Выбрать главу

Wyłączyłem mojego robota i już nigdy więcej go nie uruchomiłem. Sprzedałem go później za niezłą cenę handlarzowi wielbłądów. Nie wiem, czy kiedykolwiek przywrócił mu głowę. Ale był Turkiem, więc któż by się tym przejmował?

W każdym razie Hasan zmagał się z Rolemem, ich ciała błyszczały w świetle ogniska, a my wszyscy siedzieliśmy na kocach i obserwowaliśmy walkę. Wielkie, szybkie i szare jak popiół nietoperze od czasu do czasu nurkowały nisko nad ziemią. Mizerne chmurki przesłaniały księżyc, po czym sunęły dalej. Tak było trzeciej nocy, kiedy wpadłem w szał.

Pamiętam to tylko tak, jak się pamięta mijany krajobraz widziany późnym latem w czasie wieczornej burzy — jako szereg oddzielnych fotosów rozświetlonych błyskawicami…

Trwającą prawie godzinę rozmowę z Cassandrą zakończyłem obietnicą, że nazajutrz po południu zwędzę ślizgowiec i następną noc spędzę na Kos, Przypominam sobie nasze ostatnie słowa.

— Uważaj na siebie, Konstantin. Ostatnio miewam złe sny.

— Bzdury, Cassandro. Dobranoc.

Kto wie, czy jej złe sny nie były wynikiem fali wstrząsów w skroniach, wychwyconej z przyszłego odczytu 9,6 w skali Richtera?

Z pewnego rodzaju okrutnym błyskiem w oczach Dos Santos przyklasnął Hasanowi, kiedy rzucony przez Araba Rolem walnął z grzmotem o ziemię. Wstrząs wywołany uderzeniem trwał jeszcze długo po tym, jak golem stanął na równe nogi i przybrał kolejną pozycję obronną, wykonując ramionami wężowe ruchy w kierunku Araba.

— Co za siła! Nadal czuję to uderzenie! — zawołał Dos Santos. — Ole!

— To wstrząsy sejsmiczne — stwierdził George. — Mimo że nie jestem geologiem…

— Trzęsienie ziemi! — wrzasnęła jego żona upuszczając niepasteryzowanego daktyla, którym karmiła Myshtigo.

Nie było po co i dokąd uciekać. Nic tu nie mogło na nas spaść. Teren był płaski, ziemia dość jałowa. Tak, więc siedzieliśmy na swoich miejscach, wstrząsani, a kilka razy nawet przewracani na plecy. Ogniska wyczyniały zdumiewające harce.

Czas działania Rolema dobiegł końca i robot zesztyw-niał, a Hasan przysiadł się do mnie i George'a. Wstrząsy trwały około godziny, a potem, z coraz słabszym natężeniem, powtarzały się wielokrotnie w ciągu nocy. Po przejściu pierwszej silnej fali skontaktowaliśmy się z Port. Tamtejsze sejsmografy wskazywały, że epicentrum trzęsienia znajdowało się w dobrej odległości na północ od nas.

Właściwie w niedobrej odległości.

…W rejonie Morza Śródziemnego.

Ściślej mówiąc, na Morzu Egejskim.

Nagle zrobiło mi się niedobrze.

Spróbowałem połączyć się z wyspą Kos.

Bez skutku.

Moja Cassandra, moja śliczna dziewczyna, moja księżniczka… Gdzie była? Przez dwie godziny próbowałem się dowiedzieć. A potem odebrałem telefon z Port.

Usłyszałem głos Lorela, a nie jakiegoś niezdarnego telefonisty na dużurze.

— Eee… Conradzie, nie wiem, jak mam ci powiedzieć, co się właściwie wydarzyło…

— Po prostu mów — poradziłem mu — i przerwij, kiedy skończysz.

— Jakieś dwanaście minut temu przeleciał nad wami satelita obserwacyjny — jego głos zaskrzeczał na linii. — Na przekazanych zdjęciach nie było już kilku wysp egejskich.

— Nie — powiedziałem.

— Niestety wyspa Kos była jedną z nich.

— Nie — powtórzyłem.

— Przykro mi, ale tak wynika ze zdjęć. Nie wiem, jeszcze powiedzieć…

— Wystarczy — wtrąciłem. — To wszystko. Tak. Do widzenia. Później porozmawiamy o szczegółach. Nie! Chyba już nie!

— Zaczekaj! Conrad!

Wpadłem w szał.

Wokół mnie pikowały wyrwane z uśpienia nietoperze. Kiedy jeden z nich ruszył w moim kierunku, trzasnąłem go prawą ręką i zabiłem na miejscu. Poczekałem kilka chwil i zabiłem następnego. Potem oburącz podniosłem wielki kamień i już miałem nim zmiażdżyć radio, kiedy George położył mi rękę na ramieniu. Upuściłem kamień, strąciłem jego rękę i trzasnąłem go grzbietem dłoni w usta. Nie wiem, co się z nim wtedy stało, ale kiedy pochyliłem się, żeby jeszcze raz podnieść kamień, usłyszałem za sobą kroki. Upadłem na jedno kolano i obróciłem się, zgarniając przy tym garść piasku, by go cisnąć komuś w oczy. Byli tam wszyscy: Myshtigo, Ruda Peruka i Dos Santos, Ramzes, Ellen, trzech miejscowych urzędników państwowych i Hasan — zbliżali się gromadą. Kiedy zobaczyli moją twarz, ktoś krzyknął:

— Rozdzielić się!

I rozproszyli się.

Wtedy stali się uosobieniem wszystkich ludzi, których kiedykolwiek nienawidziłem — czułem to. Widziałem inne twarze, słyszałem inne głosy. Wszyscy ci, których kiedykolwiek znałem, nienawidziłem, chciałem uderzyć lub uderzyłem, stali tam, przywróceni do życia przed ogniskiem, i tylko biel ich zębów przebijała przez cienie, które przemknęły po ich twarzach, kiedy uśmiechali się i szli w moim kierunku, z rozmaitymi środkami zagłady w ręku i łagodnymi słowami perswazji na ustach — tak wiec rzuciłem piaskiem w najbardziej wysuniętego do przodu i pędem ruszyłem na niego.

Wymierzyłem mu haka w podbródek. Cios odrzucił go do tyłu, po czym z obu stron doskoczyli do mnie dwaj Egipcjanie.

Strząsnąłem ich z siebie, dostrzegając kątem mojego zimniejszego oka wielkiego Araba, który miał w ręku jakiś czarny przedmiot podobny do owocu avocado. Machał nim w kierunku mojej głowy, więc zrobiłem unik. Przez cały czas zbliżał się do mnie i w pewnym momencie udało mi się uderzyć go mocno w brzuch, po czym nagle usiadł. Wtedy dwóch mężczyzn, których przed chwilą odepchnąłem, znów do mnie doskoczyło. Gdzieś w oddali krzyczała kobieta, ale nie widziałem żadnej.

Wyswobodziłem prawą rękę i zdzieliłem nią kogoś. Napastnik upadł, a jego miejsce zajął następny. Z naprzeciwka niebieski człowiek rzucił kamieniem, który trafił mnie w ramię i tylko rozwścieczył jeszcze bardziej. Uniosłem wierzgające ciało w powietrze i cisnąłem nim w kogoś innego, a potem uderzyłem kogoś pięścią. Otrząsnąłem się. Moja galabijja była brudna i poszarpana, więc zdarłem ją do reszty i odrzuciłem.

Rozejrzałem się. Przestali na mnie nacierać i to nie było uczciwe — nie było uczciwe to, że przestali w momencie, kiedy tak bardzo pragnąłem dokonać dzieła zniszczenia. Tak wiec podniosłem mężczyznę leżącego u moich stóp i ponownie gruchnąłem nim o ziemię. Potem znów go podniosłem, a ktoś zawołał:

— Hej! Karaghiosis! — i zaczął mi wymyślać łamaną greczyzną. Upuściłem mężczyznę na ziemię i odwróciłem się.

Stali tam, przed ogniskiem — było ich dwóch: jeden wysoki i z brodą, drugi krępy, ciężki, pozbawiony włosów i ulepiony z mieszaniny kitu i ziemi.

— Mój przyjaciel mówi, że cię pokona, Greku! — zawołał wysoki, manipulując przy plecach drugiego.

Ruszyłem w ich kierunku i człowiek z kitu i błota skoczył na mnie.

Podłożył mi nogę, ale szybko wstałem, chwyciłem go pod ramionami i przewróciłem na bok. Podniósł się równie szybko co ja. Znów na mnie natarł i złapał mnie jedną ręką za kark. Chwyciłem go w ten sam sposób, a także zacisnąłem dłoń na jego łokciu — zwarliśmy się w tej pozycji i poczułem, że nie jest słabeuszem.

Ponieważ był silny, ciągle zmieniałem chwyty, sprawdzając jego siłę. Był również szybki. Gdy tylko zaczynałem wykonywać jakiś ruch, od razu przystosowywał się do niego.

Mocno podbiłem rękami jego ramiona, roztrącając je na bok i moją wzmocnioną nogą zrobiłem krok do tyłu. Uwolnieni na chwilę, okrążaliśmy się szukając innej luki w obronie przeciwnika. Z powodu jego niskiego wzrostu ręce trzymałem nisko i byłem dość, mocno pochylony. Przez chwilę moje ramiona znajdowały się zbyt blisko tułowia i doskoczył do mnie z szybkością, jakiej nigdy dotąd nie widziałem u nikogo innego, po czym zamknął mnie w uścisku, od którego zlałem się siódmym potem i poczułem silny ból w bokach.