Выбрать главу

Jeszcze bardziej zacisnął ramiona i wiedziałem, że jeżeli nie wyrwie się z uścisku, to wkrótce złamie mi kręgosłup. Zacisnąłem pięści, przyłożyłem je do jego brzucha i naparłem na niego. Ścisnął mnie jeszcze mocniej. Zrobiłem krok do tyłu i zaparłem się całą siłą ramion. Przesunąłem ręce w górę, oparłem prawą pięść na lewej dłoni i zacząłem go odpychać, równocześnie unosząc ramiona. Kręciło mi się w głowie, a moje nerki przeszywał piekący ból. Wtedy napiąłem wszystkie mięśnie pleców i ramion, i poczułem, jak siła spływa i skupia się w moich rękach, które wypchnąłem z całą siłą w górę. Na ich drodze znalazł się jego podbródek, który jednak nie stanowił dla nich żadnej przeszkody.

Moje ręce poszybowały za głowę, a on poleciał do tyłu. Siła tego potężnego ciosu, od którego aż wygiął się w łuk i mógł obejrzeć swoje pięty od tyłu, była wystarczająca, by złamać człowiekowi kark.

Ale on natychmiast zerwał się na równe nogi i wtedy wiedziałem, że nie jest zwykłym zapaśnikiem, ale jedną z tych istot, które nie zostały zrodzone z kobiety; właściwie, tak jak Anteus, został wydarty z łona samej Ziemi.

Uderzyłem go rękami w barki i upadł na kolana. Chwyciłem go za gardło, stanąłem po jego prawej stronie i przystawiłem kolano do dolnej części jego pleców. Pochyliłem się i naparłem na niego całym ciężarem ciała, próbując go złamać.

Ale nie mogłem. Wyginał się, aż jego głowa zetknęła się z ziemią, i nie mogłem go już bardziej docisnąć.

Nikt nie ma pleców, które by mogły się w ten sposób wygiąć i nie pęknąć, ale w jego przypadku tak właśnie było.

Następnie wstałem i puściłem go, a on natychmiast znów mnie zaatakował.

Tak wiec spróbowałem go udusić. Moje ramiona były znacznie dłuższe od jego. Chwyciłem go oburącz za gardło, wbijając kciuki w miejscu, gdzie powinien mieć tchawicę. On jednak wepchnął z góry ręce miedzy moje łokcie i zaczął naciskać nimi w dół i na zewnątrz. Kontynuowałem duszenie czekając, aż twarz mu pociemnieje, a oczy wyjdą na wierzch. Moje łokcie zaczęły się uginać pod jego naciskiem.

Wtem wyciągnął ręce i schwycił mnie za gardło.

Staliśmy i dusiliśmy się nawzajem. Tylko że jego nie można było udusić.

Jego kciuki przypominały dwa kolce wbijające się w mięśnie mojej szyi. Poczułem wypieki na twarzy. Krew zaczęła mi pulsować w skroniach.

Usłyszałem krzyk w oddali:

— Przestań; Hasan! Jemu nie wolno tego robić!

Wydawało mi się, że to głos Rudej Peruki. W każdym razie właśnie to imię przyszło mi do głowy: Ruda Peruka. A to oznaczało, że gdzieś w pobliżu jest Dos Santos. I Ruda Peruka powiedziała „Hasan”, imię, które przywołało mnie do rzeczywistości.

A to oznaczało, że jestem Conradem i że jestem w Egipcie, i że ta wirująca przede mną twarz bez wyrazu należy do golem — zapaśnika, Rolema, istoty, którą można i było zaprogramować na siłę pięciokrotnie większą od siły człowieka i prawdopodobnie tak ją zaprogramowano, istoty, którą można było nastawić na szybkość reakcji kota z podwyższonym poziomem adrenaliny i niewątpliwie tak ją nastawiono.

Tylko że, z wyjątkiem nieszczęśliwych wypadków, goleniowi nie wolno było zabijać, a Rolem próbował mnie zabić. ty A to oznaczało, że jego regulator nie działa.

Widząc, że duszenie nic nie daje, poluźniłem uścisk iśj umieściłem lewą dłoń pod jego prawym łokciem. Następnie drugą ręką chwyciłem go z góry za prawy nadgarstek, przykucnąłem jak najniżej, po czym wypchnąłem jego łokieć w górę i równocześnie pociągnąłem nadgarstek w dół.

Zatoczył się na lewą stronę i puścił mnie, ja zaś nadal trzymałem go za nadgarstek, który skręciłem tak, że łokieć golema był skierowany w górę. Usztywniłem lewą rękę, uniosłem ją przy uchu i nacisnąłem nią na staw łokciowy.

I nic. Nie rozległ się trzask łamanych kości. Ramię po prostu ustąpiło, zginając się pod nienaturalnym kątem.

Puściłem nadgarstek i golem upadł na jedno kolano. Za chwilę znów szybko wstał i w tym czasie ramię wyprostowało się, a następnie przyjęło normalną pozycję.

O ile znałem Hasana, to zegar Rolema był nastawiony na maksimum — dwie godziny. A zważywszy wszystko, był to dość długi okres.

Ale teraz wiedziałem, kim jestem i co robię. A także wiedziałem, na jakiej zasadzie działają golemy. Ten był golemem zapaśniczym. Dlatego nie umiał boksować.

Obejrzałem się szybko przez ramię w kierunku miejsca, gdzie to wszystko się zaczęło — przy namiocie z radiem, w odległości mniej więcej piętnastu metrów.

Wtedy prawie mnie dopadł. W ciągu tamtego ułamka sekundy, kiedy się odwróciłem, wyciągnął ręce: jedną chwycił mnie za kark, a drugą za podbródek.

Gdyby zdołał doprowadzić manewr do końca, mógłby mi złamać kark, ale w tamtej chwili nastąpił kolejny wstrząs — silny wstrząs, który przewrócił nas obu na ziemię — i z tego uchwytu golema również udało mi się wyrwać.

Po chwili znów byłem na nogach, a ziemia nadal drżała. Rolem jednak też wstał i ponownie ruszył na mnie. J Wyglądaliśmy jak dwaj pijani marynarze walczący na miotanym przez sztorm statku…

Ruszył na mnie, a ja ustąpiłem mu z drogi.

Uderzyłem go lewym prostym i kiedy próbował złapać mnie za rękę, walnąłem go pięścią w brzuch, a następnie wycofałem się.

Znów na mnie natarł, a ja wymierzałem mu kolejne ciosy. Uniki były dla niego tym, czym dla mnie jest czwarty wymiar — po prostu czymś niepojętym. Szedł ciągle naprzód, odpierając moje ciosy, a ja wycofywałem się w kierunku namiotu z wyposażeniem łącznościowym. Ziemia ciągle drżała. Gdzieś w oddali krzyczała kobieta, a kiedy trafiłem golema prawą ręką poniżej pasa, mając nadzieję, że trochę wstrząsnę jego mózgiem, usłyszałem głośne „Ole”.

Dotarliśmy do namiotu i dostrzegłem to, o co mi chodziło — duży kamień, którym chciałem rozbić radio. Za-markowałem cios lewą ręką, po czym chwyciłem golema na wysokości ramion i ud, i uniosłem go wysoko nad głową.

Odchyliłem się do tyłu, napiąłem mięśnie i rzuciłem go na kamień.

Trafił w niego brzuchem.

Zaczął się podnosić, ale już wolniej niż poprzednio. Swoim wielkim wzmocnionym prawym butem kopnąłem go trzy razy w brzuch i patrzyłem, jak z powrotem pada na ziemię.

Z jego tułowia dobiegł dziwny furkot.

Ziemia znów zadrżała. Rolem runął jak długi. Ruszał jedynie palcami lewej ręki, które jednostajnie zaciskał i rozwierał — w dziwny sposób nasuwało mi to skojarzenie z rękami Hasana tamtej nocy w hounforze.

Odwróciłem się powoli. Wszyscy stali nieruchomo: Myshtigo i Ellen, Dos Santos z wydętym policzkiem i Ruda Peruka, George, Ramzes i Hasan oraz trzej posiniaczeni Egipcjanie. Zrobiłem krok w ich kierunku i znów rozbiegli się z wyrazem przestrachu na twarzach. Pokręciłem głową.

— Nie, już mi dobrze — powiedziałem — ale zostawcie mnie w spokoju. Idę wykąpać się w rzece.

Zrobiłem siedem kroków i wtedy ktoś musiał mnie „wyłączyć”, bo zacharczałem, wszystko zawirowało, a świat umknął w nicość.

Następne dni były szare, a noce ciężkie. Dusza wydarta z mojego wnętrza pogrzebana została głębiej niż mumie butwiejące pod tamtymi piaskami. Mówi się, że w domu Hadesa martwi zapominają o martwych, Cassandro, ale ja miałem nadzieję, że tak nie jest. Dalszy etap wycieczki prowadziłem zupełnie apatycznie i Lorel zaproponował, żebym wyznaczył kogoś na swoje miejsce, a sam wziął urlop.