— Niestety nie jestem jedynym, który o tym wie — ciągnąłem. — A to stawia pana w obliczu pewnego niebezpieczeństwa.
— Dlaczego? — spytał nagle.
— Być może oni źle rozumieją — zaryzykowałem. Pokręcił głową.
— Kim oni są?
— Przykro mi.
— Ale ja muszę wiedzieć.
— Przykro mi. Jeśli chce się pan wycofać, to jeszcze dziś mogę pana odwieźć do Port.
— Nie, nie mogę tego zrobić. Muszę kontynuować! przedsięwzięcie. Co mam zrobić?
— Proszę mi podać więcej szczegółów, a ja coś zaproponuję.
— Nie. Już i tak wie pan za dużo… Zatem to musi być prawdziwy powód obecności Donalda Dos Santosa — powiedział szybko. — On jest człowiekiem o umiarkowanych poglądach. Radykalne skrzydło Radpolu musiało się j czegoś o tym dowiedzieć i, tak jak pan powiedział, źle zrozumieć. On musi wiedzieć o niebezpieczeństwie. Może powinienem pójść do niego…
— Nie — przerwałem. — Nie sądzę, żeby to było wskazane. To by naprawdę nic nie zmieniło. Zresztą, co by mu pan powiedział?
Nastąpiła przerwa, po czym Myshtigo mruknął:
— Rozumiem, co ma pan na myśli. Mnie też przyszło do głowy, że on może nie mieć aż takich umiarkowanych poglądów, jak mi się wydawało… Jeśli tak jest, to…
— Tak — powiedziałem. — Czy chce pan wrócić?
— Nie mogę.
— A więc w porządku, niebieski chłopcze, będzie pan] musiał zaufać mnie. Może pan zacząć od podania] szczegółów na temat tej inspekcji…
— Nie! Nie wiem, co pan wie, a czego nie. To oczywiste, że próbuje pan wydobyć ze mnie więcej informacji,! więc przypuszczam, że niewiele pan wie. To, co robię, jest nadal tajne.
— Próbuję pana ochronić, dlatego chcę jak najwięcej! informacji.
— Niech pan ochrania moje ciało, a ja będę się martwił o moje motywy i myśli. W przyszłości dostęp do mojego umysłu będzie dla pana zamknięty, więc nie musi pan tracić czasu na to, żeby próbować w nim poszperać.
Podałem mu pistolet automatyczny.
— Proponuję, żeby pan nosił broń w czasie wycieczki. Żeby ochraniać swoje motywy.
— No dobrze.
Pistolet zniknął pod trzepoczącą koszulą Veganina, który głośno sapał. Ja kląłem po cichu.
— Niech pan idzie się przygotować — powiedziałem. — Wkrótce wyruszamy.
Wracając inną trasą do obozu analizowałem własne motywy. Sama książka nie mogła spowodować ani rozkwitu, ani upadku Ziemi, Radpolu, Ruchu Propagatorów Powrotu. Nawet Zew Ziemi Phila nie dokonał tego. Ale przedsięwzięcie Yeganina było czymś więcej niż tylko pisaniem książki. Inspekcją? Co to mogło być? Czego dotyczyło? Nie wiedziałem. Musiałem się dowiedzieć. Bo nie wolno było pozostawić Myshtiga przy życiu, gdyby to miało nam przynieść zgubę — nie mogłem jednak dopuścić do jego śmierci, jeśli to, co robił, mogło nam w jakiś sposób pomóc. A mogło.
Dlatego ktoś musiał zarządzić odroczenie tej sprawy do momentu uzyskania pewności.
Smycz została pociągnięta. Poszedłem posłusznie we wskazanym kierunku.
— Dianę — powiedziałem, kiedy staliśmy w cieniu jej ślizgowca. — Mówisz, że jako Karaghiosis coś dla ciebie znaczę.
— Taki się chyba nasuwa wniosek.
— A wiec wysłuchaj mnie. Przypuszczam, że możecie się mylić co do Yeganina. Nie jestem pewien, ale jeśli mam rację, to uśmiercenie go byłoby wielkim błędem. Dlatego nie mogę na to pozwolić. Wstrzymajcie się z wszelkimi zaplanowanymi działaniami, aż dotrzemy do Aten. Wtedy poproście o wyjaśnienie tamtej wiadomości z Radpolu.
Spojrzała mi prosto w oczy i odparła:
— W porządku.
— A co z Hasanem?
— Czeka.
— Sam wybiera czas i miejsce, prawda? Tylko czeka na okazję, żeby uderzyć.
— Tak.
— A więc trzeba mu powiedzieć, żeby się wstrzymał, dopóki nie będziemy mieć pewności.
— No dobrze.
— Powiesz mu?
— Dowie się.
— To wystarczy. Odwróciłem się.
— A kiedy nadejdzie odpowiedź — powiedziała — i będzie brzmiała tak samo, to co wtedy?
— Zobaczymy — odrzekłem, nie odwracając się.
Zostawiłem ją obok jej ślizgowca j wróciłem do własnego.
Wiedziałem, że kiedy nadejdzie odpowiedź i będzie taka, jakiej się spodziewałem, będę miał więcej kłopotów na głowie. A to dlatego, że już podjąłem decyzję.
Daleko na południowym wschodzie niektóre rejony! Madagaskaru nadal zagłuszały liczniki Geigera okrzykami bólu — wyraz uznania dla umiejętności jednego z nas.
Byłem przekonany, że Hasan nadal mógł stawić czoła wszelkim przeszkodom bez, że tak powiem, mrugnięcia! swoim skąpanym w słońcu, przyzwyczajonym do śmierci, żółtym okiem…
Powstrzymanie go mogło nastręczać wiele trudności.
Widok pod nami.
Śmierć, skwar, zmętniałe od szlamu fale przyboju, nowe linie brzegowe…
Wybuchy wulkanów na wyspach Chios, Samos, Ikaria, Naksos…
Halikarnas oderwany…
Zachodni kraniec wyspy Kos znowu widoczny, ale co z tego?
… Śmierć, skwar, zmętniałe od szlamu fale przyboju.
Nowe linie brzegowe…
Poprowadziłem cały konwój okrężną drogą, aby zorientować się w sytuacji. Myshtigo robił notatki oraz zdjęcia.
Lorel powiedział mi wcześniej:
— Prowadź dalej wycieczkę. Zniszczenia materialne i nie są zbyt poważne, bo w rejonie śródziemnomorskim nie i było niczego szczególnie cennego. Ofiarami, które przeżyły, już się zaopiekowano. Wiec kontynuuj wycieczkę zgodnie z planem.
Przeleciałem nisko nad tym, co pozostało z Kos, czyli ogonem wyspy skierowanym ku zachodowi. Był to dziki krajobraz wulkaniczny i na lądzie, poprzecinanym jaskrawymi wstęgami wody morskiej, dymiły nowo powstałe kratery. Kiedyś znajdowała się tam stolica starożytnej Astypalai. Tukidydes podaje, że została zniszczona przez potężne trzęsienie ziemi. Szkoda, że nie widział obecnego trzęsienia. W moim mieście Kos, na północy, ludzie mieszkali od 366 roku p.n.e. Teraz wszystko znikneło i pozostała tylko woda oraz wulkany. Nikt nie przeżył. Platan Hipokratesa, meczet Loggii, zamek Rycerzy z Rodos, fontanny, mój domek, moja żona — nie sposób powiedzieć, przez jakie fale porwane i w jakich głębinach morskich pogrzebane — poszły śladem martwego Teokryta: człowieka, który dołożył wszelkich starań, by tak wiele lat temu uwiecznić to miejsce. To wszystko odeszło. Daleko… Nieśmiertelne i martwe dla mnie. W oddali w kierunku wschodnim kilka szczytów wysokiego łańcucha górskiego, który dawniej wznosił się na północnych równinach nadmorskich, nadal wystawało z wody. Był wśród nich olbrzymi szczyt Dhikaios, czyli Chrystus Sprawiedliwy, który górował nad wioskami położonymi na północnych zboczach. Teraz została z niego maleńka wysepka, na której wierzchołek nikt nie zdążył w porę się wspiąć.
Właśnie tak to musiało wtedy wyglądać, wiele lat temu, kiedy ogrodzone Półwyspem Chalcydyckim wody morza niedaleko mojej ojczyzny wezbrały i zaatakowały ląd. Wody zatoki wdarły się wąwozem Tempe, a potężny żywioł dosięgnął nawet górskich ścian domu samych bogów, Olimpu. Potop oszczędził jedynie Deukaliona i Pyrrę. Bogowie uratowali ich po to, aby staruszkowie stworzyli mit oraz ludzi, którym mieli go przekazać.
— Mieszkał pan tam — odezwał się Myshtigo. Skinąłem głową.
— Urodził się pan jednak w wiosce Makrinica, na wzgórzach Tesalii?
— Tak.
— Ale założył pan ognisko domowe na tamtej wysepce?
— Tymczasowo…
— „Dom” to pojęcie uniwersalne — powiedział. — Rozumiem je.