— Co się wtedy stało?
— W wiosce był stary ksiądz prawosławny. Usłyszał o tym i poszedł do moich rodziców. Powiedział im, że taki postępek to grzech śmiertelny, i lepiej jeśli szybko przyniosą dziecko z powrotem i przygotują je do chrztu następnego dnia.
— Aha! I w ten sposób został pan uratowany i ochrzczony?
— No cóż, mniej więcej. — Poczęstowałem się jego papierosem. — Wrócili ze mną, a jakże, ale upierali się, że nie jestem tym samym dzieckiem, które tam pozostawili. Powiedzieli, że zostawili mutanta o wątpliwym pochodzeniu, a znaleźli odmieńca o jeszcze bardziej wątpliwym pochodzeniu i brzydszego. Twierdzili, że w zamian dostało im się inne dziecko urodzone w Boże Narodzenie.
Mówili, że ich niemowlę było satyrem, i doszli do wniosku, że być może jakieś Napromieniowane stworzenie urodziło człowieka i porzuciło swoje dziecko, i w efekcie doszło do zamiany. Nikt mnie przedtem nie widział, wiec nie można było sprawdzić ich wersji. Ksiądz jednak nie chciał nawet o tym słyszeć i powiedział im, że mają mnie zatrzymać. Ale kiedy już się pogodzili z tym faktem, byli bardzo: życzliwi. Dość szybko wyrosłem na dobrze zbudowanego młodzieńca i byłem silny jak na swój wiek. To im się podobało.
— I został pan ochrzczony…?
— Cóż, raczej w połowie ochrzczony.
— W połowie?
— Podczas chrztu ten ksiądz miał wylew. Wkrótce zmarł. Był jedyną obecną osobą, wiec nie wiem, czy chrzest doszedł do skutku.
— Wystarczyłaby jedna kropla.
— Tak sądzę. Naprawdę nie wiem, co się wtedy wydarzyło.
— Może powinien pan jeszcze raz dać się ochrzcić, j Tak dla pewności.
— Nie. Jeżeli Niebiosa nie chciały mnie wtedy, nie zamierzam prosić po raz drugi.
Ustawiliśmy radiolatarnię na pobliskiej polanie i zaczekaliśmy na przybycie ślizgowca.
Tamtego dnia pokonaliśmy jeszcze kilkanaście kilo-! metrów, co — zważywszy na opóźnienie — było niezłym! osiągnięciem. Dziecko zostało zabrane i odesłane prosto! do Aten. Po wylądowaniu ślizgowca zapytałem głośno! i wyraźnie, czy ktoś jeszcze chce polecieć. Nie było jednak chętnych.
I to właśnie tamtego wieczora miał miejsce ten incydent.
Rozłożyliśmy się wokół ogniska. Ogień wesoło trzepotał swymi jaskrawymi płomieniami w ciemnościach nocy ogrzewał nas, rozpraszał leśny zapach, buchał kłębami dymu… Było przyjemnie.
Hasan siedział i czyścił swoją strzelbę z aluminiowej lufą. Broń miała plastikową kolbę i była naprawdę lekka oraz poręczna.
Podczas pracy Arab pochylił ją do przodu, powoli obrócił i wycelował wprost w Yeganina.
Muszę przyznać, że zrobił to bardzo zręcznie. Cała operacja trwała ponad pół godziny i Hasan przesuwał lufę prawie niedostrzegalnie.
Kiedy jednak mój mózg zarejestrował jej położenie, warknąłem i trzema susami znalazłem się przy Arabie.
Wytrąciłem mu broń z ręki.
Strzelba upadła z brzękiem na jakiś kamień w odległości około trzech metrów. Poczułem piekący ból w ręce od uderzenia.
Hasan zerwał się na równe nogi, jego szczęki poruszały się szybko pod gęstą brodą, a zęby zgrzytały jakby ktoś uderzał krzemieniem o stal. Miałem złudzenie, że widzę iskry.
— No wykrztuś to! — zawołałem. — Dalej, powiedz coś! Cokolwiek! Cholernie dobrze wiesz, co zrobiłeś! Jego ręce drgnęły.
— No dalej! — krzyczałem. — Uderz mnie! Tylko tknij mnie, a wtedy to, co z tobą zrobię, będzie samoobroną, sprowokowaną napaścią. Nawet George nie da rady cię poskładać.
— Ja tylko czyściłem moją strzelbę. Uszkodziłeś ją.
— Ty nie celujesz w ludzi przypadkowo. Miałeś zamiar zabić Myshtiga.
— Mylisz się.
— Uderz mnie. A może jesteś tchórzem?
— Nic do ciebie nie mam.
— Jesteś tchórzem…
— Nie, nie jestem.
Po chwili uśmiechnął się.
— Czy boisz się rzucić m i wyzwanie? — zapytał.
A więc stało się. Jedyny sposób.
To ja musiałem wykonać ruch. Do tamtej chwili miałem nadzieję, że nie dojdzie do tego. Liczyłem, że zdołam go rozzłościć albo zawstydzić, albo sprowokować, żeby uderzył mnie lub wyzwał na pojedynek.
W tym momencie wiedziałem, że nie zdołam.
A to wróżyło źle, bardzo źle.
Byłem pewny, że poradzę sobie z nim każdą bronią, której wybór mi przyjdzie do głowy. Ale w przypadku gdyby wybór należał do niego, sprawy mogły potoczyć siei inaczej. Wszyscy wiedzą, że są tacy ludzie, którzy mają uzdolnienia muzyczne. Mogą raz tylko usłyszeć jakąś melodię, po czym usiądą i zagrają ją na fortepianie lub telinstrze. Mogą wziąć do ręki nowy instrument i po kilku godzinach grać na nim tak, jakby to robili od lat. Są w tymi dobrzy, bardzo dobrzy, ponieważ mają talent w tym kierunku — umiejętność skoordynowania szczególnej intuicji ze sprawnością manualną.
Taki był właśnie Hasan w dziedzinie broni. Być może paru innych ludzi posiada taką samą zdolność, ale te by nie praktykują zabijania — w każdym razie nie przez wiele dziesiątków lat — najróżniejszymi narzędziami walki od bumerangu po dmuchawki. Zgodnie z kodeksem pojedynków Hasan miałby prawo wyboru broni, a był najbardziej wykwalifikowanym zabójcą, jakiego kiedykolwiek znałem.
Ale musiałem go powstrzymać i wiedziałem, że z wyjątkiem morderstwa — tylko w ten sposób można tego dokonać. Musiałem stawić mu czoła na jego warunkach.
— Amen — powiedziałem. — Wyzywam cię na pojedynek.
Hasan uśmiechnął się jeszcze szerzej.
— Zgoda — przy tych świadkach. Wskaż swojego kundanta.
— Phil Graver. Wskaż swojego.
— Pan Dos Santos.
— Bardzo dobrze. Tak się składa, że mam w torb pozwolenie na pojedynek i formularze rejestracyjne, i już zapłaciłem podatek od śmierci jednej osoby. A więc nie musimy zbytnio zwlekać. Kiedy, gdzie i jak chcesz sprawę załatwić?
— Około jednego kilometra drogi stąd mijaliśmy odpowiednią polanę.
— Tak, przypominam sobie.
— Spotkamy się tam jutro o świcie.
— Zgoda. Jaka broń?
Hasan przyniósł plecak i otworzył go. Wewnątrz jeżyły się różne ostre przedmioty, błyszczały jajowate bomby zapalne, wiły się zwoje metalowych taśm i skórzanych pasków.
Wyjął dwie rzeczy i zamknął plecak.
Zamarłem.
— Proca Dawida — oznajmił. Przyjrzałem się dokładnie broni.
— Z jakiej odległości?
— Pięćdziesiąt metrów — odparł.
— Dokonałeś rozsądnego wyboru — stwierdziłem, bo ja sam już od ponad stu lat nie korzystałem z takiej broni. — Chciałbym pożyczyć jedną dziś wieczorem, żeby poćwiczyć. Jeżeli mi nie pożyczysz, to mogę zrobić własną.
— Możesz wziąć, którą chcesz, i ćwiczyć całą noc.
— Dziękuję.
Wybrałem procę i zawiesiłem ją przy pasie. Następnie wziąłem jedną z naszych trzech latarni elektrycznych.
— Jeżeli ktoś będzie mnie potrzebował, będę na polanie — oświadczyłem. — Nie zapomnijcie wystawić straży na noc. To niebezpieczna okolica.
— Czy chcesz, żebym poszedł z tobą? — spytał Phil.
— Nie. Ale dziękuję. Pójdę sam. Do zobaczenia.
— A wiec dobranoc.
Ruszyłem na piechotę i po dość długiej wędrówce dotarłem na polanę. Ustawiłem latarnię na jednym krańcu, tak aby grupka małych drzew odbijała jej światło, a sam poszedłem na przeciwległy kraniec.