Mój nadzorca tego obszaru, Ramzes Smith, spotkał się z nami w zajeździe. Był potężnie zbudowany, a jego twarz o złotym odcieniu sprawiała wrażenie ściągniętej pod siatką drobnych zmarszczek; w jego oczach czaił się typowy smutek, lecz ciągły chichot szybko pozbawiał je tego wyrazu.
Siedzieliśmy w hallu głównym zajazdu i popijaliśmy piwo, czekając na George'a. Wysłano miejscowych strażników, by go zmienili.
— Praca idzie dobrze — powiedział mi Ramzes.
— To wspaniale — ucieszyłem się, trochę zadowolony z tego, że nikt mnie nie zapytał, co to za „praca”. Chciałem ich zaskoczyć.
— Jak się miewają twoja żona i dzieci?
— Świetnie.
— A noworodek?
— Przeżył. I nie ma żadnych wrodzonych wad — oznajmił z dumą. — Do czasu porodu wysiałem żonę na Korsykę. To zdjęcie dziecka.
Udałem, że oglądam uważnie fotografię, wyrażając głośno spodziewane uznanie.
— A skoro już mowa o zdjęciach — zapytałem po chwili — to czy nie potrzeba wam więcej sprzętu do filmowania?
— Nie, jesteśmy dobrze zaopatrzeni. Wszystko idzie prawidłowo. Kiedy chce pan obejrzeć prace?
— Jak tylko coś zjemy.
— Czy jest pan muzułmaninem? — przerwał Myshtigo.
— Jestem wyznania koptyjskiego — odparł Ramzes bez uśmiechu.
— Naprawdę? To była monofizycka herezja, prawda?
— Nie uważamy się za heretyków — odrzekł Ramzes.
Kiedy Myshtigo wdał się w zabawną (według niego) wyliczankę chrześcijańskich herezji, siedziałem i zastanawiałem się, czy my, Grecy, postąpiliśmy mądrze, rozpowszechniając logikę na nieszczęsnym świecie. W przypływie złości wywołanej koniecznością poprowadzenia wycieczki wymieniłem wszystkie herezje w Przewodniku. Później Lorel powiedział mi, że było to doskonałe i rzetelne opracowanie. To tylko świadczy o tym, w jak podłym nastroju musiałem być w tamtej chwili. Zamieściłem nawet wzmiankę o przypadkowej kanonizacji Buddy jako Św. Jozafata w szesnastym wieku. W końcu, kiedy Myshtigo zaczął z nas kpić, uświadomiłem sobie, że albo będę musiał go usadzić, albo zmienić temat. Ponieważ sam nie byłem chrześcijaninem, jego teologiczna komedia pomyłek nie stanowiła dla mnie ciosów w czule miejsce. Niepokoiło mnie jednak, że przedstawiciel innej rasy zadał sobie tyle trudu w pracy badawczej, żeby zrobić z nas bandę idiotów.
Kiedy to sobie teraz powtórnie rozważam, wiem, że byłem w błędzie. Sukces filmu, który wtedy przygotowywałem (to ta „praca”, o której wspomniał Ramzes), potwierdza moją nowszą hipotezę na temat Yegan: byli tak cholernie znudzeni sobą, a my byliśmy dla nich taką osobliwością, że żywo interesowali się naszymi wiecznie dyskutowanymi oraz klasycznymi problemami, a także tymi, które aktualnie nas absorbowały. Snuli wiele domysłów na temat tego, kto naprawdę napisał sztuki Szekspira, czy Napoleon faktycznie zmarł na Wyspie Św. Heleny, którzy Europejczycy pierwsi postawili nogę na kontynencie północnoamerykańskim, czy książki Charlesa Forta podają, że Ziemię odwiedziła jakaś nieznana im inteligentna rasa — i tak dalej. Arystokratyczne społeczeństwo vegańskie przeżywa także nasze średniowieczne spory teologiczne. Zabawna sprawa.
— Jeżeli chodzi o pańską książkę, Srin Myshtigo… — przerwałem.
Użycie przeze mnie zaszczytnego tytułu powstrzymało go.
— Tak? — podchwycił temat.
— Odnoszę wrażenie — powiedziałem — że nie chce pan w tej chwili w ogóle o niej rozmawiać. Oczywiście szanuję taką decyzję, ale stawia mnie ona jako kierownika tej wycieczki w nieco niezręcznej sytuacji.
Obaj wiedzieliśmy, że powinienem go poprosić na stronę, zwłaszcza po odpowiedzi, której udzielił Philowi na przyjęciu, ale byłem w wojowniczym nastroju i chciałem mu to uświadomić, a także skierować rozmowę na inne tory. Kontynuowałem wiec:
— Ciekawi mnie, czy to będzie głównie ilustrowane sprawozdanie z odwiedzonych przez nas miejsc, czy też pragnąłby pan, aby skierować pańską uwagę na specyficzne warunki lokalne jakiegokolwiek rodzaju — powiedzmy na sprawy polityczne lub aktualne zagadnienia kulturalne.
— Interesuje mnie głównie napisanie opisowego dziennika podróży — odparł — ale będę wdzięczny za pańskie uwagi podawane na bieżąco. Myślałem, że to i tak należy do pańskich obowiązków przewodnika. Obecnie mam ogólne pojecie o tradycjach i bieżących sprawach Ziemi, i nie bardzo mnie one interesują.
Dos Santos, który palił i spacerował, podczas gdy przygotowywano nasz posiłek, zatrzymał się nagle i zapytał:
— Srin Shtigo, jak się pan zapatruje na ruch Propagatorów Powrotu? Czy popiera pan nasze cele? Czy uważa nasz ruch za martwy?
— Odpowiadam twierdząco na ostatnie pytanie — odrzekł. — Uważam, że kiedy ktoś jest martwy, to jego jedynym zobowiązaniem jest zadowolenie konsumenta. Szanuję wasze cele, ale nie pojmuję waszej nadziei na ich realizację. Dlaczego wasi ziomkowie mieliby rezygnować z bezpiecznego życia, jakie teraz wiodą, żeby tutaj wracać? Większość przedstawicieli obecnego pokolenia nigdy nawet nie widziała Ziemi na własne oczy, jedynie na taśmach filmowych — a musi pan przyznać, że te dokumenty nie są zachęcające.
— Nie zgadzam się z panem — sprzeciwił się Dos Santos. — I stwierdzam, że pańskie nastawienie jest strasznie patrycjuszowskie.
— I takie powinno być — zareplikował Myshtigo. George zjawił się mniej więcej w tej samej chwili co jedzenie.
— Wolałbym zjeść przy osobnym stoliku — Dos Santos zwrócił się do kelnera.
— Jest pan tutaj, bo sam pan o to prosił — powiedziałem.
Zatrzymał się w pół kroku i rzucił ukradkowe spojrzenie Rudej Peruce, która przypadkowo siedziała po mojej prawej stronie. Wydało mi się, że dostrzegłem prawie niezauważalny ruch jej głowy, najpierw w lewo, a następnie w prawo.
Twarz Dos Santosa rozpogodziła się w słabym uśmiechu.
— Proszę mi wybaczyć mój porywczy temperament — przeprosił, wykonując ledwie widoczny ukłon. — Nie powinienem się spodziewać, że w ciągu pięciu minut przekonam kogoś do idei Propagatorów Powrotu, a zawsze miałem trudności z ukrywaniem uczuć.
— To widać.
— Jestem głodny — oznajmiłem.
Dos Santos usiadł naprzeciwko nas, obok George'a.
— Spójrzcie na Sfinksa — powiedziała Ruda Peruka, wskazując akwafortę na ścianie po drugiej stronie — który sporadycznie przerywa swoje długie milczenie zadając jakaś zagadkę. Jest stary jak świat. Bardzo szanowany. Z pewnością zgrzybiały. Trzyma buzię na kłódkę i czeka. Na co? Kto to wie? Czy podoba się panu sztuka monolityczna, Srin Shtigo?
— Czasami — odrzekł.
Dos Santos rzucił szybkie spojrzenie przez ramię, po czym spojrzał ponownie na Dianę. Nie odezwał się.
Poprosiłem Rudą Perukę, żeby podała mi sól. Miałem prawdziwą ochotę posypać ją tą solą, unieruchomić, żebym mógł bez pośpiechu obejrzeć ją dokładnie, ale tym razem poprzestałem na posoleniu ziemniaków.
Zaiste, spójrzcie na Sfinksa!
Słońce wysoko na niebie, krótkie cienie, upał — tak to właśnie było. Nie chciałem, żeby samochody pustynne lub ślizgowce psuły tę scenę, wiec nakłoniłem wszystkich do pieszej wędrówki. Odległość nie była aż taka duża, a ja nawet trochę nadłożyłem drogi.
Przeszliśmy milę okrężnym szlakiem, trochę wspinaliśmy się, trochę schodziliśmy. Skonfiskowałem George'owi siatkę na motyle, żeby zapobiec wszelkim denerwującym przestojom w trakcie mijania koniczynowych łąk, leżących na naszej drodze.