było to przedziwne uczucie, znaleźć się nagle w całkiem nieplatonicznych objęciach Iana. Przypominało moje pierwsze zetknięcie z Bezbólem. Czułam się, jakbym dotychczas cierpiała, nie zdając sobie z tego sprawy, a jego dotyk mnie uleczył.
Właśnie to uczucie wzięło we mnie górę nad wstydem. Obróciłam się na drugi bok, twarzą do niego, a wtedy objął mnie mocniej.
– Tak dobrze? – szepnęłam, powtarzając jego własne pytanie.
Pocałował mnie w czoło.
– Więcej niż dobrze.
Milczeliśmy przez parę minut. Większość rozmów w grocie umilkła. Zgiął się nieco, przystawiając mi usta do ucha, i szepnął, ciszej niż przedtem:
– Wando, myślisz… – Urwał.
– Tak?
– No wiesz, wygląda na to, że mam teraz cały pokój dla siebie. To nie w porządku.
– To prawda. Nie możesz w nim mieszkać sam, trzeba oszczędzać miejsce.
– Nie chcę mieszkać sam. Ale…
Dlaczego nie zapyta wprost?
– Ale co?
– Zdążyłaś już sobie wszystko ułożyć w głowie? Nie chcę cię poganiać. Wiem, że to musi być dla ciebie trudne… z Jaredem…
Potrzebowałam chwili, żeby ogarnąć sens tych słów, aż w końcu zachichotałam pod nosem. Melanie nie była chichotliwa, za to Pet owszem. Jej ciało zdradziło mnie teraz w najmniej odpowiednim momencie.
– Co? – zapytał skonsternowany.
– Myślałam, że to ty potrzebujesz czasu, żeby sobie wszystko poukładać – wyjaśniłam szeptem. – To ja nie chciałam poganiać ciebie. Bo wiem, że to dla ciebie trudne. Z Melanie.
Drgnął lekko, zaskoczony.
– Myślałaś?… Ale przecież Melanie nie jest tobą. Nigdy nie miałem z tym żadnego kłopotu.
Uśmiechałam się w ciemnościach.
– A Jared nie jest tobą.
Odpowiedział bardziej napiętym głosem:
– Ale jest nadał sobą. A ty go kochasz.
Ian znów był zazdrosny? Nie powinnam się cieszyć z negatywnych emocji, ale musiałam przed sobą przyznać, że czuję się podbudowana.
– Jared to przeszłość. Teraźniejszość to ty.
Przez chwilę milczał. W końcu odezwał się drżącym głosem:
– I przyszłość, jeśli zechcesz.
– Tak. Poproszę.
Potem pocałował mnie tak nieplatonicznie, jak tylko było można w tak niesprzyjających okolicznościach. Jak to dobrze, że miałam dość rozsądku, by skłamać na temat swojego wieku.
Deszcze musiały się niedługo skończyć. Wiedziałam, że staniemy się wówczas parą już w pełni. Była to obietnica i zobowiązanie, jakiego nie doświadczyłam w żadnym z poprzednich żyć. Kiedy o tym myślałam, czułam radość i napięcie, nieśmiałość i wielką niecierpliwość – wszystko to naraz; czułam się c z ł o w i e k i e m.
Od tamtego wieczora staliśmy się bardziej nierozłączni niż kiedykolwiek. Kiedy więc nadszedł czas, bym wypróbowała nową twarz na innych duszach, Ian pojechał oczywiście ze mną.
Po długich tygodniach frustracji wyczekiwałam tej wyprawy z utęsknieniem. Tymczasem nie dość że moje nowe ciało było słabe i prawie bezużyteczne w jaskiniach, to jeszcze, ku mojemu zdumieniu, niektórzy nie chcieli, żebym zrobiła z niego jedyny użytek, do jakiego było wręcz stworzone.
A przecież Jared przychylił się do decyzji Jamiego właśnie ze względu na tę niewinną, wrażliwą twarzyczkę, która momentalnie budziła zaufanie, to delikatne ciało, które każdy chciał chronić. Teraz jednak on sam miał problem z przełożeniem teorii na praktykę. Byłam przekonana, że wypady do miasta będą dla mnie równie łatwe jak wcześniej, lecz Jared, Jeb, Ian i pozostali – wszyscy z wyjątkiem Jamiego i Mel – roztrząsali to przez wiele dni, szukając sposobu, żeby mnie od tego obowiązku uwolnić. Był to istny absurd.
Widziałam, że myślą o Sunny, lecz była przecież jeszcze niesprawdzona, niezaufana. Co więcej, Sunny nie miała najmniejszej ochoty wystawiać nosa na zewnątrz. Na samo słowo „wyprawa” kuliła się ze strachu. Udział Kyle’a także nie wchodził w grę. Gdy raz przy niej o tym napomknął, wpadła w histerię.
Koniec końców, zaważyły względy praktyczne. Byłam potrzebna.
Lubiłam czuć się potrzebna.
Zapasy były już na wyczerpaniu, dlatego szykowaliśmy się na długą, solidną wyprawę. Jak zwykle przewodził nam Jared, a więc nie mogła nie pojechać Melanie. Aaron i Brandt zgłosili się na ochotnika, nie dlatego, że potrzebowaliśmy silnego wsparcia – po prostu byli zmęczeni siedzeniem w jaskiniach.
Wybieraliśmy się tym razem daleko na północ i nie mogłam się doczekać nowych miejsc – oraz niskiej temperatury.