— Być może nawet pod niektórymi względami jego filozofia jest trafna.
— Co masz na myśli?
— Wielkie Koła. Rzeczywiście znów mamy wiek dziwnych zwierząt. A także wiek bohaterów, półbogów.
— Widziałem jedynie dziwne zwierzęta.
— Tu jest napisane: W tym łóżku spał Karaghiosis. Łóżko wygląda na wygodne.
— Jest wygodne. Widzisz?
— Tak. Czy mogę zatrzymać sobie tę tabliczkę?
— Jeśli chcesz…
Wszedłem na proskenion. Płaskorzeźby przedstawiające sceny z życia Dionizosa zaczynały się już na schodach. Zgodnie z wydanym przeze mnie przepisem, każdy przewodnik wycieczki i wszyscy jej uczestnicy muszą „… w trakcie podróży mieć przy sobie nie mniej niż trzy flary magnezjowe”. Wyszarpnąłem zawleczkę z jednej takiej flary i rzuciłem ją na ziemię. Wiedziałem, że błysk nie będzie widoczny poniżej z powodu kąta stoku oraz obmurowania zasłaniającego widok. Nie spojrzałem na jaskrawy płomień, lecz powyżej, na postacie namalowane w srebrnym kolorze. Był tam Hermes, który przedstawiał nowo narodzonego boga Zeusowi, podczas gdy korybanci wykonywali fantastyczny taniec pirryjski po obu stronach tronu; był Ikar, którego Dionizos nauczył uprawiać winorośl — przygotowywał się do poświecenia kozy, podczas gdy jego córka częstowała tego; boga (który stał z boku i rozmawiał o niej z satyrem) ciastkami; był też pijany Sylen, który na wzór Atlasa próbował podtrzymać firmament niebieski, tylko że mu to tak dobrze nie wychodziło; i były inne bóstwa, które przyszły z wizytą do tego Teatru — dostrzegłem Hestię, Tezeusza i Eirene ż rogiem obfitości…
— Składasz ofiarę bogom — usłyszałem głos w pobliżu.
Nie poruszyłem się. Słowa dobiegły zza mojego prawego ramienia, ale nie odwróciłem się, ponieważ poznałem ten głos.
— Być może — powiedziałem.
— Dużo wody upłynęło od czasu, kiedy stąpałeś po tej ziemi, po tej greckiej ziemi.
— To prawda.
— Czy dlatego, że nigdy nie było nieśmiertelnej Penelopy — cierpliwej jak góry, wierzącej w powrót swojego kallikanzarosa — która by szyła szatę, cierpliwa jak te wzgórza?
— Czy teraz zajmujesz się gawędziarstwem w swojej wiosce?
Zachichotał.
— Doglądam wielonożnych owiec w górach, tam gdzie palce jutrzenki najwcześniej rozpościerają róże na niebie.
— Tak, jesteś gawędziarzem. Dlaczego teraz nie jesteś w górach i nie demoralizujesz młodzieży swoją pieśnią?
— Z powodu snów.
— Ach tak.
Odwróciłem się i spojrzałem w bardzo starą twarz — zmarszczki, które w świetle dogasającej flary były czarne jak sieć rybacka zgubiona na dnie morza, broda biała jak śnieg zsuwający się z gór, oczy o takim samym niebieskim odcieniu jak opaska zawiązana na skroniach. Podpierał się laską nie bardziej niż wojownik podpiera się swoją włócznią. Wiedziałem, że ma ponad sto lat, i że nigdy nie stosował kuracji S-S.
— Niedawno miałem taki sen — powiedział. — Stałem na środku czarnej świątyni. Władca Hades podszedł i stanął obok mnie, chwycił mnie za nadgarstek i kazał mi iść ze sobą. Ale ja powiedziałem „Nie” i obudziłem się. To mnie naprawdę zaniepokoiło.
— Co zjadłeś wtedy na kolację? Jagody z Napromieniowanego Miejsca?
— Nie śmiej się ze mnie, proszę. Kilka dni później miałem w nocy kolejny sen. Stałem w krainie piasku i ciemności. Wstąpiła we mnie siła starych mistrzów. Walczyłem z Anteusem i pokonałem go, a potem Hades znów do mnie podszedł i chwytając mnie za ramię powiedział: „Teraz chodź ze mną”. Ale znów mu odmówiłem i obudziłem się. Ziemia drżała.
— I to wszystko?
— Nie. Jeszcze później, i to nie w nocy, lecz kiedy siedziałem pod drzewem i pilnowałem stada, śniłem na jawie. Niczym Fojbos walczyłem z potworem Pytonem i prawie zostałem przez niego zabity. Tym razem władca Hades nie przyszedł, ale kiedy odwróciłem się, zobaczyłem Hermesa, fagasa Hadesa, który uśmiechał się i mierzył do mnie swoim kaduceuszem, jakby to była strzelba. Potrząsnąłem głową i opuścił laskę. A potem uniósł ją jeszcze raz i spojrzałem we wskazanym kierunku. Przede mną rozciągały się Ateny — to miejsce, ten Teatr, ty — i siedziały tu stare kobiety. Ta, która odmierza nić życia, wydymała wargi, gdyż owinęła twoją nić wokół horyzontu i nie było widać jej końców. Ale ta, która tka, podzieliła ją na dwie bardzo cienkie niteczki. Jedno włókno biegło z powrotem za morza i znów znikało z widoku. Drugie prowadziło do wzgórz. Przy pierwszym wzgórzu stał Trup, który trzymał twoją niteczkę w swoich białych rękach. Za nim, przy następnym wzgórzu niteczka leżała na płonącym głazie. Na wzgórzu za głazem stała Czarna Bestia, która potrząsała i szarpała niteczką swoimi zębami. A przy włóknie na całej jego długości kroczył wielki wojownik z obcego kraju. Miał żółte oczy, a w rękach dzierżył obnażone ostrze i kilka kakrotnie unosił je groźnie. Tak wiec przybyłem do At — aby się spotkać ż tobą tu, w tym miejscu — aby ci, wiedzieć, żebyś wracał za morza — aby cię ostrzec, żeby nie chodził na wzgórza, gdzie czyha na ciebie śmierć. A kiedy Hermes uniósł różdżkę, wiedziałem, że sny nie odnoszą się do mnie, lecz do ciebie, ojcze, i że muszę cię tam odnaleźć i ostrzec. Odejdź, póki jeszcze możesz. Wracaj! Proszę.
Chwyciłem go za ramię.
— Jason, synu, ja nigdy nie zawracam. Biorę pełną odpowiedzialność za własne czyny, słuszne czy nie — włącznie ze swoją śmiercią w razie potrzeby — i tym razem! muszę iść na wzgórza niedaleko Napromieniowanego? Miejsca. Dziękuję za ostrzeżenie. Nasza rodzina zawsze miewała prorocze sny, lecz często były one zwodnicze. Ja też miewam sny, takie, w których patrzę oczami innych! osób i czasami widzę wyraźnie, a czasami mniej wyraźniej Dziękuję za ostrzeżenie. Przykro mi, że nie mogę na niej zważać.
— Zatem wrócę do mojego stada.
— Chodź ze mną do zajazdu. Jutro polecisz z nami aż do Lamii.
— Nie. Nie sypiam w wielkich budynkach i nie latam.
— Chyba czas najwyższy, żebyś zaczął, ale ustąpię ci. Możemy dziś przenocować tutaj. Jestem komisarzem tego j zabytku.
— Słyszałem, że znów jesteś kimś ważnym w Wielkim; Rządzie. Czy będą kolejne ofiary?
— Mam nadzieję, że nie. Znaleźliśmy płaskie miejsce i rozłożyliśmy się na pelerynie Jasona.
— Jaka jest twoja interpretacja tych snów? — spytałem.
— Regularnie dostajemy od ciebie prezenty, ale kiedy, ostatnio byłeś u nas w odwiedzinach?
— Mniej więcej dziewiętnaście lat temu.
— A wiec nic nie wiesz o Trupie?
— Nie.
— Jest wyższy i grubszy od prawie każdego człowieka. Ma ciało w kolorze brzucha ryby i zęby jak u zwierza. Opowieści o nim zaczęły krążyć mniej więcej piętnaście lat temu. Wychodzi tylko w nocy. Pije krew. Śmieje się jak dziecko, kiedy krąży po okolicy w poszukiwaniu krwi — ludzkiej czy zwierzęcej, to nie ma znaczenia. Późno w nocy zagląda z uśmiechem do okien sypialni. Pali kościoły. Ścina mleko. Przez niego kobiety mają poronienia ze strachu. Krążą pogłoski, że za dnia śpi w trumnie, strzeżony przez plemię Kouretów.
— Wygląda na to, że nie jest lepszy od kallikanzarosa.
— On naprawdę istnieje, ojcze. Jakiś czas temu coś zabijało moje owce. Cokolwiek to było, częściowo pożerało je i piło sporo ich krwi. Tak wiec wykopałem sobie kryjówkę i zakryłem ją gałęziami. Tamtej nocy obserwowałem. Po wielu godzinach zjawił się, ale za bardzo się bałem, żeby włożyć kamień do procy, bo jest taki, jak go opisałem: wielki, nawet większy od ciebie, tłusty i przypominający kolorem świeżo wykopane zwłoki. Rękami złamał owcy kark i pił krew z jej gardła. Popłakałem się na ten widok, ale bałem się cokolwiek zrobić. Nazajutrz przeniosłem się ze stadem i już nie miałem takich kłopotów. Straszę tą opowieścią moje prawnuki — twoje praprawnuki — za każdym razem, kiedy są niegrzeczne. I on czeka na wzgórzach.