— Za jakąś milę. Może lepiej opowiem panu o boadylu.
— Wiem, co to jest boadyl. Mówiłem panu, że studiowałem wasz świat.
— Czytać o nich to jedno…
— A także widziałem boadyle. W Ogrodzie Ziemskim na Talerze są cztery egzemplarze.
— …a widzieć je w zbiorniku to co innego.
— Dzięki panu i Hasanowi stanowimy prawdziwy pływający arsenał. Na pańskim pasie naliczyłem trzy granaty, a na jego cztery.
— Nie można użyć granatu, jeśli boadyl wskoczy na, człowieka. To znaczy nie można, jeśli się nie chce zniszczyć; samego siebie. A jeśli boadyl jest trochę dalej, to nie można go trafić. Zbyt szybko się porusza.
Myshtigo w końcu odwrócił się do mnie.
— Wiec czego pan używa?
Sięgnąłem pod galabijję (wybierając się w tę podróż upodobniłem się do rodowitych mieszkańców) i wyciągnąłem broń, którą zawsze staram się mieć przy sobie, kiedy jestem w tych stronach.
Myshtigo obejrzał dokładnie broń.
— Co to jest?
— Pistolet maszynowy. Strzela meta-cyjanowymi kulami. Przy eksplozji ładunku siła uderzenia jest równa jednej tonie. Niezbyt dokładny, ale to nie jest konieczne.
Wzorowany na dwudziestowiecznym karabinie o nazwie Schmeisser.
— Jest dość nieporęczny. Czy powstrzyma boadyla?
— Przy odrobinie szczęścia. Mam jeszcze kilka sztuk w jednej ze skrzyń. Chce pan jedną?
— Nie, dziękuję. — Zrobił przerwę. — Ale może mi pan opowiedzieć więcej o boadylach. Właściwie to ledwie wtedy rzuciłem na nie okiem i były prawie całe zanurzone.
— No cóż… Zwierzę to ma głowę podobną do krokodylej, tylko że większą. Około dwunastu metrów długości. Potrafi się zwinąć w wielką piłkę najeżoną zębami. Szybki na lądzie i w wodzie. I ma piekielnie dużo nóżek po bokach…
— Ile? — przerwał.
— Hmm — zamyśliłem się. — Mówiąc zupełnie szczerze, nigdy nie liczyłem. Chwileczkę.
— Hej, George — zawołałem do wybitnego głównego biologa Ziemi, który leżał i drzemał w cieniu żagla. — Ile nóg ma boadyl?
— Co? — obrócił głowę.
— Zapytałem, ile nóg ma boadyl?
Wstał, przeciągnął się nieznacznie i podszedł do nas.
— Boadyle — zamyślił się, wtykając palec do ucha. — Zdecydowanie należą do gromady gadów — tego jesteśmy pewni. Natomiast nie mamy pewności, czy należą do rzędu krokodyli i tworzą własny podrząd, czy — jak to niezupełnie poważnie upiera się jeden z moich kolegów na Talerze — zaliczyć je trzeba do rzędu łuskoskórych, pod-rzędu jaszczurkowatych, rodziny nowonożnych. Według mnie, trochę przypominają fotograficzne reprodukcje sprzed Trzech Dni, przedstawiające artystyczne wyobrażenia fitozaura, ale oczywiście z dodatkowymi nogami i umiejętnością duszenia. Tak wiec, według mnie, należą do rzędu krokodyli.
Oparł się o reling i popatrzył w dal ponad błyszczącą wodą.
Zrozumiałem, że nie ma już zamiaru niczego dodawać, więc zapytałem ponownie:
— Ile mają nóg?
— Co? Ile nóg? Nigdy nie liczyłem. Jednak przy odrobinie szczęścia być może trafi się okazja, żeby to zrobić.
W tej okolicy jest ich mnóstwo. Młody osobnik, którego miałem, nie pożył długo.
— Co się z nim stało? — spytał Myshtigo.
— Pożarł go mój megadonadziób.
— Megadonadziób?
— To coś w rodzaju dziobaka z zębami — wyjaśniłem — o mniej więcej trzymetrowej wysokości. Proszę to sobie wyobrazić. O ile nam wiadomo, widziano je zaledwie trzy czy cztery razy. W Australii. Nasz egzemplarz zdobyliśmy przez ślepy przypadek. Prawdopodobnie nie przetrwają jako gatunek — to znaczy tak jak boadyle. Są jajo-rodnymi ssakami i ich jaja są zbyt duże, by zgłodniały świat pozwolił na kontynuację tego gatunku, o ile jest to gatunek. Może są tylko odosobnionymi przypadkami odbiegającymi od normy.
— Być może — powiedział George kiwając głową w pozie mędrca — aż drugiej strony być może nie.
Myshtigo odwrócił się potrząsając głową.
Hasan częściowo rozpakował swojego robota golema — Rolema — i grzebał przy jego urządzeniach sterowniczych. Ellen w końcu zrezygnowała ze sztucznej opalenizny i leżała w słońcu przypalając sobie całe ciało. Ruda Peruka i Dos Santos knuli coś na drugim końcu statku. Ci dwoje nigdy nie spotykają się przypadkowo. Nasza feluka posuwała się nadal przed wielkimi, szarymi kolumnadami Luksoru i zdecydowałem, że nadszedł czas, by skierować się do brzegu i zobaczyć, co nowego słychać wśród grobowców i zrujnowanych świątyń.
W ciągu następnych sześciu dni niewiele się wydarzyło. Były to dni niezapomniane, niezwykle aktywne i, że tak powiem, brzydko-piękne — tak jak to czasami jest z kwiatem, który ma nieskazitelne płatki, a w środku gnije. W taki oto sposób…
Myshtigo przebadał dokładnie chyba każdy kamienny pal na czteromilowej drodze do Karaaku. Zarówno w blasku dnia, jak i przy świetle pochodni krążyliśmy wśród ruin, zakłócając spokój nietoperzom, szczurom, wężom i owadom, słuchając, jak Yeganin monotonnie rejestruje spostrzeżenia w swoim monotonnym języku. W nocy obozowaliśmy w otwartym terenie, zakładając ostrzegawcze ogrodzenie pod napięciem o obwodzie dwustu metrów i wystawiając dwóch strażników. Boadyl jest zwierzęciem zimnokrwistym; noce były chłodne. Tak wiec z zewnątrz zagrażało nam stosunkowo niewielkie niebezpieczeństwo.
Ciemności były rozświetlane przez olbrzymie ogniska, rozmieszczone wokół wybranych przez nas obszarów, ponieważ Yeganin chciał, aby wszystko przypominało prymitywne warunki — chyba po to, by stworzyć specyficzną atmosferę. Ślizgowce pozostały kawałek dalej na południu. Dolecieliśmy nimi do jednego znanego mi miejsca i oddaliśmy je pod opiekę straży Biura, a wypożyczyliśmy felukę — tym samym nasza wycieczka upodobniła się podróży Króla-Boga z Karnaku do Luksoru. Tak chciał Myshtigo. Wieczorami Hasan albo ćwiczył z assagai, którą nabył od potężnie zbudowanego Nubijczyka, albo rozbierał się do pasa i godzinami mocował ze swoim niezmordowanym golemem.
Golem był godnym przeciwnikiem. Hasan zaprogramował go na dwukrotną statystycznie oszacowaną siłę człowieka i zwiększył jego refleks o pięćdziesiąt procent. W „pamięci” robota zakodowano setki chwytów zapaśniczych, a jego regulator teoretycznie zapobiegał uśmierceniu lub okaleczeniu przeciwnika — wskutek szeregu chemiczno-elektrycznych odpowiedników nerwów doprowadzających, które z dużą dokładnością pozwalały robotowi ocenić nacisk potrzebny do złamania kości lub zerwania ścięgna. Rolem miał około stu siedemdziesięciu centymetrów, wysokości i ważył mniej więcej sto dziesięć kilogramów; wyprodukowany na Bekabie, był dość kosztownym urządzeniem, miał kolor urobionego ciasta i karykaturalne rysy twarzy, a jego mózg mieścił się pod pępkiem — jeżeli gole-my w ogóle mają pępek — aby ochronić jego maszynerię myślącą od wstrząsów w trakcie zapasów w stylu klasycznym. Mimo to zdarzają się wypadki. Było już kilka ofiar śmiertelnych, gdy coś nawaliło w ośrodku sterującym tych maszyn, albo gdy sami ludzie poślizgiwali się lub usiłowali wyrwać, zwiększając tym samym nacisk o ten niezbędny ułamek potrzebny do nieszczęścia. Kiedyś, prawie przez rok, miałem takiego robota, zaprogramowanego na boks. Codziennie po południu spędzałem z nim mniej więcej kwadrans. Prawie zacząłem go uważać za człowieka. Ale pewnego dnia sfaulował mnie, wiec grzmociłem go przez dobrą godzinę, aż w końcu odpadła mu głowa. Maszyna boksowała dalej i wtedy przestałem o niej myśleć jako o przyjaznym partnerze sparingowym. To dziwne uczucie boksować się z golemem bez głowy. Jakby, człowiek budził się z przyjemnego snu i zobaczył koszmar przyczajony w nogach łóżka. Robot właściwie nie „widzi” przeciwnika tymi swoimi sztucznymi oczami, w które jest wyposażony; jest cały pokryty piezoelektryczną radarową krezką i „obserwuje” całą swoją powierzchnią. Mimo to, kiedy człowiek traci złudzenie, czuje się nieswojo.