Выбрать главу

Przemykały bystre ptaki (ćwir! ćwir!), a gdy tylko stawaliśmy na szczycie niewielkiego wzniesienia, pojawiało się kilka wielbłądów. (Właściwie wielbłądzich konturów czarnych jak węgiel; ale dość tego. Kogo obchodzi wygląd wielbłąda? Nawet innych wielbłądów to nie interesuje — a w każdym razie mało. Obrzydliwe zwierzaki…) Obok nas powlokła się niska, śniada kobieta z wysokim dzbanem na głowie. Myshtigo podał ten fakt swojej kieszonkowej sekretarce. Skinąłem głową kobiecie i pozdrowiłem ją. Kobieta odwzajemniła pozdrowienie, ale oczywiście nie skinęła głową. Ellen, która była już mokra, ochładzała się bez przerwy wielkim, zielonym, trójkątnym wachlarzem z piór. Ruda Peruka kroczyła wyprostowana, górną wargę miała pokrytą drobnymi kropelkami potu, a oczy skryte za okularami słonecznymi, które nie mogły już bardziej się ściemnić. Wreszcie dotarliśmy na miejsce. Weszliśmy na ostatni, niski pagórek.

— Spójrzcie — powiedział Ramzes.

— Mądre de Dios! — wykrzyknął Dos Santos.

Hasan chrząknął.

Ruda Peruka zwróciła się szybko w moim kierunku, a potem odwróciła. Z powodu okularów słonecznych nie mogłem nic wyczytać z jej twarzy. Ellen nadal ochładzała się wachlarzem.

— Co oni robią? — zapytał Myshtigo. Po raz pierwszy, dostrzegłem u niego prawdziwe zaskoczenie.

— Rozbierają wielką piramidę Cheopsa — odpowiedziałem.

Po chwili Ruda Peruka zadała oczywiste pytanie:

— Dlaczego?

— No cóż — odparłem. — W tej okolicy ludziom brakuje materiałów budowlanych, a materiały ze Starego Kairu są radioaktywne, więc zaopatrują się w nie poprzez rozwalanie tego starego kawałka trójwymiarowej figury geometrycznej.

— Bezczeszczą zabytek dawnej świetności rasy ludzkiej! — wykrzyknęła.

— Nic nie ma mniejszej wartości od dawnej świetności — zauważyłem. — Interesuje nas teraźniejszość, a teraz oni potrzebują materiałów budowlanych.

— Od jak dawna to trwa? — zapytał Myshtigo zlewając w pośpiechu słowa.

— Zaczęliśmy rozbiórkę trzy dni temu — odpowiedział Ramzes.

— Jakim prawem to robicie?

— Dostaliśmy upoważnienie od Departamentu Sztuki, Zabytków i Archiwów w Biurze Ziemi, Srin.

Myshtigo zwrócił się do mnie, a jego bursztynowe oczy dziwnie błyszczały.

— To pan! — powiedział.

— Ja — potwierdziłem — jestem komisarzem tego Departamentu, to prawda.

— Dlaczego nikt inny nie słyszał o tym pańskim przedsięwzięciu?

— Bo już bardzo niewielu ludzi tu przychodzi — wyjaśniłem. — A to kolejny dobry powód, żeby rozebrać tę budowlę. Ostatnio nawet rzadko jest oglądana. Jestem upoważniony do wydawania stosownych zezwoleń.

— Przybyłem tu z innego świata, żeby zobaczyć tę piramidę!

— A więc niech pan sobie szybko popatrzy — powiedziałem. — Bo znika w szybkim tempie. Odwrócił się i zapatrzył.

— Najwidoczniej nie ma pan pojęcia, jaka jest jej prawdziwa wartość. Lub jeśli pan ma…

— Wręcz przeciwnie. Wiem dokładnie, ile jest warta.

— A ci nieszczęśnicy, którzy tam pracują… — uniósł głos przyglądając się całej scenie — …w gorących promieniach waszego odrażającego słońca… harują w najbardziej prymitywnych warunkach! Czy nigdy pan nie słyszał o chórnych maszynach?

— Oczywiście, że tak. Są kosztowne.

— A pańscy nadzorcy noszą bicze! Jak pan może traktować swoich ziomków w ten sposób? To potworność!

— Ci wszyscy ludzie zgłosili się na ochotnika do tej] pracy, za symboliczne wynagrodzenie, a Związek Aktorów j zabronił używać biczów, mimo że ludzie popierali ten pomysł. Wolno nam jedynie strzelać z nich w powietrze obok ludzi.

— Związek Aktorów?

— Ich związek zawodowy — wyjaśniłem. — Chodź pan zobaczyć trochę maszynerii? Wskazałem wzniesienie gestem.

— Proszę spojrzeć na tamto wzgórze. Spojrzał w tamtym kierunku.

— Co się tam dzieje?

— Nagrywamy rozbiórkę na taśmie filmowej.

— W jakim celu?

— Po zakończeniu prac zrobimy montaż, poskraca-my film tak, żeby dało się go oglądać, i puścimy taśmę od. tyłu. Damy tytuł Budowa Wielkiej Piramidy. Będzie z tego niezły ubaw, a także pieniądze. Wasi historycy, od chwili kiedy usłyszeli o tej piramidzie, snują przypuszczenia, jak udało nam się ją postawić. Ten film może ich trochę uszczęśliwić. Zdecydowałem, że operacja ZSP! zostanie najlepiej przyjęta.

— ZSPI?

— Zwierzęca Siła i Powszechna Ignorancja. Proszę zobaczyć, jaką odstawiają amatorszczyznę: chodzą za kamerą, kładą się na ziemi, a kiedy operator kieruje ją w ich kierunku, szybko wstają. W gotowym filmie będzie widać, jak padają pokotem. Ale z drugiej strony to pierwszy ziemski film od lat. Są naprawdę podekscytowani.

Dos Santos spojrzał na obnażone zęby Rudej Peruki i napięte mięśnie jej twarzy. Wlepił wzrok w piramidę.

— Pan jest szaleńcem! — oświadczył.

— Nie — zaprzeczyła Ruda Peruka. — Tak samo jak celem sztuki może być tworzenie, tak samo może nim być niszczenie. Sądzę, że on próbuje coś takiego osiągnąć. Odgrywa Kaligulę. Być może nawet rozumiem dlaczego.

— Dziękuję.

— Niepotrzebnie. Powiedziałam „być może”. Artysta pracuje z miłością.

— Miłość to negatywna forma nienawiści.

— „Umieram, Egipcie, umieram” — powiedziała Ellen. Myshtigo wybuchnął śmiechem.

— Jest pan twardszy niż myślałem, Nomikos — zauważył. — Ale nie jest pan niezbędny.

— Proszę spróbować wylać urzędnika państwowego. Zwłaszcza mnie.

— To może być łatwiejsze niż pan myśli.

— Przekonamy się.

— Być może.

Znów odwróciliśmy się w kierunku niekompletnej piramidy CheopsaChufu. Myshtigo zaczął ponownie robić notatki.

— Wolałbym, żeby na razie oglądał ją pan z tego miejsca — powiedziałem. — Zepsulibyśmy cenny materiał filmowy, bo nasza obecność raziłaby anachronizmem. Możemy tam pójść w czasie przerwy na kawę.

— Zgadzam się — przytaknął Myshtigo. — I z pewnością wiem, co to jest anachronizm. Ale zobaczyłem tu już wszystko, o co mi chodziło. Wracajmy do zajazdu. Chcę porozmawiać z miejscowymi ludźmi.

Po chwili ciągnął zamyślony:

— A więc zwiedzę Sakkarę wcześniej niż to przewiduje plan. Chyba nie zaczął pan jeszcze rozbierać wszystkich zabytków Luksoru, Karnaku i Doliny Królów?

— Nie, jeszcze nie.

— To dobrze. Zatem zwiedzimy je przed wyznaczonym terminem.

— No więc nie stójmy tu — powiedziała Ellen. — Ten upał jest paskudny.

Ruszyliśmy w drogę powrotną.

— Czy wszystko to, co pan mówi, traktuje pan serio? — zapytała mnie Dianę.

— Na swój sposób.

— W jaki sposób pan o tym myśli?

— Oczywiście po grecku. A potem tłumaczę na angielski. Jestem w tym naprawdę dobry.

— Kim pan jest?

— Ozymandiasem. Spójrz na moje dzieła, o potężna, i rozpaczaj.

— Nie jestem potężna.

— Ciekawe… — zauważyłem z boku, że podczas dalszej drogi Dianę miała dość dziwny wyraz twarzy.

— Opowiem panu o boadylu — odezwałem się.

Nasza feluka sunęła powoli torem wodnym, który jaśniał oślepiającym odblaskiem słońca przed wielkimi, szarymi kolumnadami Luksoru. Myshtigo był odwrócony do mnie plecami. Przypatrywał się kolumnom i od czasu do czasu dyktował swoje wrażenia swojej sekretarce.

— W którym miejscu przybijemy do brzegu? — zapytał.