Выбрать главу

Nie mogłem.

Co bym wtedy robił? Siedział i rozmyślał w jakimś Starym Miejscu, wyłudzając drinki od nieostrożnych podróżników? Nie. W takich sytuacjach zawsze niezbędny jest jakiś ruch, który w końcu wypełnia puste chwile jakaś treścią. Tak wiec prowadziłem dalej wycieczkę i koncentrowałem uwagę na napotykanych po drodze małych tajemnicach.

Rozebrałem Rolema na części i zbadałem dokładnie jego regulator. Oczywiście był uszkodzony, a to oznaczało, że albo sam go uszkodziłem na początku naszej walki, albo Hasan to zrobił, kiedy podkręcał golema, żeby mnie pokonał. Jeśli to była sprawka Hasana, to znaczy, że nie chciał, abym został pobity, ale zabity. A jeśli tak, to pytanie brzmiało: „Dlaczego”? Zastanawiałem się, czy jego mocodawca wie, że kiedyś byłem Karaghiosisem. Jeśli jednak tak, to dlaczego miałby pragnąć zabić założyciela i pierwszego sekretarza własnej Partii? — człowieka, który przysiągł, że nie dopuści do tego, żeby banda niebieskich mieszkańców innej planety wykupiła Ziemię i przemieniła ją w dom publiczny — w każdym razie nie dopuści do tego bez walki — i zorganizował grupę, która systematycznie obniżała wartość wszystkich ziemskich nieruchomości należących do Yegan, a nawet posunęła się do zniszczenia należącego do Talerańczyków luksusowego biura handlu nieruchomościami na Madagaskarze — człowieka, którego ideałów rzekomo bronił, choć obecnie przyjęły one spokojniejsze, zgodne z prawem formy ochrony własności — dlaczego miałby pragnąć, aby właśnie t e n człowiek zginął?

Odpowiedź była prosta: albo zdradził Partie, albo nie wiedział, kim jestem, i miał swój własny cel, kiedy kazał Hasanowi mnie zabić.

Albo też Hasan pozostawał pod rozkazami kogoś innego.

Ale któż inny mógł wchodzić w rachubę? I znowu pytanie: dlaczego?

Pierwszą osobą, która złożyła mi wyrazy współczucia, był George.

— Przykro mi, Conradzie — powiedział. Najpierw popatrzył gdzieś obok, potem spuścił wzrok na piasek, a następnie spojrzał mi szybko w oczy. Konieczność okazania ludzkich uczuć wytrąciła go z równowagi, sprawiła, że chciał już odejść. Widziałem to. Wątpię, czy poświecił Ellen i mojej osobie paradującym razem poprzedniego lata wiele uwagi. Jego namiętności wygasają tuż za progiem laboratorium biologicznego. Pamiętam sytuację, kiedy zrobił sekcję ostatniemu psu na Ziemi. Pewnego dnia, po czterech godzinach drapania go w uszy, wyczesywania pcheł z ogona i słuchania szczekania, George przywołał Rolfa. Pies przytruchtał przynosząc w pysku starą ścierkę do naczyń, którą zawsze bawili się w przeciąganie liny, i George przyciągnął go bardzo blisko siebie, po czym dał mu zastrzyk i rozkroił go. Chciał zbadać psa w szczytowej formie. Nadal ma jego szkielet powieszony na ścianie laboratorium. Chciał również wychowywać swoje dzieci — Marka, Dorothy i Jima — w pojemnikach Skinnera, ale Ellen za każdym razem tupała nogą (coś w rodzaju buch! buch! buch!) w pociążowych przypływach macierzyństwa, trwających przynajmniej miesiąc, a tak długi okres wystarczał, by zakłócić początkowy schemat bodziec-reakcja, który George chciał ustalić. Więc naprawdę nie wyobrażałem sobie, by aż tak bardzo chciał mi załatwić drewniany śpiwór zakopywany pod ziemią. Gdyby pragnął mojej śmierci, prawdopodobnie załatwiłby sprawę subtelnie, szybko i w egzotyczny sposób — za pomocą czegoś w rodzaju div-bańskiego jadu króliczego. Nie, jemu tak bardzo na tym nie zależało. Byłem tego pewien.

Sama Ellen, mimo że zdolna do gorących uczuć, niezmiennie zachowuje się jak wadliwa, nakręcana lalka. Coś zawsze się psuje, zanim Ellen potrafi zamanifestować swoje uczucia, a nazajutrz pasjonuje ją już coś zupełnie innego. W Port prawie mnie udusiła, a w tym momencie zupełnie o tej sprawie zapomniała. Swoje współczucie wyraziła mniej więcej w ten sposób:

— Conradzie, nie masz pojęcia, jak jest mi przykro! Mimo że nigdy jej nie poznałam, w i e m, co musisz czuć.

Mówiła to z różnym natężeniem głosu, i wiedziałem, że wierzy w to co mówi, i też jej podziękowałem.

Hasan podszedł do mnie, kiedy stałem i patrzyłem w dal ponad Nilem, którego woda nagle wezbrała i zmętniała. Staliśmy razem przez jakiś czas, po czym odezwał się:

— Twoja kobieta odeszła i jest ci ciężko na sercu. Nic nie ulży temu ciężarowi i co się stało to się nie odstanie. Ale niech ci będzie również wiadomo, że podzielam twój smutek.

Staliśmy tam jeszcze przez chwilę, po czym odszedł.

Nie zastanawiałem się nad nim. Mogłem go pominąć w swych podejrzeniach, mimo że to jego ręka wprawiła maszynę w ruch. Hasan nigdy nie nosił w sobie urazy; nigdy nie zabijał za darmo. Nie miał osobistego motywu, żeby mnie zabić. Byłem pewny, że jego wyrazy współczucia są szczere. W takiej sprawie zamordowanie mnie nie miałoby nic wspólnego ze szczerością jego uczuć. Prawdziwy zawodowiec musi szanować pewnego rodzaju granicę między sobą i swoją pracą.

Od Myshtigo nie usłyszałem ani słowa współczucia. To by było obce jego naturze. U Yegan śmierć to czas radości. Na płaszczyźnie duchowej oznacza ona „sagi” — spełnienie — rozdrobnienie psyche na odczuwające przyjemność kawałeczki, które są rozproszone we wszechświecie, aby uczestniczyć w wielkim powszechnym orgazmie; a na płaszczyźnie materialnej stanowi ją „ansakundabad't” — ceremonialny przegląd prawie całego osobistego dobytku zmarłego, odczytanie testamentu i podział jego majątku. Towarzyszą temu uczty, śpiewy i picie.

— To smutne, co się panu przydarzyło, mój przyjacielu — powiedział do mnie Dos Santos. — Utracić kobietę to tak, jakby utracić własną krew. Pański smutek jest wielki i nic nie jest w stanie pana pocieszyć. To jak tlący się ogień, który nigdy nie zgaśnie. Smutna i straszna sprawa.

— Śmierć jest okrutna i mroczna — zakończył, a oczy mu zwilgotniały — bo obojętne czy to będzie Cygan, Żyd, Maur czy ktokolwiek inny, dla Hiszpana ofiara to ofiara — coś, co należy rozumieć na jednej z tych niejasnych płaszczyzn mistycznych, które są mi zupełnie obce.

Wtedy podeszła do mnie Ruda Peruka i powiedziała:

— To straszne. Przykro mi. Nie wiem, co jeszcze powiedzieć, czy zrobić. Po prostu przykro mi. Skinąłem głową.

— Dziękuję.

— I jest jeszcze coś, o co muszę pana zapytać. Jednak nie teraz. Później.

— Jasne — powiedziałem i po ich odejściu znów popatrzyłem na rzekę, myśląc o nich obojgu. Wydawało się, że jest im tak przykro, jak wszystkim innym, ale chyba musieli być w jakiś sposób zamieszani w sprawę z golemem.

Byłem jednak pewien, że to Dianę krzyknęła, kiedy Rolem mnie dusił, krzyknąła, żeby Hasan go powstrzymał. Tym samym pozostał Don, a wtedy miałem już duże wątpliwości, czy kiedykolwiek robił coś bez uprzedniej konsultacji z Dianę.

Tym samym nie pozostał nikt.

I nie było prawdziwego, wyraźnego motywu…

I to wszystko mogło być przypadkiem…

Ale…

Ale czułem, że ktoś chce mnie zabić. Wiedziałem, że przy braku konfliktu interesów Hasan był w stanie przyjąć jednocześnie dwa zlecenia od dwóch różnych mocodawców.

I to mnie wprawiło w świetny nastrój.

Dało mi jakiś cel, coś do zrobienia.

Nic tak nie wzbudza chęci do życia, jak czyjeś pragnienie twojej śmierci. Znajdę go, dowiem się dlaczego, i powstrzymam go.

Drugie tchnienie śmierci przyszło szybko i choć bardzo chciałem je przypisać człowiekowi, nie mogłem. Był to jeden z tych ciosów ślepego losu, które czasami wpadają jak nie proszeni goście na obiad. Finał tego zdarzenia jednak zupełnie mnie zaskoczył i dał mi kilka nowych, intrygujących tematów do przemyśleń.