Выбрать главу

— Hmm, tak… Skoro mówisz, że go widziałeś, to z pewnością to prawda. Prawdą też jest, że Napromieniowane Miejsca są źródłem dziwnych rzeczy. M y o tym wiemy.

— … Gdzie Prometeusz posiał zbyt wiele ognia stworzenia!

— Nie. Gdzie jakiś łajdak spuścił bombę kobaltową, a chłopcy i dziewczęta o jasnych oczach powitali opad radioaktywny okrzykiem „Eloi”. A co z Czarną Bestią?

— Jestem pewien, że ona też jest prawdziwa, choć nigdy jej nie widziałem. Jest wielkości słonia i bardzo szybka. Mówią, że pożera ludzi. Nawiedza równiny. Może pewnego dnia ona i Trup spotkają się i zniszczą nawzajem.

— Zwykle to się tak nie dzieje, ale taka myśl sprawia przyjemność. To wszystko, co o niej wiesz?

— Tak. Nie znam nikogo, kto by jej się lepiej przyjrzał.

— Cóż, ja nawet nie będę tego próbował.

— No i muszę ci opowiedzieć o Bortanie.

— Bortanie? To imię jest mi znajome.

— Twój pies. Kiedy byłem mały, jeździłem na jego grzbiecie i kopałem go piętami w wielkie opancerzone boki, a on warczał i chwytał mnie za nogę, ale delikatnie.

— Mój Bortan nie żyje od tak dawna, że nawet niel mógłby pożuć własnych kości, gdyby je wykopał w nowym wcieleniu.

— Ja też tak myślałem. Ale dwa dni po twojej ostatniej wizycie wpadł jak burza do chaty. Widocznie podążał! twoim śladem przez połowę Grecji.

— Czy jesteś pewien, że to był Bortan?

— Czy był kiedykolwiek jakiś inny pies wielkości małego konia, z pancerzem po bokach i szczękami jak pułapka na niedźwiedzia?

— Chyba nie. Prawdopodobnie dlatego ten gatunek! wymarł. W obcowaniu z człowiekiem psy potrzebowały l pancerza, a nie udało im się wykształcić go na czas. Jeżeli Bortan nadal żyje, to jest prawdopodobnie ostatnim psem na Ziemi. Wiesz, on i ja razem dorastaliśmy, to było taki dawno temu, że myślenie o tym sprawia mi ból. Tamtego dnia, kiedy zniknął na polowaniu, myślałem, że miał wypadek. Szukałem go, a potem doszedłem do wniosku, że nie żyje. Już wtedy był niewiarygodnie stary.

— Może był ranny i błąkał się przez wiele lat. Alei gdy się zjawił ostatnim razem, nie zmienił się i podążał twoim tropem. Kiedy zobaczył, że cię nie ma, zawył i znów ruszył w pogoń za tobą. Od tamtej pory już nigdy więcej go nie widzieliśmy. Czasami jednak, późno w nocy, słyszę jego wycie na wzgórzach…

— Ten cholernie głupi pies powinien wiedzieć, że nici nie jest warte aż takiego przywiązania.

— Psy były dziwne.

— Tak.

I wtedy chłodny nocny wiatr buszujący między staro-! żytnymi sklepieniami wytropił rnnie i owionął moje oczy, które zamknęły się ze zmęczenia.

* * *

Grecja jest krainą obfitującą w legendy, opowieści o przeróżnych zagrożeniach. Prawie cały obszar kontynentalny w pobliżu Napromieniowanych Miejsc jest historycznie niebezpieczny. A to dlatego, że choć Biuro teoretycznie zarządza całą Ziemią, w rzeczywistości dogląda jedynie wysp. W wielu częściach kontynentu pracownicy Biura przypominają dwudziestowiecznych urzędników do zwalczania przemytu na niektórych obszarach wzgórz. Podczas Trzech Dni wyspy poniosły mniejsze szkody niż reszta świata i tym samym logiczną rzeczą był ich wybór na siedziby placówek zarządu, kiedy Taleranie zdecydowali, że przydałaby nam się odrobina administracji. Z historycznego punktu widzenia mieszkańcy kontynentu zawsze byli temu przeciwni. Jednak rodowici mieszkańcy terenów wokół Napromieniowanych Miejsc nie zawsze są w pełni ludźmi. Tak oto historyczna antypatia łączy się z nienormalnymi zachowaniami i dlatego Grecja nie jest obszarem bezpiecznym.

Do Wolos mogliśmy popłynąć statkiem wzdłuż brzegu. Mogliśmy tam — czy gdziekolwiek indziej, jeżeli już o to chodzi — polecieć ślizgowcem. Myshtigo chciał jednak iść z Lamii pieszo, iść pieszo i rozkoszować się legendą oraz obcym krajobrazem. Dlatego pozostawiliśmy ślizgowce w Lamii i do Wolos poszliśmy pieszo.

Dlatego zetknęliśmy się z legendą.

Z Jasonem pożegnałem się w Atenach. Miał zamiar popłynąć statkiem wzdłuż brzegu. Mądra decyzja.

Phil uparł się, że będzie z nami dzielił trudy wędrówki, chociaż mógł polecieć i dołączyć do nas na dalszym etapie wyprawy. Może to i dobrze, w pewnym sensie…

Trasa do Wolos wiedzie przez tereny o bujnej bądź skąpej roślinności. W czasie wędrówki mija się olbrzymie głazy i od czasu do czasu skupiska chałup oraz pola makowe. Droga biegnie przez niewielkie strumienie, wije się wokół wzgórz, czasami prowadzi przez ich szczyty, rozszerza się i zwęża bez wyraźnego powodu.

Był jeszcze wczesny ranek. Niebo przypominało niebieskie zwierciadło, ponieważ światło słoneczne dochodziło ze wszystkich stron. W zacienionych miejscach trawa oraz liście z dolnych partii drzew były jeszcze wilgotne.

Półimiennika spotkałem na interesującej polanie przy drodze do Wolos.

W Prawdziwych Dawnych Czasach miejsce to było ja kas świątynią. Za młodu przychodziłem tu dość często, podobała mi się pewna cecha charakterystyczna — w waszym pojęciu byłby to chyba „spokój” — tej polany. Czasami spotykałem tam półludzi albo nie-ludzi, lub śniłem o przyjemnych rzeczach. Znajdowałem tu także stare wyroby garncarskie, głowy posążków czy podobne przedmie ty, które mogłem sprzedać w Lamii lub Atenach.

Do polany nie dociera żaden szlak. Trzeba po prostu wiedzieć, gdzie ona jest. Nie zaprowadziłbym ich tam, gdyby nie to, że był z nami Phil, a ja wiedziałem, że podoba mu się wszystko, co ma posmak świętego przybytku, ważnej rzeczy zastrzeżonej tylko dla wybranych, wglądu w niejasną przeszłość itd.

W odległości mniej więcej jednego kilometra od dróg idąc przez lasek, w którym zieleń, cienie i stosy kamieni tworzą beztroski nieład, człowiek nagle schodzi po pochyłości, natrafia na zaporę w postaci gąszczu, przedziera się przez nią i odkrywa gładką, kamienną ścianę. Jeżeli przykucnie i przy samej ścianie skieruje się bardziej w prawo, dotrze do karczowiska, gdzie warto się zatrzymać przed dalszą wędrówką.

Jest tam krótki odcinek stromo opadającej ścieżki, która prowadzi do polany w kształcie jaja o długości pięćdziesięciu i szerokości dwudziestu metrów. Węższy koniec jajowatej polany wrzyna się w wyżłobienie w skale, a na końcu tego wgłębienia mieści się płytka jaskinia, zwykle pusta. Na polanie stoi kilka zapadniętych w ziemię kamieni o kształcie zbliżonym do kwadratu, ich rozmieszczenie wydaje się przypadkowe. Wokół polany rośnie dzika winorośl, a na środku stoi ogromne, bardzo stare drzewo — jego gałęzie tworzą parasol, który osłania cały obszar i sprawia, że przez cały dzień jest tam ciemno i dlatego trudno coś zobaczyć, nawet patrząc z karczowiska.

My jednak dostrzegliśmy satyra, który stał na środki i dłubał w nosie.

Zobaczyłem, jak George sięga po broń do usypiania zwierząt, którą miał przy sobie. Chwyciłem go za ramię napotkałem jego wzrok i pokręciłem przecząco głową. Wzruszył ramionami, skinął głową i opuścił rękę.

Zza pasa wyciągnąłem pasterską piszczałkę, o którą wcześniej poprosiłem Jasona. Gestem nakazałem pozostałym, aby przykucnęli i nie ruszali się z miejsca. Zrobiłem kilka kroków do przodu i uniosłem syryngę do ust.

Pierwsze dźwięki były dość niepewne. Zbyt długo nie grałem na tym instrumencie.

Satyr nadstawił uszu i rozejrzał się dokoła. Wykonał gwałtowne ruchy w trzech różnych kierunkach — jak przestraszona wiewiórka, która nie jest pewna, na które drzewo ma uciekać.